Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W języku jak w domu

W języku jak w domu

27.12.2014
Czyta się kilka minut
Pochwała Stanisława Barańczaka z okazji nadania mu stopnia honorowego doktora Uniwersytetu Jagiellońskiego, odczytana na Uniwersytecie Harvarda 14 listopada 2006 r.
1

1. Zwykle, gdy chcemy kogoś uroczyście chwalić, parafrazujemy słynne powiedzenie Woltera: „Si Dieu n’existait pas, il faudrait l’inventer” – gdyby Bóg nie istniał, należałoby go wymyślić. W przypadku Stanisława Barańczaka powiedzenie takie nie ma najmniejszego sensu. Nikt bowiem, nawet siląc się bez miary, nie byłby w stanie go wymyślić. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że w jednej osobie może mieszkać tyle różnych postaci: pryncypialny krytyk literacki, pomysłowy tłumacz, poeta metafizyczny, przyjaciel teatru, profesor literatur słowiańskich, przezabawny parodysta, przekładoznawca, polityczny działacz, przenikliwy eseista, a na dodatek – co przy wszystkich tych właściwościach budzić musiałoby największe zdumienie – człowiek o ujmującej powierzchowności i gołębim sercu (oczywiście dopóty, dopóki ktoś nie przetłumaczy czegoś lepiej od niego).
Gdyby więc Barańczaka nie było, to nikt by go nie wymyślił i nasze życie – by sparafrazować jego własne zdanie o Miłoszu – byłoby znacznie łatwiejsze: nie trzeba by było raz po raz się przy lekturze jego tekstów gorzko przekonywać, że nie znamy języka, którym mówimy.

2. Nie ma bowiem co ukrywać. Barańczak naprawdę wie o polszczyźnie wszystko i, jak sądzę, we współczesnej Polsce mało kto – jeśli w ogóle ktokolwiek – może mu dorównać śmiałością jej używania. Jest to rzecz o tyle zdumiewająca, że Barańczak od ćwierć wieku mieszka poza Polską, nie mając dostępu do – jak to się powiada – żywej mowy, jakby żywość mowy nie zależała od tego, kto, a nie gdzie się nią posługuje. Chirurgiczna precyzja, z jaką Barańczak kraje ciało języka polskiego, i mierzy jego wagę, the weight of the body, nie jest gwałtem na nim, lecz odwrotnie – przywracaniem języka do życia. Jak w przekładzie wiersza Emily Dickinson, otwierającym nagrodzony tom, gdy angielski rym: „Knife-Life”, Barańczak zastępuje innym rymem: „pieczołowicie-Życie”. To właśnie można powiedzieć o Stanisławie Barańczaku: że od lat sprawuje pieczę na życiem języka polskiego: i jako poeta, i jako tłumacz, i wreszcie jako profesor literatury polskiej na Uniwersytecie Harvarda.

3. Powiada się często, że poetycka polszczyzna rozpięta jest między dwoma biegunami: między potocznością Białoszewskiego (który raz tylko wybrał się do „AAAmeryki”) i hieratycznością Miłosza (który w Ameryce przeżył większą część swojego życia). Albo jest się po stronie Białoszewskiego, albo po stronie Miłosza. Barańczak, wielbiciel obydwu tych gigantów polszczyzny, którym poświęcił niejedną stronę swoich rozpraw i esejów, zdaje się we własnej praktyce poetyckiej niweczyć tę opozycję: jego najwspanialsze wiersze zanurzają się w polszczyźnie potocznej, zgrzebnej, poddanej rytmowi codziennego doświadczenia, ale jest to potoczność okiełznana, wpisana w repertuar szlachetnych form, potoczność zaczarowana muzyką. Muzyką, której Barańczak jest tak wspaniałym znawcą, poczynając od opery barokowej, przez pieśń romantyczną po klasyczny jazz, nie mówiąc o uprawianych przez niego ochoczo takich gatunkach jak piosenka, aria czy serenada.
Dla Stanisława Barańczaka egzystencja ma charakter muzyczny, melos w jego świecie poprzedza logos i polis. W jego świecie „zawsze uchyli / jakieś okno lub wyrok ta aria Mozarta”. W jego świecie „śpiew dokonuje odwetu / na małodusznym losie”.

4. Ale odwetu na małodusznym losie dokonuje także humor. Autor „Widokówki z tego świata” i „Chirurgicznej precyzji” (za którą otrzymał Nagrodę Nike w roku 1999) jest też autorem „Zwierzęcej zajadłości”, „Zupełnego zezwierzęcenia”, „Geografiołów” i „Pegaza – no właśnie, Staszku, jak napisać ten tytuł w dopełniaczu? – [który] zdębiał”. Bo Pegaz u Barańczaka staje dęba nieustannie, widząc, że potrafi on – na przykład – znaleźć dwa rymy do nazwy miasta Tottenham. Na pierwszy z nich („to ten cham”) potrafi wpaść każdy Polak, ale na frazę „totem pcham”, poza Bronisławem Malinowskim, już chyba tylko on. A dobrze wyczesanemu Pegazowi amerykańskiemu włosy stają dęba, gdy słyszy takie oto rymy: „chrzcie-Niechż’cię-krzcie”. Niezwykle rzadko się zdarza, żeby poeta metafizyczny miał poczucie humoru. A nie zdarza się już w ogóle, żeby z poczucia humoru czynił sprężynę swojej twórczości. Barańczak chętnie uzupełnia metafizykę patafizyką, nie tracąc wszelako tej pierwszej z oczu, ani nie udając, że „to wszystko na żarty”. W tym niebywale trudnym rzemiośle nie ma sobie równych. Myślę, że nie tylko w Polsce.

5. Kim więc jest Stanisław Barańczak? Co charakateryzuje najdokładniej jego działalność? Powiedzieć, że Stanisław Barańczak jest Tłumaczem, nawet najświetniejszym, to dać się złapać w pułapkę tautologii. Gdyby powiedzieć, że Barańczak jest Poetą, to także oznaczałoby prawić oczywistości. Gdybym jednak zdecydował się wydać 9 zł netto (10.98 zł brutto) i ściągnąłbym z portalu Ściąga.pl odpowiednią rozprawkę, dowiedzieliby się Państwo (a i sam zainteresowany mógłby być poruszony), że Stanisław Barańczak to – jak głosi tytuł tej sztancy sprzedawanej za grosze leniwym uczniom – „wzór współczesnego humanisty”. Czy jednak przypadkiem w tej fabryce gotowych wzorów nie powstało najtrafniejsze określenie, najściślej pasujące do Stanisława Barańczaka?
Słowo „humanista” używane jest coraz wstydliwiej, najczęściej na oznaczenie postawy anachronicznej i zmarginalizowanej, oddalonej od naprawdę ważnych spraw tego świata, rozstrzyganych pod dyktando polityków, ludzi mediów czy menedżerów. Kiedy chcę więc powiedzieć, że Stanisław Barańczak należy do najwspanialszych przedstawicieli wymierającego gatunku Humanistów, to chcę także nam wszystkim przypomnieć, kim humanista jest. Otóż humanista nie jest kimś, kto z konieczności zajmuje się naukami humanistycznymi, bo nie umie matematyki, lecz kimś, kto przedmiotem swoich zatrudnień czyni to, co o naszym człowieczeństwie rozstrzyga. Tym czymś jest język w swoich najrozmaitszych przejawach, zarówno w tych, które odsłaniają naszą wspaniałość, jak i w tych, które obnażają naszą nikczemność. Humanista to ktoś, kto mieszka w języku i wierzy, że to właśnie w jego domu przebywają bogowie, sprawujący pieczę nad ludzką mową. Gdy jednak język nasz oddaje się nędzy tego świata, humanista – „Jednym tchem” – robi mu wymówki, albowiem wie, „że to niesłuszne”. Humanista chroni nas przed bełkotem, którym przemawia głupota.

6. Dlatego Barańczak-humanista nie mieszka, jak zdają się mniemać ci, którzy nic o jego humanizmie nie wiedzą, w Newtonville, podobnie jak chyba nigdy nie mieszkał w Poznaniu. Barańczak mieszka w polszczyźnie: tam jest jego dom prawdziwy i tam spotyka się, kiedy jest sam, z Kochanowskim, Mickiewiczem, Leśmianem, Tuwimem, Herbertem, Miłoszem. Ale – gdy tego nikt z nas nie widzi – spotyka się w swojej bibliotece także z Szekspirem, Donne’em, Keatsem, Hopkinsem, Emily Dickinson, Audenem, Brodskim czy Mandelsztamem. Wybrawszy język polski na swój prawdziwy dom, postanowił go urządzić wedle własnej – ale i dodajmy: naszej – wygody. Na tym właśnie – rzecz ujmując w największym skrócie – polega jego teoria tłumaczenia, w której mówi wyraźnie, że w dobrym tłumaczeniu nie liczy się żadna abstrakcyjna wierność, tylko wygoda, z jaką obcy tekst mości się w polszczyźnie. Na tym polega też jego praca poety: nie na wyrażaniu uczuć, nie na opisywaniu świata, lecz na nieustannym wypróbowywaniu języka i form, jakie on w swojej historii zdążył w sobie nagromadzić. Barańczak mebluje swoje domostwo według własnych potrzeb. Miarą jego wielkości jest to, że my wszyscy uznajemy jego potrzeby za nasze własne. Wszyscy siedzimy przy jego stole.

7. Jeden z najukochańszych poetów Barańczaka, Osip Mandelsztam, pisał o twórczości jako spłacaniu długu gospodarzowi tego świata. Każdy prawdziwy poeta, pisał Mandelsztam, jest wdzięcznym gościem Boga. Podobnie i my wszyscy, czytelnicy i przyjaciele Stanisława Barańczaka, czujemy się wdzięczni za to, że od lat możemy – metaforycznie i dosłownie – gościć w jego domu. Tym domem jest gospodarstwo polskiej mowy, wyśpiewywanej i wyśmiewywanej przez Stanisława Barańczaka – Poetę, Tłumacza, Profesora, słowem: Humanistę. Za tę hojną gościnę bardzo Ci, Staszku Drogi, dziękujemy!

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teoretyk literatury, eseista, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, filozof. Dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Stefan and Lucy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]