Sto lat temu zmarł Joseph Conrad. Jak to się stało, że został pisarzem?

Józef Korzeniowski, syn zubożałego szlachcica-patrioty, stał się Josephem Conradem, jednym z najważniejszych twórców zachodniej literatury.
Czyta się kilka minut
Joseph Conrad na pokładzie S.S. Tuscania przybywa do nowego Jorku, 1 maja 1923 r. // Fot. Bettmann / Getty Images
Joseph Conrad na pokładzie S.S. Tuscania przybywa do nowego Jorku, 1 maja 1923 r. // Fot. Bettmann / Getty Images

Wyłonił się z morza, a raczej został przez nie wyrzucony na brzeg po szczególnie zaciekłym sztormie, który zatopił jego statek. Gdy po jakimś czasie nauczył się języka mieszkańców krainy, do której cisnął go kapryśny los, niewiele mówił o swojej przeszłości. Jedynie że ma na imię Janko (zapisano je „Yanko”) i że wcześniej mieszkał w górach, które nazywały się Karpaty – nazwa równie tajemnicza dla mieszkańców wioski, jak dla Górala (taki przydomek sobie wybrał) słowo „Anglia”.

Czas mijał, Janko oswoił się z nowym światem, a świat z dziwnym przybyszem. Mówił coraz lepiej, ale jego angielszczyzna już zawsze brzmiała śmiesznie – kanciasta, wyuczona, obciążona ciężkim akcentem. Jego obyczaje dalej budziły niesmak – latem wylegiwał się na łąkach albo długo wędrował po okolicy, śpiewając rzewne pieśni w swoim dziwacznym języku. Zimą z kolei, gdy wszystko tonęło w szarości i deszczu, całymi dniami milczał i popadał w otępienie.

Nawet gdy poznał Amy, dziewczynę, z którą ożenił się i miał syna, musiał czuć się dojmująco samotny – więcej nawet, cały świat wydawał mu się iluzoryczny, widmowy. Gdy urodził mu się syn, cieszył się, że będzie miał z kim rozmawiać. Niestety, nie dane mu było tego doczekać – kolejnej zimy dostał ciężkiej gorączki i zmarł. W malignie prosił o wodę, ale zapomniał angielskiego, więc nikt nie rozumiał, o co mu chodzi. Po śmierci szybko o nim zapomniano – jakby nigdy nie istniał. O dziecku mówiono wyłącznie „syn Amy”, a jedynym trwałym śladem, jaki się po nim zachował, był koślawy „X” w księdze parafialnej postawiony podczas ślubu.


Co czytać w wakacje, kiedy mamy więcej czasu i luzu? Podpowiada dyrektorka kreatywna Conrad Festiwal, Olga Drenda:

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies


Tak w skrócie przedstawia się fabuła opowiadania „Amy Foster” autorstwa Josepha Conrada. Choć cała jego proza nosi silne znamiona autobiograficzności, to chyba właśnie w tym tekście pisarz odsłania się najbardziej. „Janko Góral to ja”, mógłby powiedzieć – Flaubert należał do jego ulubionych autorów – gdyby fraza ta brzmiała nieco poważniej (poczucia humoru akurat mu trochę brakowało).

Ze swoim bohaterem dzielił bowiem kondycję człowieka wyobcowanego, pozbawionego ojczyzny i języka (nawet jeżeli na własne życzenie), który swój nowy świat może zamieszkiwać wyłącznie za cenę ciężkiej, codziennej pracy nad sobą. Różnica między nimi polega natomiast na tym, że po Janku z Karpat została jedynie jedna krzywa litera – z kolei Józef Teodor Konrad Korzeniowski, który angielskiego nauczył się dopiero dobijając trzydziestki (a wszystkie swoje dzieła napisał w tym języku), na zawsze odmienił kształt światowej literatury.

Józef Korzeniowski ze Szwajcarii

Przez lata pracy przy literackim Festiwalu im. Josepha Conrada miałem przyjemność spotkać wiele pisarek i pisarzy z całego świata. Autorzy tacy jak Siri Hustved, Paul Auster, Adam Hochschild, Michel Faber, Martín Caparrós, Arundhati Roy, Martin Amis, Tom McCarthy i Swiatłana Aleksijewicz przytaczali fragmenty prozy lub wymieniali elementy biografii Conrada jako istotne punkty odniesienia dla własnego pisania czy myślenia o świecie w ogóle. Jak to się stało, że syn zubożałego szlachcica-patrioty, urodzony pośrodku ukraińskiego stepu, stał się jednym z najważniejszych autorów zachodniej literatury?

W przypadku Conrada życie i pisanie są ze sobą powiązane w szczególny sposób – trudno zrozumieć jedno bez drugiego. Jego droga ku literackim kanonom rozpoczęła się w 1874 r., gdy mając zaledwie 17 lat, wyjechał z rodzinnego Berdyczowa. Oboje jego rodzice już nie żyli – matka zmarła w drodze na zsyłkę w głąb Rosji, na którą cała rodzina skazana została za konspiracyjne działania ojca. Ten, doszczętnie załamany, umarł kilka lat później.

Józefem opiekował się wuj, Tadeusz Bobrowski, który niewątpliwie kochał swojego siostrzeńca, ale nie szczędził mu karcących uwag, szczególnie w kwestiach finansowo-zawodowych. Młody Józef wymyślił sobie bowiem, że zostanie marynarzem. Dla zarządcy majątku ziemskiego w Ukrainie w drugiej połowie XIX w. musiało to brzmieć co najmniej egzotycznie – nic więc dziwnego, że próbował go na wszelkie sposoby odwieść od tego szalonego pomysłu. Ufundował mu nawet długi pobyt w Szwajcarii, najbardziej śródlądowej krainie Europy Zachodniej, byleby tylko młody utracjusz się opamiętał.

Do Anglii

Bakcyl morza siedział już w nim głęboko. Zapewne za sprawą ojca. Apollo Korzeniowski, zanim całkiem pogrążył się w depresji, był poetą i działaczem niepodległościowym. Syna karmił przede wszystkim polskim romantyzmem – jednak w przerwach między jednym a drugim wieszczem podsuwał mu do czytania także inne rzeczy, choćby własne tłumaczenia ulubionych pisarzy: Charlesa Dickensa i Victora Hugo. Dzięki pierwszemu Józef zakochał się w Londynie, drugi, głównie za sprawą „Pracowników morza”, rozbudził w nim marynistyczną wyobraźnię.

To ciekawe, że w epoce rozkwitu prozy gatunkowej poświęconej morzu akurat ten tytuł stał się dla Conrada założycielską książką zbójecką. W.G. Sebald nazywa ją „nieskończenie nudną”, jednocześnie dodając, że dla młodego Józefa musiała jawić się jako „zwierciadło własnego życia”. Fabuła „Pracowników morza” faktycznie jest zagmatwana i rozwleczona, z ckliwym i nieco wydumanym zakończeniem. Ważne jest jednak, że w przeciwieństwie do popularnych podówczas powieści gatunkowych niewiele w niej przygód i innych szeroko rozumianych morskich zachwytów, dominuje za to pesymizm, rezygnacja, a główny bohater ostatecznie popełnia samobójstwo, czekając, aż zaleją go fale przypływu.

Morze Victora Hugo to morze straconych złudzeń i złamanych żywotów – specyficzna lektura inicjacyjna. Niemniej z takim właśnie obrazem Conrad wyruszył w świat. Po 4 latach spędzonych w Marsylii i na pokładach francuskich statków trafił w końcu do Anglii, którą postanowił uczynić swoim nowym domem. 19 sierpnia 1886 r., kilka tygodni przed zdaniem egzaminu na kapitana królewskiej floty handlowej, otrzymał brytyjskie obywatelstwo. 5 lat później, po powrocie z Konga, ostatecznie porzucił pływanie, aby do końca życia zajmować się już wyłącznie pisaniem. Wtedy też to Józef ostatecznie zmienił się w Josepha, a Konrad w Conrada.

Joseph Conrad w Stanach 

Niestety, przez wiele lat nie radził sobie na kapryśnym rynku wydawniczym przełomu XIX i XX w. Tytuły, które dziś znajdują się w kanonie światowej literatury – „Lord Jim”, „Jądro ciemności”, „W oczach Zachodu” – nie sprzedawały się za dobrze, a honoraria ledwo starczały na przeżycie. Mimo ciągłego wsparcia ze strony wuja, Conrad tonął w długach.

Pogłębiało to jego stany depresyjne. Frazy typu „Na cokolwiek spojrzę, upadam na duchu – wszystko widzę na czarno” powracają jak refren w jego listach. Podobnie narzekania na samo pisanie, które z kolejnymi książkami staje się coraz większą męką. W 1896 r. ożenił się z Jessie George, młodą, pragmatyczną dziewczyną z klasy robotniczej, która chętnie zaopiekowała się podstarzałym i nieszczęśliwym pisarzem. Wbrew drwiącym uwagom znajomych Conrada, którzy twierdzili, że to wyjątkowo niedopasowana para, oboje do końca życia byli spełnieni w tym małżeństwie.

„Sukces przyszedł za późno, żebym mógł się nim cieszyć”, pisał gorzko w 1913 r., kiedy doczekał się pierwszego bestsellera. Mało znana dziś powieść „Gra losu” przyniosła mu upragnioną stabilizację finansową oraz sławę, o której zawsze (choć skrycie) marzył. Wielka Wojna szybko przerwała jednak to szczęście. Sytuacja poprawiła się znowu dopiero na początku lat 20., przede wszystkim za sprawą amerykańskich czytelników, którzy zaczęli masowo wydawać zarówno nowe, jak i wcześniejsze jego książki, a jego samego podczas zaoceanicznej wizyty traktowano jak celebrytę. Jest w tym swoista ironia, że nie w ukochanej Brytanii, tylko właśnie w USA, w kraju, którego brutalnej dominacji w ostatnich dekadach życia mocno się obawiał („Nostromo” to chyba pierwsza w dziejach powieść o amerykańskim imperializmie), doczekał się należnej mu uwagi. Niestety nie cieszył się nią długo, bo 3 sierpnia 1924 r., równo sto lat temu, zmarł na atak serca w swoim skromnym domu w Kent.

Wpływ Conrada

Minęło sto lat od jego śmierci – w tym czasie świat zdążył zmienić swoją skórę ładnych parę razy. A jednak po Conrada sięga się przy okazji kolejnych globalnych zawirowań i kryzysów. Pokolenie Kolumbów zaczytywało się w „Lordzie Jimie”; Michał Komar w genialnym eseju „Piekło Conrada” z 1978 r. w brawurowy wręcz sposób (bo na pierwszy rzut oka zupełnie neutralnie) sięga po do niego, aby nakreślić geopolityczną panoramę tamtej epoki; „W oczach Zachodu” masowo cytowano po zamachach 11 września; Barack Obama, jeszcze jako prezydent, stwierdził, że dzięki „Jądru ciemności” lepiej rozumie współczesny świat.

Przykłady można mnożyć – choćby sięgając do kultury i popkultury ostatniego stulecia: od Ridleya Scotta (nie tylko statek kosmiczny „Nostromo” z „Obcego” – jego filmowy debiut „Pojedynek” to ekranizacja opowiadania Conrada o tym samym tytule), przez „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli, na powieściach Jacka Dukaja kończąc (pisarz kilka lat temu dokonał bardzo ciekawego, eksperymentalnego spolszczenia „Jądra ciemności”). Do tego gry, komiksy, seriale – to wszystko dowodzi, że Conrad jest wciąż żywy, że dzięki lekturze jego prozy wciąż możemy coś ciekawego o współczesnym nam świecie powiedzieć. Dlaczego?

Świat Josepha Conrada

Conradowi przyszło żyć w szczególnie istotnej dla historii zachodniego świata epoce. Z perspektywy śródlądowej przełom XIX i XX w. to nudnawo-kawiarniana belle époque. Z perspektywy morza: okres wielkich przemian. Za sprawą nowych technologii świat zaczął się kurczyć w błyskawicznym tempie. Skończyły się tereny do podboju militarnego czy ekonomicznego, więc – aby utrzymać wzrost – potrzebne były nowe narzędzia wyzysku. Zasoby, zarówno na mapie świata, jak i na drabinie społecznej, zostały podzielone – a to doprowadziło do rozpoczęcia pełnoskalowego wyścigu zbrojeń oraz nowych, rewolucyjnych pomysłów na zmianę porządków społecznych. Maya Jasanoff nazywając swoją książkę biograficzną „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, trafiła w sedno.

Conrad, nawet jeżeli nie zawsze w pełni świadomie, czuł, jak te wszystkie zbiorowe nerwy świata powoli się napinają. Potrafił w literacko oryginalny sposób uchwycić zwyrodnienia rodzącej się w bólach nowoczesności. Bezkompromisowo wypunktowywał wszystkie grzechy coraz bardziej niepokojącego świata, który miał już w sobie potencjał na wielkie wojny, krwawe rewolucje i masowe ludobójstwa. Będąc bezpośrednim, niezwykle uważnym świadkiem tych zjawisk, uchwycił ich mechanizmy, tworząc instrukcję obsługi rzeczywistości, z której możemy korzystać do dziś.

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie jego unikatowa pozycja obserwatora. I tu wracamy do obcości, której, jak można wywnioskować z jego biografii, całe życie gorąco pożądał, nawet jeżeli przysparzała mu ona niemalże wyłącznie cierpień. Dzięki niej bowiem mógł zobaczyć więcej – dostrzec rzeczy, które dla innych były skryte pod woalem społecznej czy językowej swojskości.

Bohater Conradowski

W liście do Davida Bone’a, innego marynarza-pisarza, pisał, że jest bardziej niż on Brytyjczykiem, bo stał się nim w wyniku świadomego wyboru. Choć Anglię ukochał całym sercem i był jej wierny aż do śmierci, zdarzało mu się też ją krytykować. Lubił siadywać okrakiem na tożsamościowych barykadach, przyjmując pozycję międzykulturowego tłumacza – widać to doskonale w takich powieściach jak „W oczach Zachodu” czy „Tajny agent”, gdzie rozkłada na części pierwsze tzw. rosyjską duszę, udowadniając, że to niewiele więcej poza brutalnym imperializmem podlanym wódczaną metafizyką. 

Szczególną niechęcią darzył Dostojewskiego, którego uważał za literackiego szarlatana grzebiącego wyłącznie na pokaz w najczarniejszych zakamarkach ludzkiej psychiki. Zdzisław Najder, który tekstom Conrada poświęcił całe życie, uważał, że ta zawiść wobec autora „Zbrodni i kary” wynikała przede wszystkim z tego, że na poziomie podstawowych rozpoznań co do kondycji człowieka im współczesnego obaj pisarze byli ze sobą zaskakująco zgodni. Ze swoich obserwacji wyciągali jednak radykalnie inne wnioski.

O Conradowskich bohaterach często mówi się, że cechuje ich heroiczność – nie jest to jednak heroizm prostej aksjologii, zdolność przedkładania dobra nad zło. Świat Conrada, jak udowadnia Komar i wielu innych, to świat nie tylko bez Boga, ale także pozbawiony metafizyki, co oznacza, że nie istnieje zewnętrzna instancja, do której można by się w kryzysowej chwili odwołać. Conradowski heroizm to podjęcie właściwej etycznie decyzji nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy (uciec czy zostać na tonącym statku?). Bo, paradoksalnie, tylko w ten sposób może zrodzić się między ludźmi braterstwo – jedyna quasi-religijna wartość, w jaką głęboko wierzył.

Morze Josepha Conrada

Całe życie obruszał się na określenie „marynista”, które oznaczało pisarza gatunkowego, opisującego morskiego przygody w celach rozrywkowych. Dla Conrada morze było sprawą niezwykle poważną. Morze to przestrzeń, w której da się uwolnić od złudzeń i szaleństw lądu, doświadczyć egzystencji w stanie możliwie czystym. Dopiero tam, pod pustym niebem i wobec bezludnego horyzontu, życie mogło otrząsnąć się z przypadkowości i nieistotności. Tylko w takich warunkach mogła zawiązać się wspólnota ludzi morza (tytuł powieści Hugo z pewnością utkwił mu głęboko w pamięci).

Wydany w 1906 r. zbiór autobiograficznych esejów „Zwierciadło morza” okrzyknięty został najpiękniejszą elegią na zmierzch epoki żaglowców. Faktycznie – pokolenie Conrada było świadkiem końca trwającej tysiąclecia epoki, w której statki napędzała wyłącznie siła wiatru. W czasie jego marynarskiej kariery parowce przejęły większość transportu morskiego. Podobnie jak kilka dekad wcześniej pojawienie się kolei, była to olbrzymia zmiana cywilizacyjna – nie tylko ekonomiczna, ale także kulturowa. Kształtowany przez stulecia etos ludzi morza w ciągu jednego pokolenia niemalże całkowicie zniknął, co w kulturach morskich (czyli raczej nie u nas) wywołało niewyobrażalną falę nostalgii.

Conrad w swoich powieściach często grał na tych melancholijnych strunach, opisując świat, który de facto już nie istniał. Dla niego była to jednak pojemna metafora. Zderzenie ludzi wiatru z ludźmi pary, żagle kontra węglowe piece, morska bryza i czarny pył – zestawienia można mnożyć, niemniej chodzi o stworzenie sceny pod tragedię, z której jasno wynika, że świat (a wraz z nim ludzie go zamieszkujący) ulega degeneracji. U Conrada wszystko, co w założeniu racjonalne i szlachetne, prędzej czy później zamienia się w swój zdegenerowany rewers (Kurtz i jego placówka postępu to tylko jeden z wielu przykładów). Dlatego był przeciwnikiem zarówno kapitalizmu, który zawsze wymknie się spod kontroli, tworząc nieludzki świat wyzysku i szalonej akumulacji, jak i społecznych rewolucji mających go obalić – bo zawsze prowadzą do obscenicznych spektakli przemocy.

Zostawał mu konserwatyzm, ale podszyty tragicznym brakiem wiary we własną sprawczość (może nie ma innych?). Pragnął jakiejś bliżej niedookreślonej, pierwotnej wspólnoty, której członkowie byliby w stanie sami wyciągnąć się z pustego i zimnego piekła, do którego wtrącił ich nowoczesny świat. A jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jest już niemożliwa do odbudowania (o ile w ogóle kiedykolwiek istniała). Ten nihilistyczny heroizm może wydawać się kuszący estetycznie, aczkolwiek sam Conrad przypłacił go ciężkimi i długimi okresami depresji, z którymi zmagał się do końca życia. „Żyjemy tak jak śnimy – samotnie”, mówi jego ulubiony narrator Marlow.

Conrad sto lat później

W Conradzie najciekawsza jest jednak jego podejrzliwość. Podobnie jak Janko Góral nie dowierzał zastanej rzeczywistości, szukał jej drugiego, często mrocznego dna. Jako jeden z pierwszych odkrył, że kryzys to naturalny stan rodzącego się na jego oczach nowoczesnego świata. Przypłacił to życiem w ciągłym niepokoju, który od czasu do czasu rozlewał się czernią po całej jego egzystencji. 

Miał też odwagę przyznawać się do bezradności w obliczu przytłaczających zmian. Był pesymistą w kwestii dalszego rozwoju cywilizacji, a także nowych form życia, które będzie ona wymuszać. A jednocześnie nigdy się nie poddał – do końca pozostał czujny i krytyczny. Heroizm, który sto lat później wciąż godny jest podziwu.

Już za miesiąc, 4 września, w „Tygodniku” kolejny Magazyn Conrad, w którym ogłosimy kompletny program tegorocznej edycji Festiwalu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bryza i pył