Mumie z epoki żelaza odnalezione na duńskich torfowiskach

Człowiek z Tollund i Człowiek z Grauballe to charyzmatyczne postaci, choć liczą ponad dwa tysiące lat. Historia, którą opowiadają, ma zupełnie inny wydźwięk niż ta ze szkolnych podręczników. Jej nośnikiem są spierzchnięte usta, zmarszczki, linie papilarne i brud pod paznokciami.
Czyta się kilka minut
Człowiek z Tollund, Muzeum Silkeborg // Fot. Adam Robiński
Człowiek z Tollund, Muzeum Silkeborg // Fot. Adam Robiński

Lodowiec był dla Jutlandii bezlitosny, przestrzeń została rozwałkowana na naleśnik. W nielicznych obniżeniach stoi woda, a jedyne urozmaicenie to polodowcowe jeziora. Hen, na horyzoncie majaczy Kattegat, cieśnina tak zdradliwa, że holenderscy marynarze ochrzcili ją mianem szpary dla kotów.

Tollund to bezbarwna osada wyrosła w tym anonimowym krajobrazie. Na drodze do wsi nie widać nawet drogowskazu, jest tylko kilka oddalonych od siebie gospodarstw i, współcześnie, pole golfowe.

Uruchamianie odtwarzacza...

Jako „Torlund” po raz pierwszy pojawia się w dokumencie z 1481 r. i prawdopodobnie wywodzi się od gaju poświęconego czci Thora, nordyckiego boga burz i piorunów. Oraz deszczu, co może być wyjątkowo istotnym detalem dla tutejszych rolników.

To musi być wyjątkowo godne i nośne imię, uznaje wiosną 1950 r. archeolog Peter Vilhelm Glob, gdy staje na skraju rozległego torfowiska na zachód od Silkeborga. Sęk w tym, że nazywa się ono Bjaeldskov Dal. Ale kto poza Skandynawią poradzi sobie z takim językowym łamańcem? „Człowiek z Bjaeldskov Dal”? Glob jest badaczem o zacięciu popularyzatorskim. Kombinuje, jakby pracował w branży reklamowej. Rozgląda się więc po okolicy i znajduje w niej o wiele lepszą nazwę. Oto „Człowiek z Tollund”, ogłasza na widok zakonserwowanej w torfie mumii z epoki żelaza, po którą przyjechał.

„Człowiek z Tollund” trafia więc na pierwsze strony duńskich gazet, a po przetransportowaniu do Kopenhagi staje się muzealną sensacją. Do najlepiej zachowanej do czasów współczesnych mumii ustawiają się tysiące gapiów. Kilkanaście lat później Glob wydaje książkę „The Bog People” („Ludzie z bagien”), w której opisuje swoje prace nad tym i kilkoma innymi podobnymi znaleziskami, m.in. wykopanym dwa lata później 20 km dalej Człowiekiem z Grauballe. Podejmuje również próbę rekonstrukcji sposobu życia ludzi 2,5 tysiąca lat temu.

Wegańska dieta skazańców z epoki żelaza

Połowa XX wieku to czasy, w których naukowcy bywają celebrytami. Glob zaczyna książkę od przywołania listów od fanów, przede wszystkim dzieci. „Drogi doktorze, (...) Wysyłamy Panu małą książkę o naszej szkole, mamy nadzieje, że się Panu spodoba. Mój tata ma w Danii przyjaciół i liczę na to, że kiedyś nas tam zabierze. Być może będziemy mieli szansę spotkać Pana, Człowieka z Tollund i Człowieka z Grauballe”. Archeolog tłumaczy, że „Ludzie z bagien” to spóźniona odpowiedź na podobne wiadomości.

Choć liczą ponad dwa tysiące lat, Człowiek z Tollund i Człowiek z Grauballe to wyjątkowo charyzmatyczne postaci. Historia, którą opowiadają, ma zupełnie inny wydźwięk niż ta ze szkolnych podręczników. Zamiast nudnych opisów i wyliczanki dat jej nośnikiem są spierzchnięte usta, zmarszczki, linie papilarne i brud pod paznokciami. Mumifikacja dokonała się za sprawą konserwujących właściwości torfu – kwaśne, beztlenowe środowisko o stałej, niskiej temperaturze zahamowało procesy rozkładu.

Zachowała się treść żołądka Człowieka z Tollund, dzięki czemu badacze są w stanie odtworzyć jego ostatni posiłek: kleik z jęczmienia, siemienia lnianego, rdestu i lnicznika, z wieloma różnymi gatunkami traw, jakie rosną na zaoranej ziemi. Wegański posiłek jest zaprzeczeniem mięsnej diety typowej dla epoki żelaza w Europie. Wraz ze stryczkiem znalezionym na szyi świadczyć ma o charakterze odkrycia.

„Wiele wskazuje na to, że ci ludzie epoki żelaza spotkali śmierć, jeszcze zanim zaczęła się wiosna. Więcej racji ma twierdzenie, że zanim zostali złożeni w ofierze bogom wiosny, otrzymali specjalny posiłek z roślin dzikich i uprawnych występujących w okolicy, niż sugerowanie, że byli wegetarianami” – pisze Glob.

I choć wszystkim się wydaje, że Człowiek z Tollund się uśmiecha, nie ma wątpliwości, że został zamordowany, a jego ciało zatopione. Człowiekowi z Grauballe poderżnięto gardło.

Irlandzki noblista odnajduje wujka

Wiersz zaczyna się od zmyłki: „Któregoś dnia wybiorę się do Aarhus”, deklaruje Seamus Heaney (w przekładzie Stanisława Barańczaka), choć doskonale wie, że celem jego podróży powinien stać się Silkeborg. Błąd jest najwyraźniej świadomy, chodzi o uszanowanie metrum. Geografia może pójść poecie na chwilowe ustępstwo. Czterdzieści parę kilometrów różnicy? Ważne, że krajobraz jest ten sam.

Gdy na początku lat 70. pojawili się „Ludzie z bagien”, Irlandczyk – późniejszy noblista – jest już uznanym poetą. Natychmiast czuje pokrewieństwo z tematem – Północna Irlandia, skąd pochodzi, to bagienna bliźniaczka Jutlandii. Już wcześniej, w wierszu „Kraina bagien” z lat 60., opisał ją w podobnym tonie: ziemia to „czarne masło”, które „między spojrzeniami słońca robi się coraz bardziej chrupkie”. Kraina, która o miliony lat „minęła się ze swoją ostatnią definicją”, kryjąca w sobie szkielety starożytnych łosi, namokłe pnie ogromnych jodeł i obozowiska z kolejnych epok prehistorii.

„Torfowisko było dla mnie prawdziwą obsesją – wspominał Heaney w wywiadzie z 1979 r. – Niewypowiedzianą przyjemnością, jaką czerpałem z krajobrazu. Zapach dymu z palonego torfu ma na mnie niesamowicie nostalgiczny wpływ. Chodzi o scenariusz, który zostaje zapisany w naszych zmysłach w chwili pierwszego oddechu”.

Ale w książce Globa szokują go przede wszystkim szczegółowe fotografie. W mającej niemal 2,5 tysiąca lat mumii widzi przodka, wiekowego wujka, jedną z tych charakterystycznych, archaicznych postaci z wąsami, jakie spotyka się na irlandzkiej prowincji. „Człowiek z Tollund” nie daje mu spokoju. Pewnego dnia siada do jeszcze jednego wiersza. Zaczyna go słowami: „Któregoś dnia wybiorę się do Aarhus”. W ludziach z bagien słyszy echa wielu innych historii. W zawoalowany sposób nawiązuje do religijnego wątku przemocy w targanej wojną domową Irlandii.

Czterdziestolatek z Tollund jest zmęczony

Parkuję w bocznej uliczce nieopodal zadbanej, żółtej rezydencji. Frontowe drzwi są otwarte, kasjerka skora do rozmowy w płynnym angielskim. Rozkłada przede mną broszurę z mapką dworu: – Jeśli to Człowiek z Tollund jest powodem, dla którego tu jesteś, to spotkasz go w tym pomieszczeniu.

You will meet him (Spotkasz go) – używa słów, od których już się nie opędzę.

Rzeczywiście przyjechałem do Silkeborga właśnie dla niego, choć miasto jest tylko przystankiem podczas rodzinnych wakacji na Jutlandii. O przybyszu z przeszłości przeczytałem po raz pierwszy kilka lat wcześniej w wierszu Heaneya, potem kupiłem książkę Globa. Człowiek z Tollund zadomowił się na pulpicie mojego komputera. Później towarzyszył mi w pisaniu reportażu o Puszczy Kampinoskiej. Wszystko za sprawą Michała Paczkowskiego z Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie, który podczas wspólnej wycieczki do puszczy opowiedział mi o wierzeniach i zwyczajach wspólnych dla całego Barbaricum epoki żelaza, a więc obszaru znajdującego się poza granicami Cesarstwa Rzymskiego.

Jeśli archeologia jest nauką zbudowaną na analogiach, tłumaczył Paczkowski, to przydatne może być patrzenie na mokradła parku narodowego jak na przestrzenie skrywające podobne tajemnice co Jutlandia. W kampinoskich torfowiskach nikt jednak nie kopał i, z uwagi na reżimy ochronne parku narodowego kopać nie będzie. Nie chodzi więc o oto, by trąbić o polskich mumiach z bagien, lecz by dopuścić do siebie myśl, że ich istnienie nie jest nieprawdopodobne.

Człowiek z Tollund, Muzeum Silkeborg // Fot. Adam Robiński

Spotykam go, zgodnie z zapowiedzią, w pierwszej sali. A jednak bierze mnie z zaskoczenia. To nie jest twarz, z którą jestem już obyty. Lekko zgarbiony stoi oparty o długi, profilowany drąg, ubrany jest w lnianą żółtą tunikę bez rękawów. Bosy i uśmiechnięty, lewym ramieniem przytrzymuje wywróconą na lewo baranią skórę. Prezentuje przy tym skromny biceps. Przyglądam się podłużnemu nosowi i dużym uszom. I próbuję złapać kontakt wzrokowy z syntetycznym modelem owiniętym w silikonową skórę.

Prace holenderskich braci Adrie i Alfonsa Kennis zdobią wiele europejskich muzeów, bo efekt zawsze wprawia w produktywną konfuzję. Łączą nowoczesną technologię skanowania trójwymiarowego z tradycyjnymi technikami rzeźbiarskimi. Człowiek z Tollund w ich wykonaniu jest moim rówieśnikiem, ale czterdziestka w epoce żelaza to zupełnie inny wiek niż współcześnie. Wygląda na zmęczonego chłopa po długim dniu pracy w polu, który marzy już tylko o zachodzie słońca.

Czuwanie przy Człowieku z Tollund

Nie mamy pojęcia, kim był – ten fakt przypominam sobie w połowie każdej swobodniejszej myśli na jego temat. Bo przecież może być tak, że poświęcam tyle uwagi zwyrodnialcowi, którego społeczeństwo skazało na śmierć i zapomnienie. A co jeśli ten uśmiech jest szyderstwem bandyty, który nie uznaje skruchy? A co jeśli przypadkowy posłaniec z epoki żelaza jest tak naprawdę najgorszym z jemu współczesnych? Czy nie wyrządzam im wszystkim, całej reszcie, której nie znam, wielkiej dziejowej niesprawiedliwości, traktując go jak ich wysłannika i reprezentanta?

Człowiek z Tollund, Muzeum Silkeborg // Fot. Adam Robiński

Lecz przecież tam, w ciemnym pomieszczeniu, gdzie widzę już nie dzieło artysty, lecz prawdziwą skórę, kości, paznokcie i zawinięte w naturalny kokon organy, wygląda jak niewinny noworodek. Torf ululał to ciało niczym pled, którym wyściełamy kołyski. Jedynym, co miał na sobie składany do mokrego grobu Człowiek z Tollund, był ciasny skórzany czepek, tak bardzo przypominający bawełnianą czapeczkę, jaką pielęgniarka zakłada na głowę nowo narodzonemu golusieńkiemu Człowiekowi z Warszawy, Nowego Jorku albo Paryża.

Przesuwam jeden z kilku stołków spod ściany w pobliże szklanej gabloty, w której leży Człowiek z Tollund. Przysiadam i rozpoczynam czuwanie. Widzę rudy meszek na brodzie i zmarszczki przypominające starannie przebronowane pole. Wargi tak suche, że chciałoby się postawić obok nich szklankę z wodą. Glob opisał go tak: „To lekko zamknięte oczy i półprzymknięte usta zmarłego nadają tej wyjątkowej twarzy ów charakterystyczny wyraz i nieodparcie przywodzą na myśl słowa z »Eposu o Gilgameszu«, najstarszego na świecie eposu heroicznego: »Śpiący i zmarły są jeden jak drugi«” (za przekładem Roberta Stillera).

W Silkeborgu czeka mnie jeszcze jedna niespodzianka – w jednej z gablot znajduję wpis Heaneya wycięty z muzealnej księgi pamiątkowej. A więc jednak przyjechał do Aarhus, zgodnie ze złożoną w tomie „Wintering Out” obietnicą! Notatka jest datowana na 16 października 1973 r., rok po jego wydaniu. Poeta nie musiał się wysilać, po prostu przepisał odręcznie fragment swojego wiersza: „Those dark juices working / Him to a saint’s kept body”. A więc Człowiek z Tollund jako święty.

Człowiek z Grauballe i kolekcja nalewek

Muzeum Moesgaard to zupełne przeciwieństwo kameralnej placówki w Silkeborgu. Wybudowany na długim zboczu wzgórza na południowych przedmieściach Aarhus nowoczesny pawilon próbuje opowiadać o człowieczeństwie w sposób o wiele bardziej zniuansowany. Stałej ekspozycji o ewolucji hominimów i historii osadnictwa w Danii towarzyszą inne, m.in. o narodzinach rolnictwa w widłach Tygrysu i Eufratu. Żeby spotkać Człowieka z Grauballe, muszę przewędrować przez labirynt sal i korytarzy. Obejrzeć całe multum modeli przodków wykonanych przez braci Kennis i spróbować umiejscowić się pomiędzy nimi. Na sztucznym niebie poszukać konstelacji, jakie widzieli paleolityczni łowcy reniferów idący na północ za wycofującym się lodowcem.

Drugą ze słynnych mumii otacza szczelny wianuszek turystów. Choć z Człowiekiem z Grauballe czas obszedł się jeszcze łagodniej niż z Człowiekiem z Tollund, to jednak, paradoksalnie, o wiele trudniej zobaczyć w nim coś więcej niż muzealny eksponat. Jest nienaturalnie wykrzywiony, jego kończyny bardziej połamane niż zgięte, twarz w bolesnym spazmie niemal wbita w podłoże. „Jak ulany ze smoły, z głową na poduszce torfu, wygląda, jakby wypłakiwał czarną rzekę samego siebie” – Heaney musiał myśleć podobnie, bo w poświęconym mu wierszu (z tomu „The North”, 1975, w przekładzie Stanisława Barańczaka) skupia się na tym, co widzi, a nie na tym, czego ma się domyślać.

Człowiek z Grauballe, Muzeum Moesgaard // Fot. Adam Robiński

W archiwalnym „Dublin Review of Books” czytam, że w 1976 r. ścieżki Heaneya i Globa niespodziewanie się przecięły. Podczas wizyty w Kopenhadze duński znajomy poety, pisarz Jørgen Andersen zaciągnął go do Duńskiego Muzeum Narodowego, gdzie Glob był dyrektorem. Kiedy Irlandczyk wszedł do jego gabinetu, badacz, z nietypowym w tamtych czasach kolczykiem w uchu, oglądał właśnie przysłane z Zatoki Perskiej kamienie. Nie jest do końca jasne, czy Glob znał wiersze Heaneya. Podobno powiedział, że po publikacji „Ludzi z bagien” w języku angielskim dostaje listy od poetów z całego świata.

Być może na pocieszenie zabrał Irlandczyka do magazynu, by pokazać mu srebrny kocioł wykopany w Gundestrup, a więc jeden z opisanych w książce artefaktów. Potem wrócili do gabinetu. Gdy Glob wyciągnął z szuflady kolekcję butelek, wąskie oczy przyszłego noblisty rozwarły się szeroko w stopniu, „który uważałem za fizycznie niemożliwy”, wspominał Bruce Clunies-Ross, znajomy Heaneya, który uczestniczył w tym spotkaniu. Okazało się, że archeolog jest również ekspertem w dziedzinie, a jeden z trunków, którymi poczęstował tamtego dnia swoich gości, powstał na bazie mirtu z jutlandzkich torfowisk. Wyszli z gabinetu zadowoleni, z egzemplarzami innej książki Globa, poświęconej właśnie alkoholom.

Dlaczego Seamus Heaney kochał tego gościa

Równie spontaniczna przygoda przytrafiła się Heaneyowi w Danii osiemnaście lat później. Był akurat w Kopenhadze z odczytem. Po uroczystości jego opiekun zapakował go do samochodu i zawiózł na prom. Noc spędzili w domu nieopodal Silkeborga. Następnego dnia rano pojechali w miejsce, w którym kilkadziesiąt lat wcześniej kopacze torfu znaleźli słynną mumię.

W efekcie dźwięczny toponim – Tollund – jeszcze dwukrotnie pojawił się w bibliografii Irlandczyka. W wierszu o takim właśnie tytule, powstałym zaraz po wizycie na bagnie, dawał wyraz nadziei na lepsze jutro dla swojej ojczyzny, gdzie Irlandzka Armia Republikańska właśnie ogłosiła zawieszenie broni i siadła do rozmów z rządem Wielkiej Brytanii. Rok później cieszył się również swoim sukcesem – Literacką Nagrodą Nobla.

Na kilka lat przed śmiercią, już w XXI wieku, napisał jeszcze sześć zwrotek pod tytułem „Tollund Man in Springtime” („Człowiek z Tollund wiosną”). Tak mówił o nich w jednej z gazet w 2006 roku: „Wrócił do mnie, by powiedzieć, że poezja liryczna jest w porządku. Kocham gościa”.

Opuszczam Silkeborg drogą na zachód, omijając autostradę. Szosa wiedzie mnie w stronę pinezki, którą wskazałem nawigacji w telefonie. Kościół w Funder Kirkeby jest jak drogowskaz, przy którym odbijam w prawo. Nierówny asfalt leci między polami już po żniwach, bo pod duńskimi równoleżnikami przychodzą one szybciej niż w Polsce. Znaku „ślepa ulica” nijak się nie spodziewałem, przecież nawigacja mówi, że mogę jechać dalej. A jednak droga nagle się kończy i ustępuje miejsca ścieżce.

Zostawiam samochód w polu i idę kilkaset metrów przez las, w stronę otwartej, mokrej przestrzeni. Doskonale znam tę wilgoć i jej zapach z mazowieckich mokradeł, krajobrazów, w które na co dzień często się zapuszczam. Jednak stając na skraju torfowiska Bjaeldskov Dal sam już nie wiem, kogo ścigam: Duńczyka sprzed 2,5 tysiąca lat czy Irlandczyka z przedwczoraj. Jeden i drugi próbują mi coś powiedzieć.


Seamus Heaney

Człowiek z Tollund

Któregoś dnia wybiorę się do Aarhus,
Obejrzeć jego głowę, brunatną
Jak torf, delikatne strąki powiek,
Spiczastą czapkę z futerka.

W tej płaskiej krainie, w pobliżu
Miejsca, gdzie wykopano go z ziemi
Z ostatnią papką z ozimego ziarna
Skrzepłą w żołądku,

Nagiego, jeśli nie liczyć 
Czapki, przepaski i pętli,
Będę stał długo.
Oblubieniec bogini:

Zacisnęła na jego szyi
Swój naszyjnik, otwarła swój moczar,
Ciemne soki, które go trawiły,
Aż stał się zabalsamowanym świętym,

Skarbem, o który zgrzytnęła łopata
Tnąca torf w bloki, jak komórki plastra.
Dziś jego twarz, cała w plamach,
Spoczywa w Aarhus.

Przełożył Stanisław Barańczak
Pierwodruk tego przekładu miał miejsce w 15 numerze „Tygodnika Powszechnego” z roku 1995.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ludzie z bagien