Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Katolicy i seks: Nie ma się czego wstydzić

Katolicy i seks: Nie ma się czego wstydzić

04.01.2015
Czyta się kilka minut
Ewa i Marcin Kiedio, młodzi katolicy: Nie mamy poczucia, że Kościół jakoś specjalnie ingeruje w nasze życie seksualne.
Ewa i Marcin Kiedio, styczeń 2015 r.
Ewa i Marcin Kiedio, styczeń 2015 r. / fot. Marcin Kiedio dla „TP”
E

EWA KIEDIO: Błażeju, napijesz się wina?

MARCIN KIEDIO: Przyniosę kieliszki.

BŁAŻEJ STRZELCZYK: Tylko dwa?

MARCIN: Ewa nie może pić alkoholu.

Dlaczego?

MARCIN: Jesteśmy w ciąży.

EWA: Piąty miesiąc.

Gratuluję.

EWA: Czekaliśmy z tą decyzją sześć lat.

Długo.

EWA: Chcieliśmy być gotowi na dziecko. Z jednej strony myśleliśmy o sytuacji materialnej, a z drugiej ja bałam się macierzyństwa.

W jakim sensie?

EWA: Raczej uczuciowym niż materialnym.

Bałaś się, że nie pokochasz?

EWA: Tak. Że nie będę umiała odnaleźć się w tej rzeczywistości. Że inne...

12527

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

To pięknie, że są zadowoleni, mimo ze stosują się do nakazów i zakazów, których jak przyznają do końca nie rozumieją. Taki syndrom "Ptaszków w klatce".

Ten wywiad z małżeństwem zrobił na mnie wrażenie recytacji kościelnych regułek. Skąd np. ta pani wie, że seks przedmałżeński odwraca uwagę narzeczonych od budowania więzi w innych aspektach życia? Nie próbowała, więc wydaje jej się, że wie tylko dlatego, że jakiś ksiądz tak jej powiedział. Państwo nie mówią ani słowa o tym, że naturalne metody planowania rodziny mogą frustrować zbyt małą ilością dni na współżycie - widocznie im to nie przeszkadza. Ciekawe też, czy po porodzie pani będzie tak entuzjastyczna w stosowaniu tych metod - to właśnie wtedy są one obciążone największym ryzykiem.

1) Zakładając, że człowiek jest istotą biologiczną to należy oczekiwać, że kobieta będzie miała największy popęd i predyspozycję do seksu w okresie płodnym, zatem nauczanie KK stawia kobietę w sytuacji w której albo ma mieć dziecko, albo ma uprawiać seks ku uciesze męża tylko wtedy gdy jej organizm jest mniej gotowy na seks. I gdzie tu jest ten wzajemny szacunek i otwarcie się na siebie? 2) Nie sposób intelektualnie przewidzieć, że będzie się dobrym rodzicem, a odczucia bywają złudne. Nie można zatem mieć pewności, że jest się na tyle dojrzałym by być dobrym rodzicem, pewność może dotyczyć tylko własnej chęci a i to tylko w danym momencie życia, czy będą dobrymi rodzicami pokaże czas, ich pewność tu może być złudną pułapką w tej materii. 3) Fascynacja "metodami naturalnymi" wygląda na sztucznie nadmuchaną, by nie rzecz że ma symptomy fetyszu, zachwyt nad wzajemnym zainteresowaniem śluzem jak na mój gust jest tu podobny do zachwytu np. wzajemnym moczem (i takie upodobania bywają), niektórzy też notują częstość współżycia, stosowane pozycje, skalę doznań, są rozmaite dziwactwa w dziedzinie seksu, ale to jeszcze nie dowód, że wzajemnie się sobą interesują, że są na siebie otwarci inaczej niż tylko w sensie zaspakajania własnych stadnych potrzeb. 4) Co do pękających prezerwatyw to przy zastosowaniu tych dobrej jakości nie jest to zbyt częsty problem. W rezerwie współczesna technologia daje jeszcze pigułki 24h/po jak kto mieszka w pobliżu Czech to już w ogóle z tym nie ma problemu. 5)Seks w którym nieustannie myśli się o Bogu zakrawa na mentalny trójkąt i raczej nie sprzyja budowaniu wzajemnych erotycznych relacji. 6)Orgazm równoczesny to niepotrzebnie stresujący mit, czasem może się zdarzyć, ale pogoń za nim to droga donikąd. 7)Seks wyłącznie do pochwy to próba zezwierzęcenia przez nauczanie KK ludzkiego erotyzmu, taki priorytet mają zwierzęta, nie ludzie. 8)Ci którzy tę naukę wykładają nic nie rozumieją, przynajmniej takie odnosi się wrażenie, udają tylko ważnych i poprzez fundowanie innym frustracji seksualnych szukają pocieszenia na własne.

Ad. 2 Powiedziałbym więcej - nie tylko nie mamy żadnej pewności, że będziemy dobrymi rodzicami (że właściwie zrozumiemy i odpowiemy na daną biologiczną i psychiczną konstrukcję dziecka), ale też nie mamy żadnej pewności, że życie naszego dziecka nie będzie koszmarem niezależnie od naszych działań. Dążenie do poczęcia i wydania dziecka jest w tym świetle nieetyczną ruletką, której nieetyczność ludzie maskują przed sobą samymi ideologiami, własną bezmyślnością i bezrozumną nadzieją i radością. Ad. 7 No po prostu urzekł mnie Pan tym zdaniem :))) Chciałbym zobaczyć, jak forumowi teiści wspaniałomyślnie i wielkodusznie dają sobie samym fory, żeby wyjść z tej pułapki. ;)

Jeszcze zwróciłam uwagę, że ta pani jednocześnie określa się jako otwarta na poczęcie, oraz mówi, że przy prezerwatywie denerwowałaby się, iż ona pęknie. No to chyba nie jest taka otwarta jak mówi, skoro by się denerwowała.

Ta uwaga z fetyszem to ciekawy trop. Zastanawiam się, czy nie jest to sposób kanalizacji popędu, gdy nie można go zrealizować. Jeśli nie możemy uprawiać seksu, to przynajmniej o nim rozmawiamy i "zajmujemy się" nim pośrednio - poprzez zainteresowanie stanem fizjologicznym ciała kobiety i notowaniem tego stanu. Taka odmiana erotomana-gawędziarza, można by rzec.

Mnie ten wywiad przeraził, ponieważ bardzo upraszcza tak trudnąi wielowymiarową kwestię jak seksualaność człowieka w nauczaniu KK. Mąż stwierdził, że ten wywiad, jak i dość pobieżny artykuł to taktyczna zagrywka TP, aby rozniecić gorącą dyskusję. Jest bardzo wiele trudnych wątków w naturalnym planowaniu rodziny - m.in. okres laktacji, kiedy ta metoda nie sprawdza się w ogóle, ograniczenie współżycia do dni niepłodnych...Nikt o tym poważnie nie dyskutuje, dlaczego?

Dlatego, że wtedy trzeba by dopuścić do głosu ludzi, którzy mówią brutalną prawdę o złu, które wynika z katolickich reguł "etyki seksualnej". Polskie media katolickie boją się to zrobić, bo zaraz zostałyby ocenione przez instytucję kościelną jako godzące w Świętą Matkę Kościół.

Niektórzy "pechowcy", których sytuacja wymaga odłożenie poczęcia, mają w swoim małżeństwie do czynienia z tak nieregularnym cyklem, że mierzenie temperatury i obserwacje nie mają sensu, bo z wykresów przedstawionych katolickim doradcom rodzinnym nic według nich nie można wyczytać. I co wtedy? Kuracja hormonalna? Dziękuję bardzo za branie sztucznych hormonów po to aby coś działo się naturalnie. Jaki to ma sens?

Jak bardzo muszą się pilnować prawowierni katolicy! To słowo "odłożenie poczęcia" jest słowem-kluczem. Nie wolno np. mówić "unikanie poczęcia", "zamknięcie planów prokreacyjnych raz na zawsze". Dlatego np. na forum http://naturalnemetody.fora.pl jest wątek "Lista odkładających czasowo lub całkowicie". Bo użytkowniczki nie mogą powiedzieć, że rezygnują z dalszej prokreacji. Muszą stworzyć językowego potworka "odkładam całkowicie". Takie pójście na kompromis rozumu z wymogami Kościoła.

"BS: A jak wytłumaczycie niespójność w NPR, gdy można kochać się w czasie niepłodnym? Czym wtedy to się różni od antykoncepcji? EWA: Różnica jest w sposobie myślenia. To nie my wybieramy czas niepłodny, tylko dostosowujemy się do cyklu. Ale ważne jest też to, co mówił bodaj Tischner, że jeśli całe życie chcemy stosować NPR po to, żeby nie mieć dziecka, to również jest mentalność antykoncepcyjna." -------------------------------------------------- Wynikałoby z tego, że sposób myślenia ma wpływ na grzeszność lub bezgrzeszność czynu. W takim razie co myśleć, żeby czyn był bezgrzeszny? Że tylko dostosowujemy się do naturalnego cyklu. I już. Nie ma grzechu.

"To nie my wybieramy czas niepłodny, tylko dostosowujemy się do cyklu."--------------------------- Czciciele świętego cyklu miesiączkowego! Przecież to jest prymitywny animizm, czcicielstwo zjawisk przyrody, a nie żadne chrześcijaństwo!

Ewa mówi że Tischner mówił: "że jeśli całe życie chcemy stosować NPR po to, żeby nie mieć dziecka". A przepraszam po co się stosuje NPR, żeby mieć dziecko? No przecież żeby nie mieć. Toż to oczywistość. Tylko że Tischner mówi "całe życie" to wtedy jest mentalność antykoncepcyjna. A ja się pytam: A jak tylko raz to już nie jest? Dlatego ja nie mówię że to lipa. Tischer mówił, że to lipa.

Może ja jestem jakaś dziwna, ale dla mnie trochę jednak jest ten wywiad niesmaczny... Nie jestem jakaś specjalnie pruderyjna, ale wydaje mi się, że są pewne rzeczy pomiędzy dwojgiem ludzi, które powinny zostać tylko pomiędzy nimi... Ja rozumiem, że świadectwo, ale mimo wszystko... Wiem, ze tygodnik chce być taki nowoczesny i otwarty, ale coś tak nie do końca mi to chyba pasuje...

Dobry temat i ciekawy wywiad. Zgadzam się że seks przedmałżeński może bardziej zamknąć drogi do wzajemnego poznania niż pomóc w tymże. Dojście do takiego wniosku zajęło mi kilkanaście lat w małżeństwie :-), lepiej późno i wcale.

Wypowiedź wypadało by uzasadnić przynajmniej na poziomie podstawowym. Bo czym się różni seks przedmałżeński od małżeńskiego z praktycznego punktu widzenia? może pani/u po prostu seks przeszkadza? a nie to kiedy się on odbywa. Jeśli ludzie zawierają małżeństwa tylko dla seksu (śmiem przypuszczać, że dla osób na poważnie traktujących nauczanie KK, to dosyć często może mieć to miejsce), to istotnie mogą mieć potem takie przemyślenia.

masz rację z praktycznego punktu widzenia nie różni się - rozchodzi się że w czasie przedmałżeńskim kiedy dwoje ludzi powinno się poznawać seks ogranicza to poznanie, zbyt mocno absorbuje, seks nie przeszkadza jest czymś pięknym ale tylko pod warunkiem gdy jest "czysty" (nie lubię tego słowa ale inne jakoś mi nie wpadło do głowy)

Co to znaczy: Seks ogranicza poznanie?? Co by się zmieniło, gdybyście nie uprawiali seksu przed ślubem i "lepiej" się poznali? Nie pobralibyście się? Bo jeśli i tak byście się pobrali, to co za różnica, w jakiej kolejności się poznajecie? Przez ciebie (a raczej przez formułki, które powtarzasz za Kościołem) przemawia ciche założenie, że seks nie może być sam w sobie neutralny (a tym bardziej dobry) - on musi "przeszkadzać", powodować jakieś "złe" skutki, a staje się jako tako bezpieczny dla człowieka tylko wtedy, gdy odbywa się w małżeństwie. Ale nawet i w małżeństwie trzeba trzymać się reguł "czystości", bo inaczej seks staje się niebezpieczny. Zawsze to paranoiczne poczucie niebezpieczeństwa.

Seks może ograniczyć poznanie, może się stać tak absorbujący ( tak przyjemny) że zaniedbujemy inne sfery. Co do kolejności poznania :-), o którą pytasz - uważam że czystość rozumiana jako pewna świadoma wstrzemięźliwość otwiera ogromny horyzont na poznanie drugiej osoby, powoduje że miłość jaką odczuwam do żony jest dużo większa, oczywiście sama wstrzemięźliwość może mieć także negatywne skutki, jeśli nie wypływa z wewnętrznej chęci , pewnego radosnego oddania tej wstrzemięźliwości drugiej osobie. Seks nie musi przeszkadzać ale może. Nie mam poczucia jakiegoś nadzwyczajnego niebezpieczeństwa jakie może powodować seks (choć świadomość taką oczywiście tak) - wręcz przeciwnie mam poczucie jego ogromnych możliwości, i gdybym mógł się cofnąć w czasie nie zrezygnowałbym z Tych chwil jakie przeżyłem z żoną. Teraz , w pewnym kryzysie mojego małżeństwa, uświadomiłem sobie własne błędy. Kocham życie z seksem i nie wyobrażam sobie innego

Masz kryzys w małżeństwie i żeby go sobie zracjonalizować, to doszukujesz się przyczyn w czymkolwiek, co mogłeś zrobić "źle". Kościół mówi, że seks przedmałżeński jest "zły", więc łatwo się w pierwszym odruchu tego uchwycić: ach, więc już wiem, gdzie popełniłem błąd! Takich wzorców myślowych widziałam dziesiątki na forach katolickich, np. żona ma kryzys z mężem i mówi: ach, to wszystko dlatego, że w narzeczeństwie się masturbował! Po prostu ludzie, jak ich coś złego spotka, to lubią sobie wyobrażać, że jest to jakoś sensowne. Choćby miała to być "kara" dla nich za coś, co "źle" zrobili - zawsze to jest lepsze niż brak sensu. Powiedz, tak konkretnie, w jaki sposób twoim zdaniem seks ogranicza ci "poznanie" żony? Ale tak bardzo konkretnie, na przykładach.

Pisząc kryzys nie miałem na myśli katastrofy :-),a szukanie przyczyn w rozwiązywaniu/poznawaniu problemów to chyba odpowiednie podejście. Nie zawsze jest nam dane wyjaśnić dlaczego pewne rzeczy tak się ułożyły i, jak napisałaś, może się zdarzyć, że sensu nie znajdziemy. Ale ok. chcesz na przykładach. Trochę się powtórzę: seks jest tak wielkim i pięknym uniesieniem, tak wielką przyjemnością że może zdominować inne sfery wzajemnego współżycia w małżeństwie - mam na myśli sytuację kiedy zamiast skupić się na rozwiązaniu/poznaniu jakiegoś problemu, jakiejś problemowej sytuacji możemy zagłuszyć to oddając się przyjemnościom, różnym przyjemnościom ! A seks na pewno także do nich należy. Seks wytwarza w człowieku pewne, nazwę je ogólnie, "substancje zadowolenia/przyjemności" i wiem że w sytuacjach jakiś problemów mogę chcieć uciec od nich w chwile zapomnienia - takie przejście nad problemem. Mam nadzieję ze dałem wyczerpującą odpowiedź :-)

bo wydaje mi się, że nie może cię ugryźć. Może nie ma czasu albo też i nie można cię w ogóle ugryźć bo jak prawda jest najprawdziwsza to nie da się jej ugryźć. Ale wydaje mi się, że twój błąd polega na tym, że twoja teza, że seks przedmałżeński ogranicza inne formy poznania jest tezą głoszoną post factum. I z twojego punktu widzenia - jak sam piszesz - widzisz to wyraźnie. Ale tu jest właśnie słabość. Dlatego, że to jest to co ty t e r a z rozumiesz. Nie może tego rozumieć ktoś kto ma 18 lat. U takiego młodego człowieka, hormony będą zagłuszać każdą poza-seksualną formę poznania. -------------------- Mam nadzieję, że nie stracę jedynki na przodzie :)

Znowu się powtórzę: seks MOŻE OGRANICZAĆ, a nie , OGRANICZA . Wypowiadam się post factum , to prawda, ale odbieram to jako atut , że doświadczyłem tego. Poza tym jak sama to ujęłaś hormony u 18-latków zagłuszą każdą poza-seksualną formę poznania - dodałbym tu tylko że nie muszą ale MOGĄ ZAGŁUSZYĆ - to także twierdzę post factum, gdyż poza seksem przedmałżeńskim z moją pierwszą żoną (jedyną :-))innego z wcześniejszymi sympatiami nie było. Dlaczego? Miałem wewnętrzne przekonanie że tak należy, że należy oddać czystość tej jedynej, że czystość daje wewnętrzną siłę - tak myślałem jako 18-latek, teraz dodałbym tylko jeszcze, że trzeba uważać aby nie wpaść w półapkę pychy, że oto jestem lepszy od Tych co czystości nie zachowują. Absolutnie nie okazywałem jakiejś niechęci do znajomych którzy mieli całkowicie inne podejście , w końcu to byli, niektórzy są nadal bliskimi mi osobami. Chyba jedynki są na miejscu ?

Ale zdiagnozowałeś próchnicę :) Stawiasz na fakultatywność. Ja twierdzę, że w tym wieku hormony powodują obligo. Pozostańmy zatem z protokołem rozbieżność. Niemniej jednak popieram twoją pochwałę czystości. Pozostaje kwestia argumentacji. Jak uzasadniać, żeby to nie wyglądało na ściemę.

Można np iść śladem indian - zawsze przed czymś ważnym zachowywali ileś tam dni czystości - naprawdę coś w tym jest- byle podejść do tego radośnie umotywowanym a nie jak cierpiętnik

Post jakikolwiek kształtuje charakter i jest cennym, i budującym doznaniem. W seksie w stałym związku jednak nie jest to tylko nasza sprawa, ale i sprawa tego drugiego.

Casta placent superis, pura cum veste venite et manibus puris sumite fontis aquam.

Zgadzam się, że nadmiar erotyzmu w wzajemnej relacji zakłóca możliwości poznawcze, najgorzej jest robić coś na "pół gwizdka". Czyli jak jesteśmy głodni zjemy sobie mały kęs i co przestaniemy myśleć o jedzeniu? Nie, myślimy jeszcze bardziej. Zatem co zrobić by nie myśleć o jedzeniu? Najeść się i potem można myśleć nad resztą. Czy pełna głodówka jest równie skuteczne? Może, ale tylko do czasu i tylko w ograniczonym zakresie. Jak dwójka ludzi bez skrępowania będzie uprawiać seks, to nie ma mocnych (no ze dwa dni może z sypialni nie wyjdą, ale w końcu wyjdą) na ogół zostanie im jeszcze większość dnia na pozostałą aktywność, nawet jeśli dziennie z godzinę pochędożą. Najgorzej jest w erotyzmie wpaść w syndrom "gawędziarza i myśliciela" i kombinować "kiedy znowu się zdarzy", coś takiego może faktycznie pochłonąć większość czasu i działać destrukcyjnie. Tak ja to widzę.

Gruha: "mam na myśli sytuację kiedy zamiast skupić się na rozwiązaniu/poznaniu jakiegoś problemu, jakiejś problemowej sytuacji możemy zagłuszyć to oddając się przyjemnościom" ---------------------- To mnie nie przekonuje. Twoja odpowiedź nie była na tyle konkretna, żeby wiadomo było, o jaki problem chodzi. Ale jaki by to problem nie był: Przecież seksu nie uprawia się 24 h na dobę! Przez resztę czasu można poznawać i rozwiązywać problemy partnerki. Po drugie, już to raz podnosiłam: Jeżeli mówisz, że w narzeczeństwie nie miałeś czasu poznać problemów wybranki, to przecież przez x lat małżeństwa już chyba zdążyłbyś je poznać. Więc nadal nie rozumiem, co ma tu do rzeczy seks.

Seks nie powoduje wyciszenia, seks to eksplozja wszystkiego, nie trwa 24h, ale moim zdaniem tak silne przeżycia pozostają w nas na dłużej niż sam akt. W takim wewnętrznym rozbrzmieniu emocjonalnym ciężko jest DOGŁĘBNIE skupić się nad sobą i współmałżonkiem. To prawda x lat pozwala się poznawać coraz lepiej, z czego się cieszę i te x lat pozwoliło mi także dostrzec że seks, oprócz tego że jest piękny, a może przez to że taki potrafi być , może za bardzo skupić na sobie uwagę, kosztem wewnętrznego skupienia potrzebnego aby poznać siebie i drugiego człowieka. Zauważ że w znacznym procencie męszczyźni tyją w początkowym okresie związku (mnie także to dotyczyło), nieśmiało twierdzę że ma to związek właśnie z seksem, który może wywoływać pewne uczucie niezdrowej konsumpcji, czy to pokarmu, czy seksu , alkoholu - różnych. Mając takie konsumpcyjne zapędy trudno się skupić nad sobą. Kiedyś w TP , nie pamiętam w jakim artykule, przeczytałem że Bóg wykazał się czymś ogromnym, iż dał człowiekowi seks , gdyż podczas seksu, szczególnie w jego końcowej fazie tak absorbuje umysł człowieka że każdy, nie ważne jak świętym by był "zrywa połączenie" z Bogiem. Nie miałem w życiu jakiejś wielkiej styczności z narkotykami, ale jakaś tam trawka się przydażyła parę razy i pamiętam ten moment "odlotu" - chcę powiedzieć że seks jest podobnym odlotem i może stać się dla nas pewnym narkotykiem, a będąc w jakimkolwiek uzależnienu nie jesteśmy w stanie odpowiednio patrzeć na otoczenie - dlaczego porównałem seks (dobry dar od Boga) z narkotykami, bo pamiętam że pomimo iż spowiadałem się z grzechu nieczystości przedmałżeńskiej (ze skruchą) dobrze czułem że jego przyciąganie jest ogromne i że bardzo trudno będzie mi zachować czystość - tak chyba czyje się człowiek na odwyku- chciałbym być dobrze zrozumiany i przepraszam w tym miejscu za brak umiejętności jasnego przekazu :-)

Czyli jednak - wbrew deklaracjom - traktujesz seks jako niby coś dobrego, ale jednak niebezpiecznego. Twoja argumentacja, że uprawianie seksu pozostawia w duszy długotrwałe nastawienie konsumpcyjne wskazuje dokładnie na to: Po cichu zakładasz, że przyjemność jest podejrzana. Odczuwanie przyjemności nazywasz konsumpcją. O orgazmie piszesz jako o zerwaniu kontaktu z Bogiem. Twierdzisz tym samym, że odczuwanie zbyt dużo przyjemności jest złe - li tylko dlatego, że jest to przyjemność. Dla mnie to kompletnie obcy sposób myślenia. Niezdrowy. Wprowadza niepotrzebne wartościowanie moralne tam gdzie nie ma ono sensu.

Dziękuję za rozmowę - pozdrawiam

Nie dałoby się jakiegoś RSS-a zaimplementować ? Ktoś już przesyłał to także w uwagach do nowej szaty portalowej na samym początku. Lub coś innego technologicznie, ale żeby było jakieś info na maila, że jest jakiś ruch.

Prosimy o jeszcze chwilę cierpliwości.

Super.

Panu Strzelczykowi udała się rzadka sztuka. Mianowicie połączył on to co przyjemne z tym co pożyteczne. Zrobił bardzo udany i ciekawy wywiad, a przy tym jeszcze napił się niezłego ( tu zgaduję ) wina. Widzę tu na Forum dużo złych emocji i zazdrość. To normalne, że zazdrościmy tym którzy się kochają i są ze sobą szczęśliwi. Niektórzy na siłę próbują udowodnić państwu Kiedio, że oni tak naprawdę to szczęśliwi nie są tylko jeszcze o tym nie wiedzą ( a więc trzeba im to uświadomić ).

" Widzę tu na Forum dużo złych emocji i zazdrość. (...) Niektórzy na siłę próbują udowodnić państwu Kiedio, że oni tak naprawdę to szczęśliwi nie są tylko jeszcze o tym nie wiedzą ( a więc trzeba im to uświadomić )." ------------- Zabawne odwrócenie argumentów. Zwykle to ja zawsze argumentuję, że to Kościół wmawia ludziom, iż są nieszczęśliwi (np. gdy stosują antykoncepcję), nawet gdy czują się szczęśliwi. Jeśli o mnie chodzi, to wcale tym państwu nie zazdroszczę. Ale też nie uważam, że są nieszczęśliwi. Chodzi właśnie o to, że oni akurat, zrządzeniem losu, ze swoimi charakterami oraz biologią idealnie utrafili w to, czego żąda Kościół. Dla nich nie jest to nic uciążliwego, więc są szczęśliwi. Nie mają potrzeby zbyt dużych urozmaiceń w seksie. Popęd seksualny najwidoczniej mają nie na tyle wysoki, żeby źle znosić okresy abstynencji. Jest grupa ludzi, którzy tak mają i czują się świetnie. Natomiast nie zazdroszczę im tego, bo wiem, że na ich miejscu, z moim charakterem i moją biologią, które są nieco odmienne, czułabym się zdecydowanie nieszczęśliwa, próbując wytrwać w posłuszeństwie Kościołowi.

Na swoje szczęście ( w związku czy też poza związkiem ) trzeba zapracować. Rozmówcy pana Strzelczyka są właśnie takim ładnym, żywym obrazem do powyższej tezy. Nie mam zamiaru analizować zagadnienia typu: czy pani Kiedio jest demonem seksu czy też raczej nie ? Należę do tych niedobitków, którzy uznają, że sprawy intymne są sprawami intymnymi. Jednakże nic nie wskazuje na to abyśmy mieli do czynienia z syndromem kobiety oziębłej czy też z mężczyzną zaniedbującym swoją kobietę. Oni nie wyglądają na cierpiętników raczej.

Toteż właśnie mówię, że dla nich najwyraźniej życie w ramach wymagań Kościoła jest w sam raz. Ale to nie znaczy, że dla innych tak samo.

Tak to właśnie jest, że przypadłością miłośników którejkolwiek tzw. "wielkiej religii monoteistycznej" jest to, że według nich, to ich system jest jedynym źródłem szczęścia, miłości, zbawienia i innych takich tam, a cała reszta to dewianci i bluźniercy, i niewolnicy instynktów, którzy tylko im zazdroszczą, jak by było czego.

Też mi było dobrze z NPR. Aż urodziłam 4 dziecko z piątej ciąży [jedno poroniłam :(]. Na wizycie kontrolnej w połogu okazało się, że dno macicy opadło i po ostatnim porodzie została przepuklina pępkowa. Nic poważnego, ale czterdzieści lat minęło i uznałam, że czas prokreację zakończyć. A tu cykle poporodowe popaprane (taka aliteracja - popaprane = nieregularne). Śluz zmienia się co kilka dni, nie ma żadnej pewności, czy owulacja już była. Temperatura by pomogła sprawę wyjaśnić, ale jak się domyślacie, z czwórką dzieci jakoś nie bardzo mam motywację obudzić się te 5 minut wcześniej, żeby dokonać pomiaru - a mój mąż nie jest z tych, którzy z czułością mierzą temperaturę żonie ;-) Więc od czwartego porodu mam z etyką seksualną KK na pieńku. Wprawdzie antykoncepcję hormonalną i prezerwatywy odrzucam w imię zdrowia i ekologii, lecz nie mogę pojąć, dlaczego inne przejawy seksualności są przez KK tępione, choć - jak zauważył jeden z przedmówców - są one właśnie raczej wyrazem człowieczeństwa, niż zezwierzęcenia. Zachodzę w głowę, dlaczego jestem wg niektórych przedstawicieli KK klasyfikowana jako wyuzdana, rozwiązła i zamknięta na życie, skoro bawię czwórkę dzieci i skoro na petting udaje się nam w najlepszym razie wygospodarować 45 min. raz na dwa tygodnie. Zdecydowanie więcej czasu spędzam na modlitwie niż na seksie (wyłącznie z własnym mężem), a jednak grzeszę.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]