Adam Robiński: Muchołówka białoszyja to taki niepozorny ptak. A jednak potrafi namieszać człowiekowi w biografii.
Szymon Drobniak: Nie jest tak wyrazista jak inne gatunki, ale ornitolog nigdy nie powiedziałby o niej, że jest niepozorna. To mały, ale bardzo interesujący ptak. W moim życiu pojawił się przypadkiem. Pierwszy raz pojechałem na Gotlandię w ramach pracy magisterskiej, która dotyczyła sikor modraszek. Wracałem tam wiele lat z rzędu, właśnie po to, żeby badać sikory.
W międzyczasie szwedzki profesor, który od początku prowadził monitoring tamtejszej populacji muchołówki, przeszedł na emeryturę. Nie zostawił po sobie nikogo, kto mógłby ten projekt przejąć. Więc zrobiliśmy to my, Instytut Nauk o Środowisku Uniwersytetu Jagiellońskiego, biorąc również na siebie finansowanie. To było osiem lat temu.
Dlaczego na środku Bałtyku bada się muchołówki?
Bo znajdują się tam poza północnym zasięgiem gatunku, czyli „typowymi” granicami swojego występowania. Około czterysta kilometrów dalej niż inne populacje muchołówki białoszyjej. Dwie szwedzkie wyspy, Gotlandia i Olandia, są w tej kwestii zagadką. Nikt nie wie, skąd wzięły się tam muchołówki białoszyje. Ani dlaczego nie kolonizują pobliskiego Półwyspu Skandynawskiego.
Na Olandii są mniej więcej od 70 lat. Jeśli chodzi o Gotlandię, możemy tylko zgadywać. Mamy sprzeczne relacje.
Czy widział je tam w 1741 r. Karol Linneusz? Nie wspomina o nich w swojej relacji z podróży. Ale przybył na wyspę dopiero w lipcu, na dodatek bardzo ciepłego roku. Dlatego sądzę, że mógł je po prostu przeoczyć. O tej porze roku muchołówki białoszyje opiekują się już podlotami poza gniazdem i z uwagi na pierzenie upodabniają się do innych muchołówek. Tak czy inaczej szacujemy, że Gotlandia jest ich wiosenno-letnim domem od dwustu, może trzystu lat.
„Delikatne, nieagresywne, bajecznie łatwe w badaniu”. Tak o muchołówkach piszesz w książce „Gęsi odpoczywają na Gotlandii”.
Gdy otwierasz budkę lęgową, w której siedzi modraszka, reakcją ptaka jest agresja. Próbuje cię odstraszyć. Muchołówka białoszyja nawet się nie ruszy. Udaje, że jej tam nie ma. Możesz ją wziąć do ręki, odczytać obrączkę, policzyć jajka w gnieździe i z powrotem odłożyć na miejsce. A ona się będzie zachowywać tak, jakby się nic nie stało.
Jak to rozumieć?
Może to forma maskowania? Pstrokata sikora nie ma wyjścia, musi wierzgać, bo jest widoczna jak na dłoni. Za to brązowa samica muchołówki wtapia się w barwy gniazda.
Ogólnie rzecz biorąc, mało wiemy na temat różnic w temperamencie ptaków czy ssaków, dlaczego jedne zachowują się tak, a nie inaczej. W przypadku muchołówki może chodzić o trudny rozród. Być może szkoda im marnować zasoby energetyczne na agresywne zachowanie w gnieździe, bo zaraz będą się musiały sposobić do długiej podróży na południe?
Szacujemy, że wylatują z Afryki Subsaharyjskiej pod koniec marca. Kilka razy zatrzymują się po drodze, w połowie kwietnia docierają do Europy, pod koniec miesiąca są już na Gotlandii. Tydzień lub półtora po przylocie samce szukają miejsc na gniazdo, z kolei samice szukają samców. Dwa tygodnie po przylocie składają jaja. To bardzo intensywny czas.
Wśród polskich muchołówek, których migracja jest krótsza, czasami zdarzają się dwa lęgi w jednym roku. W Szwecji sezon jest tak krótki, że nie ma na to szans, bo pod koniec lipca młode muszą się już sposobić do wylotu. Cała energia jest inwestowana w to, żeby im się udało.
Ale czy takie wrzucanie wszystkich osobników danego gatunku do jednego worka jest sprawiedliwe?
Oczywiście znajdujemy modraszki, które są spokojne, albo muchołówki, które po schwytaniu tylko czekają na moment, gdy wyczują luźniejszy uchwyt dłoni, żeby zwiać. Zmienność między osobnikami jest bardzo duża. Wiemy, że ma ona do pewnego stopnia podłoże genetyczne, to znaczy, że niektóre osobniki są konsekwentnie takie, a nie inne.
W biologii ewolucyjnej nazywa się to osobowością. Choć ja bardzo nie lubię tego określenia. Jest zbyt antropomorfizujące. Unikam przypisywania określeń ludzkich zwierzętom.
Czyli otwierając budkę, nigdy nie wiesz, co Cię czeka?
Tym bardziej że z tych samych budek korzystają różne gatunki ptaków. Nie tylko modraszki, bogatki i muchołówki białoszyje, ale też inne ptaki podobnej wielkości, które można spotkać na Gotlandii, np. kowaliki, krętogłowy czy mazurki.
Moglibyśmy sprawić, żeby tak nie było. Wystarczyłoby odrobinę zmniejszyć otwór wejściowy. Ująć pół centymetra średnicy, wtedy sikora się nie przeciśnie, a dla muchołówki będzie na styk. Ale przecież nie o to chodzi w badaniach, żeby pozbawiać inne gatunki szansy.
Na Gotlandii zagląda się do tych budek od prawie pięćdziesięciu lat.
Na świecie jest tylko kilka podobnie długotrwałych projektów. Na przykład w Kanadzie od około 30 lat bada się populację szarobrewki śpiewnej. Bezkonkurencyjnym rekordzistą jest zaś Wydham pod Oksfordem, gdzie monitoring kilku gatunków prowadzony jest od ponad 70 lat.
Jak to się zaczęło?
Na Gotlandii – od ornitologa Larsa Gustafssona, który zainteresował się przede wszystkim kwestią hybrydyzacji gatunków. Bo jeszcze w latach 80. muchołówki białoszyje krzyżowały się na Gotlandii z żałobnymi. Ale najważniejsze było to, że białoszyja jest gatunkiem filopatrycznym, czyli że gdy dorosłe ptaki zaczynają się w jakimś miejscu rozmnażać, to w kolejnych sezonach wracają niemalże do tej samej budki. Albo do sąsiedniej.
To daje gwarancję, że dużą część ptaków będziemy mieć okazję obserwować za ich życia wiele razy. Wyspa nam dodatkowo pomaga, bo w okolicy, na Bałtyku, trudno o konkurencyjne miejsca lęgowe. Dzięki temu możemy się pochwalić dużą rekrutacją, a więc liczbą osobników, które przychodzą na świat w badanej przez nas populacji, a potem wracają, by samemu się rozmnażać.
O ilu pokoleniach podopiecznych mówimy?
O kilkudziesięciu, bo co roku mamy nowe. Nie wszystkie zaczynają się jednak rozmnażać rok po wykluciu. Niektóre robią sobie przerwę. Muchołówki żyją dość długo, nawet osiem lat. Ale śmiertelność jest duża.
O trudnej migracji już mówiliśmy. Poza tym są bardzo wrażliwe na pogodę. Polegają przede wszystkim na owadach latających, więc wystarczy, że w czerwcu, gdy pisklęta potrzebują najwięcej pokarmu, zdarzy się okres z silnym wiatrem lub deszczem, by zdziesiątkować tę populację.
Były takie sezony, gdy traciliśmy 60-70 proc. gniazd. Ale to wszystko trudno policzyć, bo populacja mocno się rozrosła. Na początku tych budek było kilkaset, teraz jest 1,8 tys. I staramy się ją utrzymać na takim poziomie.
Jak to „staracie się utrzymać”?
Mało efektywne powierzchnie badawcze, albo te, które są trudne do monitorowania, po prostu likwidujemy. Każda dodatkowa grupa budek to więcej pracy, żeby je utrzymać. Nie chcemy tej populacji niepotrzebnie rozdymać.
To brzmi tak, jakbyście ręcznie sterowali jej wielkością.
Muchołówki nie zajmują wszystkich dostępnych budek. Powiedzmy, jedną czwartą. Więc jeśli część z nich usuniemy, to nie będzie to dla ptaków specjalnie ograniczające. Populacja od początku wieku delikatnie rosła. Teraz jest na stabilnym poziomie z lekką tendencją spadkową.
Ale trudno powiedzieć, czy to chwilowa fluktuacja, czy istotny trend. Lata 2023 i 2024 były bardzo złe, jeśli chodzi o sukces lęgowy, z kolei bieżący rok okazał się zaskakująco dobry. Za to nieudany dla sikor, które zwykle okazują się bardzo odporne na wahania środowiskowe. Powód? Ciepły kwiecień i zimny maj.
Sikory są na Gotlandii przez cały rok, nigdzie nie odlatują. W kwietniu, gdy zrobiło się cieplej, zaczęły się przygotowywać do rozmnażania. A potem w kluczowym momencie, gdy samice składają jaja, przyszły przymrozki. Z kolei muchołówki przylatują później, więc nie wiedziały, jaką zastaną pogodę. Po prostu zaczęły robić swoje w swoim własnym tempie. Pod koniec maja zrobiło się cieplej. I stąd ich sukces.
Zdarza się, że znajdujecie je również w naturalnych gniazdach? Poza budkami?
Tak, ale budki są dla nich jednak bardzo atrakcyjne. Po co mają się wysilać? Na każde 30-50 gniazd w budkach natrafimy na jedno naturalne. Rzadko mamy do nich dostęp, bo są zwykle w dziuplach. Trzeba by je rozwiercić, żeby dostać się do środka. W takim przypadku staramy się chociaż złapać dorosłe do zaobrączkowania.
Jak wygląda sam monitoring? Musicie zajrzeć do każdej budki?
Interesują nas również sikory, więc przyjeżdżamy na Gotlandię w połowie kwietnia, gdy te zaczynają budować gniazda. Mamy do skontrolowania dwadzieścia kilka powierzchni badawczych, każda z nich to od niecałego kilometra do kilku kilometrów kwadratowych, rozrzuconych w pasie około dwudziestu kilometrów w osi północ-południe. To tylko wycinek wyspy.
Na Gotlandii nie ma jednego zwartego kawałka lasu. Płaty są porozdzielane pastwiskami i polami uprawnymi. Każda taka ptasia społeczność jest sprawdzana regularnie, co kilka dni, a przynajmniej raz w tygodniu, bo nie zawsze mamy do dyspozycji odpowiednio duży zespół. Do każdej budki zaglądamy w każdym roku pięć-sześć razy.
Jeśli odnotujemy, że w środku zaczął się lęg, przyglądamy jej się uważniej. Potem skupiamy się oczywiście tylko na tych, w których są rozmnażające się ptaki.
Brzmi jak bardzo powtarzalna, mrówcza robota.
Na początku sezonu sprawdzenie wszystkich budek na jednej powierzchni badawczej zajmuje nam około trzech godzin. Większość z nas robi to co roku, znamy więc teren i metody. Jeżdżę na Gotlandię od 18 lat, a jeszcze się nie zdarzyło, żeby ta rutyna mnie znudziła.
Każdego roku przychodzi moment, w którym przestajemy rozumieć to, co akurat dzieje się z ptakami. Pojawia się wzorzec, którego nie znamy. Przyjeżdżamy z przekonaniem, że wszystko już wiemy, a tu klops. Wciąż wiemy mało. W tym roku nagle porzucone zostało co trzecie gniazdo modraszki. To się wcześniej nie zdarzało, byliśmy przekonani, że to „pancerny” gatunek. Zupełnie nowa łamigłówka do rozwiązania.
Poza tym, ta praca jest wynagradzana w jeszcze jeden sposób – wyspa późno budzi się do wiosny. Gdy przyjeżdżamy, jest jeszcze szaro i ponuro, wręcz zimowo. I to na naszych oczach pojawiają się pierwsze oznaki nowego. Biolodzy bardzo lubią ten moment w roku, a my na dodatek spędzamy go w terenie.
Owszem, po kilku tygodniach niektórzy mają dosyć, ale potem człowiek zaczyna się cieszyć na myśl, że za rok znowu pojedzie się na Gotlandię. Tęsknimy za tymi lasami i za ptakami. Gdybyśmy prowadzili podobne badania pod Krakowem, pewnie byłoby inaczej. Wciskałoby się taką pracę między codzienne zajęcia. Tymczasem na wyspie jest się tylko dla ptaków. Nic nas nie rozprasza.
Mieszkańcy Gotlandii nie dziwią się, że ich ptaki liczą Polacy?
My te badania finansujemy, co nie znaczy, że nie przyjeżdżają z nami osoby innej narodowości. Ale wioska, w której mieszkamy, na stałe liczy raptem kilkanaście osób. Każdy każdego zna i wszyscy doskonale wiedzą, co się dzieje. Poza tym, wyspiarze zdają sobie sprawę, że ich dom jest ważnym punktem na mapie migracji ptaków.
Duże akweny – nie tylko Bałtyk – to przestrzenie, które muszą one przekraczać z precyzją. Są na nich miejsca – wyspy, ale też mierzeje i cyple – w których koncentrują się szlaki migracyjne. Chodzi o to, żeby jak najdłużej pozostawać nad lądem. Dzięki temu łatwo je tam badać.
I dlatego w takich miejscach znajdują się na ogół stacje obrączkowania ptaków. Na Bałtyku to choćby Kąty Rybackie, litewski przylądek Ventė, szwedzkie Falsterbo. I południowy skraj Gotlandii.
Z kolei Morze Czarne jest bardzo interesujące dla badaczy drapieżników, których korytarze migracyjne koncentrują się nad Bosforem i Kaukazem. A nad Morzem Śródziemnym obrączkuje się raczej wróblaki, które gniazdują na południu Europy. Wyspa – w naszym przypadku Gotlandia – to takie miejsce, w którym ptaki niemal na pewno się zatrzymają, żeby odpocząć.
Nad Bałtykiem ptaki obrączkuje się od ponad stu lat. To ogromny zasób danych na ich temat. Co się z nimi robi?
To temat kontrowersyjny. Wiem, co robimy z naszymi danymi, bo non stop publikujemy na ich podstawie kolejne prace naukowe. Inaczej jest w przypadku wielu stacji obrączkarskich. Jeszcze do niedawna część z nich nie digitalizowała swoich danych. Wypełniały one kolejne teczki czy segregatory, do których mało kto miał dostęp. O tyle dobrze, że na ogół nowe dane mają od razu postać cyfrową. Ale cała historia badań już nie.
Problemem wielu stacji jest również to, że trzeba się postarać, żeby do ich danych uzyskać dostęp. A te ze szwedzkich stacji są dostępne dla każdego, niemal od ręki, w internecie. Zresztą w erze citizen science – nauki obywatelskiej, która obsługuje o wiele bogatsze zasoby, nie zawsze chcę prowadzić niekończącą się korespondencję z centralami obrączkarskimi, z reguły nawet nie wiedząc, jakie dokładnie dane posiadają.
Po co to robić, skoro mogę sobie za darmo pobrać o wiele większą bazę danych, np. z aplikacji eBird utrzymywanej przez amerykański Uniwersytet Cornella, do której każdy użytkownik może dodać swoją obserwację ptaka. W efekcie eBird ma obecnie bodaj ponad miliard rekordów. Trudno sobie nawet wyobrazić, ile to danych.
Ale czy one są równie wiarygodne jak te z placówek naukowych?
Oczywiście, że nie, ale są sposoby, by odsiać z nich wątpliwą część. Umiemy ocenić jakość konkretnych danych w zbiorze. W każdym kraju eBird ma moderatorów, którzy wyłapują podejrzane obserwacje. Wcale nie jest łatwo zafałszować tamtejsze dane. Dlatego na ich podstawie powstało już wiele publikacji naukowych.
Ten zbiór ma oczywiście trochę inny charakter. Nie da się na przykład na jego podstawie śledzić konkretnego, pojedynczego ptaka. Ale jest niezastąpiony, jeśli chodzi o wzorce występowania i liczebności gatunków.
Wróćmy na Gotlandię, do muchołówek. Czego o nich jeszcze nie wiemy?
Na przykład tego, dokąd dokładnie lecą na zimę. Wiemy, że to w przybliżeniu region Afryki subsaharyjskiej, bo swego czasu wysyłaliśmy ptaki z transponderami. One nam dały ogólne pojęcie, nakierowały na Namibię, Angolę, Malawi.
Problem w tym, że nie mamy żadnej informacji zwrotnej na temat naszych ptaków, która by stamtąd pochodziła. Ani jednego rekordu, który ktoś wprowadziłby do globalnej sieci obrączkarskiej. To jest wręcz niewiarygodne, biorąc pod uwagę fakt, że co roku na Gotlandii obrączkujemy kilka tysięcy muchołówek białoszyich.
Najwyraźniej w tym regionie nie działa żaden ośrodek naukowy, który byłby lustrzanym odbiciem naszych badań.
Może trzeba za ptakami polecieć na zimę do Afryki?
Mieliśmy, oczywiście, takie pomysły. Tylko że to byłoby szukanie igły w stogu siana. Na dodatek bardzo kosztowne. Mamy namiary do stowarzyszeń ornitologicznych, np. w Angoli, ale to bardziej grupy pasjonatów niż placówki badawcze. Ciągle więc liczę na sygnał, że ktoś w Afryce złapie naszą muchołówkę. Dlatego wydaje mi się, że obrączkowanie wciąż ma rację bytu.
A czy gotlandzkie muchołówki reagują jakoś na zmieniający się klimat?
To, że ptaki przesuwają swoją fenologię, a więc rozród, jest trendem światowym. W tym przypadku mówimy o przyspieszeniu o około dziesięć dni. Poza tym na Gotlandii jest coraz cieplej i ubywa wody. Zimy stały się dość suche. Tymczasem byt muchołówek zależy przede wszystkim od owadów latających, a te mają coraz mniej miejsc do rozmnażania się.
Gdy lata temu zaczynałem swoje badania na wyspie, komarów było zatrzęsienie. Nie dało się wyjść w teren bez moskitiery na twarzy. W tym roku nie było ich niemal wcale. W poprzednich latach, gdy na początku sezonu wchodziło się do lasu, to wody było miejscami po kolana. W tym roku w ogóle nie musiałem zakładać gumowców.
Gotlandia to wyspa wapienna, poszatkowana rowami, z których dawno temu pozyskiwano ten kamień. Choć dawno zarosły, to od kiedy pamiętam, stała w nich woda. W tym roku już nie.
Czyli muchołówki mają problem?
Dopiero się przekonamy, jak duży. Dane z dziesięciu czy kilkunastu lat to jeszcze wciąż za mało, by uchwycić długoterminowy trend. Populacja trochę się zmniejsza, ale to jest redukcja o kilkadziesiąt par lęgowych z mniej więcej czterystu na przestrzeni 15 lat. Wciąż jednak musimy brać pod uwagę scenariusz, w którym ten gatunek będzie w stanie się ustabilizować w nowych realiach klimatycznych.
Mówiłeś, że ten sezon był dla nich wyjątkowo udany.
Podejrzewam, że w przyszłym roku, gdy znów pojedziemy na Gotlandię, wróci do nas bardzo dużo ptaków. Czy jednak jest to zwiastun odwrócenia się negatywnej trajektorii? O tym mogą nas przekonać tylko kolejne lata monitoringu. Tyle możemy na razie zaplanować.

Szymon Drobniak (ur. 1984) jest biologiem ewolucyjnym, ornitologiem, projektantem graficznym, poetą i tłumaczem anglojęzycznej literatury popularnonaukowej. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się właśnie jego książka „Gęsi odpoczywają na Gotlandii”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















