Najbardziej lubiła pisać wczesnym rankiem, spoglądając zza biurka na górujący za oknem jej gwadelupskiego domu wulkan La Soufrière. Pod koniec życia traciła wzrok. Nie mogła już samodzielnie pisać i redagować. Maryse Condé podyktowała więc „Ewangelię Nowego Świata” przyjaciółce i mężowi, który niedługo po tym, jak uznała czytany jej manuskrypt za udany, zaczął tłumaczyć go na angielski. Miała świadomość, że będzie to jej ostatnia książka.
Mimo że tekst został poddany redakcji, podczas lektury słychać, że mamy do czynienia z opowieścią mówioną, gawędą snutą dla przyjemności autorki i słuchaczy. Condé wraca w niej do wojenki o duszę, która toczyła się, gdy była dzieckiem. W rozmowie towarzyszącej zeszłorocznej nominacji do Nagrody Bookera (jej książka znalazła się w 2023 r. na krótkiej liście) wspomina pełen uszczypliwości konflikt między matką, oddaną wyznawczynią Chrystusa, a ojcem, zadeklarowanym ateistą. Córka z rozmysłem nie została pisarką jednej religii ani świata bez Boga.
Zmarła w kwietniu Condé była pisarką z kolonii, ale wykształcona w metropolii, zaczytuje się w europejskim kanonie literackim, a potem szuka w nim dziur. Pisze tak, jakby była repasaczką cudzych opowieści. To trochę zapomniane słowo pochodzi od francuskiego rapiéçage, oznaczającego łatanie i naprawę odzieży. Uszkodzone pończochy i rajstopy zanosiło się do repasacji, a zręczna kobieta za pomocą specjalnej igły z haczykiem i zapadką „podciągała oczko”. Czasem używała nici z innych, sprutych pończoch. Im lepsza repasaczka, tym połączenie było mniej widoczne.
U Condé dochodzi do takiego bezbłędnego połączenia, ale nić, której używa do repasacji snutych historii, jest w kontrastowym kolorze. Choć doskonale przylega do całości, to jednocześnie się od niej odróżnia. Tak żebyśmy otulając się w znaną gawędę, nie mieli wątpliwości, w czyim imieniu jest opowiadana.
Wszystkie drogi do Paryża
Przyszła „wielka dama karaibskiej literatury”, jak w upupiający sposób zwykło się ją nazywać, urodziła się na Gwadelupie, w archipelagu Małych Antyli, jako najmłodsza z ośmiorga rodzeństwa. Był 1934 r. Minęło niemal trzysta lat od momentu, jak Francuzi, z błogosławieństwem kardynała Richelieu, zaczęli kolonizować Gwadelupę. Gdy Maryse Boucolon (to jej rodowe nazwisko) miała dwa lata, mianowano pierwszego czarnego zarządcę wyspy, Félixa Éboué. Powiew zmian czuć było także w rodzinnym domu Boucolonów. Matka, Jeanne Quidal, kierowała jedną z pierwszych na wyspie szkół dla lokalnych dziewcząt. Ojciec, Auguste Boucolon, był współzałożycielem kasy oszczędnościowej, która z czasem przekształciła się w ważny na Antylach bank. Rodzice skutecznie szukali szczelin w kolonialnym systemie, które pozwoliły im na względną niezależność.
Jednak dzieci kształcili po francusku, w czci do literatury z metropolii i kulcie tamtejszych szkół. Droga do awansu społecznego prowadziła przez Paryż. Na czarno-białej fotografii rodzice pisarki siedzą w Ogrodzie Luksemburskim, zmęczeni, poważni i patrzący w dal. Za ich plecami francuskie dzieci szaleją na placu zabaw. Boucolonowie być może snują właśnie wizję, w której ich potomstwo tak idealnie wpasowuje się w paryskie mieszczaństwo, że ich kolor zblaknie. Na początku lat 50. ich najmłodsza córka wyjechała do stolicy Francji, aby w prywatnym katolickim liceum Fénelon przygotowywać się do egzaminów na studia. Jednak nie wszystko poszło tak, jak życzyliby sobie tego jej rodzice.
Dostała się na Sorbonę i zradykalizowała pod wpływem Jeana Geneta, Malcolma X, marksizmu, ruchów Négritude oraz Black Power. Później nabrała do nich dystansu, nie zgadzając się na redukowanie sprawy Czarnych do jednej tożsamości, bezwzględnie antagonistycznej wobec białej kultury. Choć na czarną twarz zakładała białą maskę, nie odczuwała z jej powodu takiego samego bólu. Nie chodzi o to, że rasizm ją oszczędzał. Jako wnuczka kucharki z Małych Antyli mogłaby zreferować całą typologię form stłamszenia. Jednak to w klasycznej, europejskiej literaturze, która prześlepia los czarnego człowieka, od najmłodszych lat szukała schronienia. Zaczytywała się w powieściach Victora Hugo i „Wichrowych Wzgórzach” Emily Brontë. I z nich czerpała.
Przenosi jednak akcję z metropolii do jej zamorskich departamentów, przesuwa kadr i zmienia perspektywę. Zaprasza czytelników, by umościli się w znanej fabule jak w wygodnym uszatym fotelu. Tyle tylko, że pod miękki plusz wkłada twarde ziarna, tak aby historia kłuła i uwierała. W taki sposób oddziałuje m.in. powieść „La Migration des cœurs” (Migracja serc, 1995), gdzie przepisała „Wichrowe Wzgórza” Brontë na gwadelupską sagę o odrzuceniu i odkupieniu.

Uzdrowicielka z Salem
Lekcję dał jej kilkuletni pobyt w Gwinei, Ghanie i Senegalu. W Afryce Zachodniej mieszkała z czwórką dzieci, zarabiając uczeniem francuskiego i artykułami dla prasy. Nazwisko Condé dostała od pierwszego męża, gwinejskiego aktora, ale związek na dobre i na złe stworzyła z poznanym dekadę później tłumaczem Richardem Philcoxem. W latach 70. obroniła doktorat z literatury i debiutowała powieścią „Hérémakhonon”.
Połowa lat 80. okazała się dla niej przełomem. Prezentem, jaki sprawiła sobie na 50. urodziny, była świetnie przyjęta dwutomowa saga „Segu” o Afryce, o jakiej rzadko uczy się w europejskich szkołach. Tytułowe Segu to stolica państwa ludu Bambara, które rozciągało się między Bamako i Timbuktu, na ziemiach dziś należących do Mali. Na przełomie XVIII i XIX wieku kraina rolników i pasterzy rządzona przez Mansę Monzona przeżywała okres świetności. „Segu, świat zamykający się na samym sobie. Nie do zdobycia. Odmawia wstępu białemu człowiekowi, skazanemu na błądzenie pod jego murami” – pisze Condé. Ale Dussika Traore nie potrafi spać spokojnie. Sen spędza mu z oczu trwoga o pozycję na dworze, strach przed przybyszami z Europy, a zwłaszcza troska o licznych synów. Kobiety nie są już tak uległe, jak w jego młodości, odchodzą na własnych warunkach. Islam rośnie w siłę, wypierając lokalną religię. Inne ludy wschodniej Afryki, a także misjonarze i handlarze niewolnikami coraz częściej zapuszczają się w rodzinne strony Dussiki. Przywożą ze sobą rasizm.
Condé nie idealizuje odchodzącego w mrok historii królestwa. Rozlicza przemoc, afekty oraz religie odbierające ludziom godność. W 1991 r. pierwszy tom sagi przetłumaczyła Danuta Topczewska-Baranowska. Jednak PIW, który zamówił przekład, z powodów turbulencji finansowych wycofał się z zamiaru publikacji. Dopiero w 2015 r., już po śmierci tłumaczki, Uniwersytet Warszawski wydał jej przekład pt. „Gdy zadrżą fetysze Segu” – niestety, jedynie w 30 egzemplarzach, dwa z nich znalazłam w warszawskich bibliotekach.
Rok po „Segu” opublikowała kolejną powieść, która rozeszła się w wielotysięcznym nakładzie. W „Ja, Tituba, czarownica z Salem” oddała głos zapomnianej bohaterce osławionych procesów o czary, toczących się w ostatniej dekadzie XVII wieku w purytańskim Salem, niedaleko Bostonu. W słynnym dramacie „Czarownice z Salem” Arthura Millera z 1953 r. Tituba, urodzona na Barbadosie niewolnica, przemawia koślawą angielszczyzną ledwie w trzech scenach. Jest marionetką w rękach sędziów i alibi dla białych kobiet, bo de facto jako jedyna zna tajniki magii.
„Ubolewałam nad tym, że w całej aferze odegrałam jedynie rolę podrzędnej statystki, której los nikogo nie obchodzi. »Tituba, niewolnica z Barbadosu, prawdopodobnie uprawiająca wudu«. Kilka linijek w opasłych tomach poświęconych wydarzeniom w Massachusetts” – żali się Tituba w powieści Condé. O jej życiu po opuszczeniu więzienia w Salem nie wiadomo nic pewnego. Pisarka pozwala jej wrócić na Barbados i połączyć się z duchami bliskich. Zaklęcia, które wypowiada, są wołaniem o zdrowie, siłę i siostrzaną solidarność. W świetle byłej-niebyłej dramatycznej historii Barbadoski perypetie białych wydają się jedynie przypisem. Przed „Ewangelią Nowego Świata” tylko ta powieść ukazała się w Polsce w głównym obiegu wydawniczym, w przekładzie Krystyny Arustowicz.
Na Gwadelupę Condé wróciła w 1985 r. razem z Philcoxem i długo nie mogła znaleźć pracy. Na odsiecz przyszły amerykańskie uniwersytety, które po sukcesie „Segu” zapraszały ją, by wykładała literaturę frankofońską. Najdłużej była związana z nowojorskim Uniwersytetem Columbia. Wreszcie dostrzegło ją państwo francuskie. Jacques Chirac postawił ją na czele Narodowego Komitetu Pamięci i Historii Niewolnictwa. Przyczyniła się do tego, że 10 maja stał się we Francji dniem pamięci o niewolnictwie.
Latami mówiło się, że jest murowaną kandydatką do literackiej Nagrody Nobla. W 2018 r., kiedy wskutek skandalu seksualnego w Akademii Szwedzkiej nagroda nie została przyznana, do jej rąk trafiła „jednorazowa” Nowa Nagroda Literacka, okrzyknięta alternatywnym Noblem.
Literacki kanibalizm
Długo nosiła w głowie książkę o Jezusie innym niż ten Europejczyków. Dopiero lektura „Ewangelii według Jezusa Chrystusa” Joségo Saramago oraz trylogii „Życie Jezusa” J.M. Coetzeego ośmieliła ją, by tę historię opowiedzieć. A może naprawić. Właśnie wydana w Polsce „Ewangelia Nowego Świata” zrazu wydaje się igraszką i humoreską swobodnie osnutą na kanwie Nowego Testamentu. Współczesne alter ego Jezusa z karaibskiej wyspy dostaje imię Pascal – na pamiątkę tego, co zakładał się o istnienie Boga i w świetle swojej wiary zakład ten wygrał.
Początkowo analogie między Chrystusem a Pascalem są ostentacyjne, ba, trywialne. Pascal rodzi się w szopie, do snu tuli go osioł. Młoda matka porzuca go, bojąc się stygmatu panny z dzieckiem. Zostawia go w gospodarstwie porządnych ludzi, którym do szczęścia brakuje potomstwa. Co może pójść nie tak? W zasadzie wszystko, jeśli przybrana matka wejdzie w rolę wyznawczyni małego człowieka/boga (niepotrzebne skreślić).
Wraz z dorastaniem Pascala nobliwa historia nabiera rumieńców i ciężaru. Młody mężczyzna poznaje Judasa Éluthère’a i wchodzi w erotyczną relację z kobietą, w której przegląda się zarówno Maria Magdalena, jak i Maria z Betanii. Odkrywa Nietzschego oraz zarazę zwaną kapitalizmem i nadzieję zwaną socjalizmem. Do wyzyskiwanych przez plantatora kawy robotników wygłasza wykłady o sprawiedliwości społecznej. „Wyszło na to, że Pascal nawet jeśli nie jest synem Boga, jest na pewno wichrzycielem” – mówi/pisze autorka, ujawniając w od niechcenia rzuconej uwadze tajemnicę ambiwalencji towarzyszącej głównemu bohaterowi. Najbliższy Bogu staje się wtedy, gdy wybiera drogę krytyka ładu społecznego, który panuje w mikrokosmosie jego wyspy.
Jednak partykularna potrzeba odciąga go od zabiegania o wspólny interes robotników. Kiedy odnajduje biologiczną matkę i poznaje imię ojca, całą energię wkłada w jego odszukanie. To dążenie okazuje się jednak zabawą w kotka i myszkę, albo raczej w człowieka poszukującego bezskutecznie dowodu na istnienie Boga.
Ostatnia powieść pisarki z Gwadelupy nie jest więc tylko parodią Nowego Testamentu. Condé chce pokazać, że relacja człowieka z Bogiem to koniec końców kwestia wiary w wybranych ludzi i wynoszenia ich ponad innych. Układa przypowieść o niemożności zbudowania gdziekolwiek na ziemi zarówno Królestwa Bożego, jak i bezreligijnego społeczeństwa równych wobec siebie i prawa ludzi, o którym śpiewał John Lennon. Tu nikt nie ma jednoznacznej tożsamości etnicznej, każdy jest migrantem skądś. Obraz brutalnych relacji panujących wszędzie tam, gdzie człowiek zaczyna się bawić w boga, zostaje uwznioślony poprzez subtelne wplecenie elementów karaibskiej i południowoamerykańskiej duchowości.
Znamienne, że biologiczna matka Pascala, Maya, która po konwersji na islam przyjmuje imię Fatima, przywołuje w rozmowie z synem „Manifest antropofagiczny” Brazylijczyka Oswalda de Andrade. Opublikowane w 1928 r. dzieło brutalnie i sarkastycznie odcina się od kolonialnego „poczęcia” Ameryki Łacińskiej. Czyniąc, za Andradem, z kanibala zjadającego prześladowców wzór wojownika o wolność, przestrzega, że wroga nie wystarczy pożreć. Z obcym w trzewiach kopiuje się jego taktykę i błędy. Obcego trzeba przetrawić i wydalić. Dopiero wtedy można odrzucić cudzą cywilizację, bez poczucia gorszości i braku.
„Nigdy nie ulegliśmy katechizacji. Za to zrobiliśmy Karnawał” – pisze de Andrade (w 2016 r. jego manifest przełożyła Daria Mikocka). Prawie sto lat później Condé dokonuje „de-katechizacji” opowieści o Jezusie, fundamentalnej dla świata zdominowanego przez chrześcijańską Europę. Nasza ewangelia okazuje się za prosta dla kulturowej wielości półkuli zachodniej. Za dowody na nieistnienie jednej narracji służą jej ironiczne odniesienia do kanonicznych autorów literatury „starego świata”: nużącego Flauberta, kwiecistego Pascala, naiwnego Prousta, klaustrofobicznego Kafki.
Ich słowami i stylem można opowiedzieć tylko fragmenty doświadczenia współczesnych innych. Ale kanibal je ludzkie ciało dlatego, że chce się nasycić i mieć przewagę nad wrogami. Dlatego zamiast nazywać Condé pisarką-kanibalką, wolę widzieć w niej repasaczkę języka, która naprawionej opowieści nie traktuje jako łup, ale chce się nią dzielić, jak rozmnożonym chlebem.

Maryse Condé EWANGELIA NOWEGO ŚWIATA, przeł. Marta Szafrańska‑Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024
Maryse Condé: naprawione historie

Hérémakhonon (1976)
Młoda kobieta i ciężki bagaż w rolach głównych. „Hérémakhonon” oznacza w języku ludów Malinke czekanie na szczęście. Véronica Mercier wyrusza, by je znaleźć. W Gwadelupie mówią jej: jedź do Francji, to twój świat. W Paryżu namawiają ją: jedź do Afryki, poznaj swoje korzenie. W Afryce słyszy, że jest „podrobioną” Afrykanką, Karaibką na wakacjach.

Segu (1984-1985)
Rozpisany na dwa tomy kunsztowny fresk o kilku pokoleniach rodziny Traore przenosi nas do potężnego królestwa, które istniało na terenie Mali. Na przestrzeni sześciu dekad (1797-1860) upadają możne rody, zmierzchają bogowie i rodzi się przemoc. „Saga rodu Forsyte’ów” i „Buddenbrookowie” to przy „Segu” grzeczne czytadła.

Ja, Tituba, czarownica z Salem (1986)
Zanim sąd wyda wyrok, powinien wysłuchać wszystkich stron. Pisząc o Barbadosce sądzonej za czary w Salem, Condé waży siłę słów pisarki z zamorskiego departamentu Francji. Wchodzi w dialog z wydanym cztery lata wcześniej „Kolorem purpury” Alice Walker. O ile Celia musi dojrzeć do samostanowienia, Tituba zachowuje wolną duszę nawet w niewoli.

Le coeur à rire et à pleurer (1999)
Polski tytuł brzmiałby pewnie: „Serce do śmiechu i do płaczu”. Condé wraca tu do dzieciństwa na Gwadelupie. Wspomnienia sielskich dni przeplatają się z żalem za odebranym jej prawem do własnego „ja”. To także hołd dla Frantza Fanona. Autor „Wyklętego ludu ziemi” to jej pierwszy przewodnik po zakamarkach antylskiej tożsamości.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















