Reklama

To się czyta!

To się czyta!

22.10.2018
Czyta się kilka minut
J

Johannes Anyuru, UTONĄ WE ŁZACH SWOICH MATEK, przeł. Dominika Górecka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018

Futurystyczna powieść Anyuru jest przerażająca jako ostrzeżenie i urzekająca jako promień nadziei.
Pewnego zimowego wieczoru trójka młodych ludzi – zaprzysiężonych bojowników upadającego Państwa Islamskiego – strzelaniną przerywa promocję komiksu kontrowersyjnego artysty, który swoimi rysunkami naraził się wyznawcom islamu. Publiczność biorą jako zakładników, a jedna z atakujących filmuje zajście.

Dwa lata później pewien pisarz odwiedza pacjentkę w klinice psychiatrycznej. Dziewczyna przeczytała jego wcześniejsze książki i teraz daje mu plik notatek, w których opowiada niezwykłą historię, twierdząc, że przybyła z przyszłości.

Nie pamięta, jak naprawdę ma na imię ani skąd pochodzi. Jej akcent raczej ukrywa i komplikuje kwestię pochodzenia. Tym bardziej że dla jej tożsamości nie miejsce urodzenia jest najważniejsze, lecz fakt, że jest muzułmanką.

W Szwecji zmieniło się wszystko. Partia nacjonalistyczna doszła do władzy. Już nie wystarczy szwedzki paszport – wszyscy obywatele muszą podpisać specjalny kontrakt. Nieposłuszni nazywani są wrogami Szwecji i osadzani w obozie na dawnych przedmieściach Göteborga. Obóz do złudzenia przypomina te z okresu II wojny światowej: muzułmanie są strzyżeni, wykonuje się na nich eksperymenty medyczne, pozbawia wszelkich dóbr, zmusza do jedzenia wieprzowiny, a jeśli ktoś mimo wszystko chce praktykować swoją religię, to Koran dostępny jest jedynie w edycji specjalnie zredagowanej przez rządzących i oprawiony w okładkę w kolorach szwedzkiej flagi. W obozie muzułmanie (często od pokoleń zamieszkali w Szwecji) uczą się szwedzkich zachowań i wartości, ojcowie zmieniają dzieciom pieluchy, kobiety idą do pracy. Tych najbardziej nieposłusznych pali się i zakopuje na dawnym osiedlowym boisku.

Johannes Anyuru mówił, że pisząc tę książkę niczego nie zmyślił. Obóz w Króli- karnii jest jedynie realizacją marzeń o narodowym, etnicznie czystym państwie, które roją sobie nacjonalistyczne ugrupowania. Pomysły redagowania Koranu i karmienia muzułmańskich dzieci szynką już się w Szwecji i Danii pojawiły. Teatralna przemoc w imię islamu (ale też innych religii czy idei) sama prosi się o refleksję. Choć być może od dawna jest już za późno. Powieść Anyuru jest przerażająca jako ostrzeżenie i urzekająca jako promień nadziei. „Jesteśmy wierszem miłosnym” powtarza w książce kilka osób. Ta teologiczna myśl zapożyczona z Koranu oznacza, że wszyscy jesteśmy stworzeni w miłości, wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Pięknych, mądrych i zachęcających do głębszego namysłu sentencji jest w tej powieści więcej. Wszak Anyuru – mistrz formy, wielokrotnie nagradzany i ceniony zarówno przez krytyków, jak i szeroką publiczność – zadebiutował w 2003 r. jako poeta.

Agnes Lidbeck, ODNALEŹĆ SIĘ, przeł. Inga Sawicka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018

Cóż trudniej przedstawić w literaturze niż samo życie – to, które tracimy żyjąc i planując?
Czytamy w motcie otwierającym pierwszą część książki: „Zdarzenie staje się istotne dopiero w momencie, gdy ma jakieś konsekwencje”. Takie uwagi-wskazówki będą towarzyszyć czytelnikowi przez całą opowieść o zwykłej kobiecie, prowadzącej typowe życie żony i matki dwójki dzieci. Praca biurowa Anny też niczym się nie wyróżnia, podobnie jak powtarzające się urlopy. Brak jakiejkolwiek niezwykłości, a jednak opisane wszystko jest jak nigdy przedtem. Bo cóż trudniej przedstawić w literaturze niż samo życie – to, które tracimy żyjąc i planując?

Bohaterka przypomina nasze koleżanki z pracy, sąsiadki i kuzynki. Jest jedną z nas, jest nami, co nie bez przerażenia odkryłam podczas lektury. Działa, mówi i myśli automatycznie, odruchowo, trochę jak z poradnika psychologicznego, kolorowej gazety czy innej instrukcji obsługi życia. To książka napisana z ogromną dozą ironii, dystansu i wielką złością na kobietę, która przeżywa życie bez krzty refleksji. Zupełne przeciwieństwo silnych, mądrych, walczących kobiet, które w szwedzkiej literaturze pojawiły się tłumnie już kilka dekad temu.

„Odnaleźć się” to powolna książka-perełka o zwykłym życiu. Porównuję ją do czarującej „Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout. Na pozór nieciekawe życie Anny, poddane zakorzenionym w patriarchalnym społeczeństwie wzorcom, budzi w czytelniku i czytelniczce gwałtowną pogardę, złość i obrzydzenie. Szczegóły tej historii na długo pozostają w pamięci. Kilka razy po lekturze, znalazłszy się w sytuacjach, w których wcześniej była Anna, przyłapałam się na szczególnej analizie tego, co właśnie robię – picia porannej kawy, ścielenia łóżka, zakupów.

Jeszcze na porodówce Anna pcha korytarzem wózek z noworodkiem, mija innych ojców i myśli tylko o tym, jak oni ją postrzegają, czy kiedykolwiek będzie atrakcyjna dla jakiegoś mężczyzny. Gdy Anna wchodzi do apteki po morfinę dla umierającego kochanka, siada, czeka na swoją kolej i rozmyśla. Ludzie, którzy przychodzą po zwykły lek, od niechcenia przeglądają apteczne półki z kosmetykami. Inaczej ktoś, kto przyszedł po lek ostateczny – wtedy jest bardzo skupiony na swoim zadaniu, siedzi i czeka. Annie zdaje się, że wszyscy wokół to widzą. Spróbujcie intensywnie myśleć o każdym kroku przedsięwziętym w ciągu jednego dnia. Tak się nie da. A jednak!

Debiut Agnes Lidbeck słusznie został nazwany przez szwedzkich krytyków „sensacyjnym”. W historii literatury trudno znaleźć mu równy.

Ebba Witt-Brattström, MIŁOSNA WOJNA STULECIA, przeł. Justyna Czechowska, Lokator, Kraków 2018

Ta książka opowiada o rozstaniu. Jest brutalna, miażdżąca, naga, żałosna. I nieskończenie smutna.
Kiedy w 1974 r. szwedzko-fińska pisarka Märta Tikkanen wydała powieść „Mężczyzn nie da się zgwałcić”, wywołała burzę w skandynawskim świecie kultury. Cztery lata później miało się okazać, że było to jedynie preludium, bo oto autorka powróciła na łono literatury autobiograficznym poematem „Saga o miłości stulecia”. Opisała w nim szczegółowo życie z przemocowym mężem-alkoholikiem, uznanym pisarzem i malarzem Henrikiem Tikkanenem. „Saga” stała się klasykiem, wielokrotnie ją wznawiano, a prawa do jej przekładu sprzedano do ponad 20 krajów.

Kiedy w 2016 r. szwedzka literaturoznawczyni, feministka, profesor kilku uniwersytetów, a prywatnie przyjaciółka Märty Tikkanen Ebba Witt-Brattström usiądzie do pisania pierwszej w swojej karierze książki literackiej, „Saga”, obok „Tańca śmierci” Augusta Strindberga, będzie jej największą inspiracją. Bo jak inaczej można opisać rozpad 30-letniego małżeństwa intelektualistów, jeśli nie przywołując klasyków? „Miłosna wojna stulecia” jest poniekąd zapisem rozstania autorki z Horace’em Engdahlem, członkiem Akademii Szwedzkiej, instytucji, która od jesieni zeszłego roku przeżywa poważne problemy wywołane ruchem #MeToo. Nie trzeba jednak znać pierwowzorów Jego i Jej (w Szwecji uchodzili za pierwszą parę intelektualnej elity), żeby rozpoznać w tym poszarpanym, potwornym dialogu uczucia towarzyszące rozpadowi. Nagle wszystko rozsypuje się na najdrobniejsze kawałki, staje się czarne i białe, wysokie i niskie, wielkie i małe. Byli kochankowie, niegdyś partnerzy w życiu i pracy, teraz krzyczą do siebie, poniżają się, gardzą osiągnięciami drugiego. Kiedy on mówi: „Nie jesteśmy równouprawnioną parą. Nie konkuruję z paniami”, wiadomo, że chodzi o prawdziwą wojnę. Nie trzeba też wiedzieć wiele o walkach i zwycięstwach szwedzkich feministek, by domyślić się, jak bardzo na polu prywatnym tę wojnę przegrała każda z nich.

Ta książka jest brutalna, miażdżąca, naga, żałosna. I nieskończenie smutna. Eva Rysová wyreżyserowała na jej podstawie spektakl dla krakowskiego teatru Łaźnia Nowa. W interpretacji Dominiki Bednarczyk i Radosława Krzyżowskiego tekst ten jawi się dodatkowo jako nieznośnie śmieszny. „Mówisz językiem władzy, mój miły. W wojnie miłości nie ma zwycięzców, są tylko pokonani”, twierdzi ona. Ale nie dajmy się zwieść – te słowa nie powinny być dla kogokolwiek pocieszeniem. Dlatego wśród książek, które w ostatnich latach przełożyłam, „Miłosną wojnę stulecia” zaliczam do „bomb atomowych”.

Golnaz Hashemzadeh Bonde, WSZYSTKO, CO MAMY, przeł. Bratumiła Pettersson, Muza, Warszawa 2018

Powieść Bonde to urzekająca i jednocześnie przerażająca historia o zmaganiach z czasem, z których bohaterka ostatecznie wychodzi zwycięsko.
Wiosną tego roku opublikowałam w Lokatorze przekład „Cyklu białego” Atheny Farrokhzad. Autorka urodziła się w Iranie, ale już jako dwulatka musiała uciekać z kraju wraz z rodzicami zaangażowanymi w rewolucję przeciwko ajatollahowi Chomeiniemu. W swym poemacie szwedzkojęzyczna autorka opowiada o opresji, wojnie, przemocy, poczuciu winy i długu wobec rodziców. Nic więc dziwnego, że fragment utworu stanowi motto powieści „Wszystko, co mamy”. Być może Golnaz Hashemzadeh Bonde, autorka o niemalże identycznej biografii i doświadczeniu co Farrokhzad, próbuje rozwinąć historię zaszyfrowaną w „Cyklu białym”?

50-letnia Nahid dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy życia. Odczuwa żal, że przetrzymała więcej bólu i nieszczęścia, niż jedno ludzkie życie jest w stanie pomieścić, a wszystko zakończy się z powodu raka. Kiedy dowie się, że jej córka spodziewa się dziecka, chce zdążyć tylko z jednym: pragnie opowiedzieć swoją pełną wściekłości historię. Nahid po raz pierwszy czuje, że ma prawo być zła, zawiedziona i zazdrosna. W młodości próbowała walczyć o wolność dla siebie i bliskich. Potem w jej poszukiwaniu musiała uciekać z Iranu, a na emigracji nie mogła w pełni z niej skorzystać.

Ale zanim Nahid zgorzkniała, była młoda, piękna i zdolna. W wieczór, gdy świętuje wraz z rodziną dostanie się na studia medyczne, spotyka Masooda. Opowie jej o swojej wierze w wolność i o tym, w jaki sposób można obalić stare struktury. Walka o wolność stanie się dla nich dziecinnym snem, deszczem gwiazd, spełnieniem nastoletnich marzeń. Wiedzą, że rozrzucanie ulotek po mieście jest potwornie niebezpieczne, a jednak podniecające i radosne. Czują się nieśmiertelni. Do momentu, gdy podczas demonstracji ginie 14-letnia siostra Nahid, a potem kolejni przyjaciele.

„Wszystko, co mamy” jest jedną z pierwszych powieści na temat rewolucji w Iranie, jakie wyszły po polsku. Powieść Hashemzadeh Bonde jest powolną, urzekającą, a jednocześnie przerażającą historią o zmaganiach z czasem, z których bohaterka ostatecznie wyjdzie zwycięsko – zdąży spojrzeć na wnuczkę. „Jej oczy są jasnoniebieskie. Niebieskie jak morze, jak jeziora. Niebieskie jak archipelag, jak niebo nad mostami, przez które przejeżdżałyśmy, tam i z powrotem, i tak w kółko. Takie piękno. Trzymam ją na piersi, przy sercu. Myślę sobie, że uderzenia mojego serca pulsują w jej ciele, że dają jej siłę”. ©

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]