„Opowiadaczka z Puebla Laguna”: wielka czytelnicza frajda

– Najważniejsze w życiu to mieć kogoś, kto opowie ci historię. Bez opowieści nie wiedzielibyśmy, kim jesteśmy – twierdzi Leslie Marmon Silko z puebla Laguna.
Czyta się kilka minut
Leslie Marmon Silko z puebla Laguna // Fot. Tomasz Dżurak / Archiwum prywatne
Leslie Marmon Silko z puebla Laguna // Fot. Tomasz Dżurak / Archiwum prywatne

Humma-hah – dawno temu na świecie nie było białych ludzi… i gdyby nie czary, tak by zostało. Czarownicy z różnych puebli, a także od Nawahów, Siuksów i z „wszystkich innych plemion” zebrali się i rozpoczęli zawody, kto wymyśli najohydniejsze czary. Przynieśli ze sobą skóry zwierząt i tańczyli wokół ogniska, przytargali kotły z niemowlętami gotującymi się we krwi, szykowali mikstury do zdobycia nowych ofiar, rozwinęli skórzane tobołki z popiołami ze spalonych hoganów i skrawkami ludzkiej skóry…

Żaden z nich nie przebił jednak okropnościami ostatniego czarownika, który po prostu snuł opowieść. A opowiadając, stwarzał fakty. Czarownik mówił o ludziach po drugiej stronie oceanu, o skórze białej jak rybi brzuch, o tym, jak wiatr ich tu przygna, jak zatrują wodę i odwrócą jej bieg świdrami. „Będą bać się wszystkiego, co napotkają – mówił czarownik. – Zabiją wszystko, czego się boją. Przyniosą straszne choroby, od których wymrą całe plemiona, znajdą skarby w naszej ziemi. Zabiorą cały ten świat od oceanu do oceanu".

Inni czarownicy przerwali mu i powiedzieli: „Dobra, wygrałeś, ale nie potrzebujemy tej opowieści, radzimy sobie bez niej. Odwołaj ją”.

Było już jednak za późno. Makabry powołanej do życia słowami, gorszej od niemowląt utopionych we krwi, już nie można było odwołać. Czarownik tylko potrząsnął głową, bo wiedział, że zło już zostało uwolnione, już nadchodzi i nic z tym się nie da zrobić.

Wszystko, co mamy

To jedna z opowieści z serii „humma-hah”, co w języku Indian Laguna z Nowego Meksyku oznacza „dawno temu”. Do rąk polskiego czytelnika trafia „Opowiadaczka”, dzieło jednej z najważniejszych amerykańskich autorek pochodzenia indiańskiego, Leslie Marmon Silko z Puebla Laguna. „Humma-hah” – od tych słów jej babki i ciotki zaczynały często – jak pisze autorka – „tradycyjne opowieści Pueblo, opowiadane bez ustanku od tysięcy lat”.

Jak wyjaśnia, pamięć Indian Pueblo trwa o tyle, o ile trwają opowieści, powtarzane z pokolenia na pokolenie. Zawierają one „całą kulturę, kompletną wiedzę, pełnię doświadczeń i wierzeń”. I jeszcze: „Ludzie rozumieli, że ich miejsce w świecie jest ogniwem w łańcuchu pradawnej, ciągnącej się nieprzerwanie historii, na którą składa się niezliczona ilość zebranych w rozmaite zbiory opowieści”.

W wierszu z wcześniejszej książki Silko pisze, że opowieści „nie są tylko przyjemnym zajęciem”: „Widzisz, są one wszystkim, co mamy / wszystkim, co mamy do zwalczenia choroby i śmierci. / Nie masz nic / jeśli nie masz opowieści”. Myśl tę powtarza w „Opowiadaczce”: „Jak nie masz opowieści, nie masz nic”.

Silko jest indiańską pisarką i poetką. Obok Navarre Scotta Momadaya należy do ścisłej czołówki tubylczych autorów, którzy przyczynili się do – jak to później ujęli krytycy – „renesansu tubylczej literatury” z lat. 60 i 70. Momaday zachwycił w 1968 r. niezwykłym „Domem utkanym ze świtu” (o autorze i książce pisaliśmy w nr 7/2024), za który dostał nagrodę Pulitzera. Silko opublikowała najpierw powieść „Ceremony” (1977), a potem „Storyteller” (1981). To właśnie ta książka – o sztuce opowiadania wśród Indian Pueblo na Południowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych, ukazała się właśnie po polsku w wydawnictwie TIPI. „Opowiadaczką” jest tu oczywiście sama Silko, a podtytuł nie zostawia wątpliwości skąd jest: „z Puebla Laguna”. Z Puebla Laguna – leżącego między Gallup a Albuquerque – pochodzi także Deb Haaland, szefowa ważnego Departamentu Zasobów Wewnętrznych w administracji Joe Bidena. Dwie takie postaci z tego zakątka Ameryki to całkiem nieźle.

Obecnie Silko mieszka na przedmieściach Tucson w Arizonie, 650 km od rodzinnej Laguny. Tłumaczka Ewa Dżurak, która odwiedziła pisarkę, potwierdza, że kojoty, wilki i grzechotniki często podchodzą pod jej dom.

Autorka jako dziewczynka w tradycyjnym stroju Pueblo z siostrami Gigi i Wendy (obie stoją) // Fot. Lee H. Marmon / Materiały prasowe Wydawnictwa TIPI

Utrwalenie czasów

A można znaleźć postaci kolejne. Chociażby Lee H. Marmona, ojca Silko i świetnego fotografa, który przez ponad pół wieku dokumentował codzienne życie swoich rodaków (zmarł w 2021 r.). Wraz z poezją autorki i historiami zapamiętanymi z dzieciństwa, wariacjami tradycyjnych opowieści i jej własnych, czarno-białe fotografie Marmona stanowią integralną część „Opowiadaczki”. Towarzyszą im opisy, które pomagają zrozumieć rzeczywistość niewielkiej społeczności Puebla.

Na przykład mój ulubiony podpis pod zdjęciem starszego Indianina z pogodnym uśmiechem i przymkniętymi oczami, w czarnym kapeluszu i z kijem w ręku: „Jose Sanschu z żoną zawsze przyjeżdżali z odległego o cztery mile Mesita do Laguny wozem, na pocztę i do sklepu. Miałam bzika na punkcie koni, odkąd pamiętam, a kiedy miałam trzy-cztery lata, tańczyłam ze szczęścia, kiedy tylko zobaczyłam parę staruszków na wozie zaprzężonym w dwa konie. Byli bardzo mili i zabierali mnie na przejażdżkę”.

Była połowa lat 50., zdaniem Silko czas „wielkiej transformacji” w „systemie myślenia i życia” nie tylko grup indiańskich, ale w ogóle mieszkańców Nowego Meksyku. W rozmowie z Laurą Coltelli, włoską badaczką literatury amerykańskiej, Silko mówiła, że uświadomiła sobie wtedy, ile rzeczy i osób, wśród których obracała się jako dziewczynka, odeszło. Ta „gwałtowna zmiana” była „niesamowita i bez wątpienia stymulująca”, ale też wzbudzała strach – wspominała. Miała szczęście urodzić się w 1948 r., kiedy „żyło jeszcze wielu starych ludzi, którym sprawiało wielką radość to, że mogli komuś przypomnieć historie zasłyszane w dzieciństwie”.

Jej opowieści, podobnie jak fotografie ojca, można odczytywać jako próbę uratowania, utrwalenia tego, co odchodzi w szybkim tempie. Wśród fotografii umieszczonych w „Opowiadaczce” nie mogło zabraknąć zdjęcia przedstawiającego charakterystyczne dla Indian Pueblo kwadratowe zabudowania z adobe, czyli gliny suszonej na słońcu. Jest też trójka tancerzy Tańca Bizona, podczas którego upamiętnia się „przemianę Ducha Bizona w człowieka i przymierze, jakie niegdyś istniało między ludźmi a bizonami”.

Nie bez powodu krótki utwór poświęcony fotografiom Silko umieściła na początku książki. Wspomina w nim o stojącym w domu wysokim koszu z setkami zdjęć z Puebla Laguna i okolic, robionych od końca XIX wieku. Najpierw przez dziadka Hanka, który nabył pierwszy aparat fotograficzny po powrocie ze szkoły, a potem przez jej ojca.

Joanna Ziarkowska, polska badaczka literatury indiańskiej, ustawia zdjęcia Marmona w kontraście do prac fotografa i etnografa Edwarda S. Curtisa, który na początku XX w., wędrując po Ameryce Północnej, stworzył tysiące fotografii Indian, wodzów i zwykłych przedstawicieli ponad osiemdziesięciu plemion na całym kontynencie, w strojach nieraz wypożyczanych z muzeum – żeby utrwalić odchodzący świat. W tym celu eliminował ze swoich kompozycji wszystko, co mogło wiązać się ze światem białego człowieka. Zdjęcia w sepii nadawały im nostalgicznego tonu. Jak większość współczesnych mu fotografów, Curtis aranżował kadry, które zapewne odpowiadały jego własnym wyobrażeniom o „autentycznych” Indianach, a nie próbował utrwalić bezpośrednio współczesne mu życie rdzennych Amerykanów, na początku XX w. osadzonych już przecież mocno w amerykańskiej kulturze.

Z drugiej strony, gdy w „Opowiadaczce” trafiamy na zrobione przez Marmona zdjęcie małej Leslie i jej dwóch sióstr z naczyniami ceramicznymi i w odświętnych strojach i kiedy czytamy w podpisie, że do tego zdjęcia dziewczynki „pożyczyły tradycyjne stroje Pueblo Laguna, mokasyny i piękną starą, srebrną biżuterię z turkusami”, a naczynia podtrzymują na głowie „w taki sam sposób, w jaki nosiły wodę kobiety z Laguny w dawnych czasach”, możemy choć trochę zrozumieć Curtisa. Był twórcą, któremu wydawało się, że jest dokumentalistą.

Taniec Bizona // Fot. Lee H. Marmon / Materiały prasowe Wydawnictwa TIPI

Proste równanie

Silko kilkakrotnie wraca do tradycyjnej opowieści Pueblo o Żółtej Kobiecie – Kochininako, która zdradza męża z duchem katsina z gór, z Duchem Bizona lub z olbrzymim zwierzęciem zwanym Estrucuyu. W żadnym wariancie tej historii nie ma krytyki postępku bohaterki zauroczonej tajemniczym osobnikiem, nawet jeśli ostatecznie zostanie ukarana. Jest tu raczej wyraz uznania dla odwagi bohaterki przełamującej społeczne bariery i oczekiwania dotyczące zachowań kobiet. Co równie ciekawe, gdy w jednym z wierszy w „Opowiadaczce” zdrady dopuszcza się mąż i zostaje nakryty przez żonę i jej siostry, przedstawiony zostaje jako ofiara losu. Kobiety najpierw nazywają go wielkim głupcem, bo nie zdaje sobie sprawy, że kochanka ma już młodszego absztyfikanta, więc na „starca” poświęca tylko popołudnia. Potem zaś zupełnie tracą nim zainteresowanie i mężczyźnie nie pozostaje nic innego, jak potulnie wrócić do pracy w polu.

W wierszu „Sztuka opowiadania” kobieta, która odeszła z Człowiekiem Bizonem, wraca po dziesięciu miesiącach do męża z bliźniętami i tłumaczy, że została porwana przez Nawaha, a potem nie potrafiła odnaleźć drogi powrotnej. Mężczyzna nie wierzy jej i odchodzi. Kobieta bierze winę na siebie – ale nie za zdradę, lecz za to, że nie była dość przekonująca: „Powinnam była lepiej opowiedzieć tę historię”. Okazuje się, że wcześniejsza deklaracja, by opowiadać „dokładnie tak, jak było”, jest także zabiegiem artystycznym.

W rozmowie z włoską badaczką Silko wspomina pisarzy europejskich i amerykańskich, których lektura pomogła jej rozwinąć własną technikę opowiadania. Wymienia Faulknera, Karen Blixen, czy Flannery O՚Connor, Thomasa Hardy՚ego i Szekspira, zwłaszcza „Juliusza Cezara”: „Jest tam tyle prozaicznych szczegółów (…), które w odpowiednim momencie pojawiają się ponownie i kierują na nowe tory główną kwestię”. Silko przyznaje, że podczas tych lektur zrozumiała, jak bogatą spuściznę już ma na podorędziu. A historia dziewczyny, która dokonuje zemsty na białym sklepikarzu, jest jakby wprost realizacją receptury z Szekspira.

Takich wpływów w „tradycji ustnej” Lagunów przetwarzanej przez Silko jest wiele. W 1918 r. antropolożka Elsie Parsons przytoczyła np. usłyszaną w Pueblo Zuni opowieść o kobiecie i białym bizonie, zauważając, że jej początek jest „opowieścią meksykańską”. A w pięknie opowiedzianym „micie” o tym, jak zwierzęta schodzą do świata podziemnego, by znaleźć środek na przywrócenie świata do życia po „magicznych sztuczkach” czarownika  Ck՚o՚yo i zemście Matki Kukurydzy, analitycy znajdują inspiracje „Ziemią jałową” T.S. Eliota.

Zdrada kobiety, wygasanie uczucia i odejście mężczyzny są też motywami przejmującego wiersza „Nic dobrego z tego nie wyniknie”, w którym Silko transponuje dawną opowieść na współczesne realia.

„Proste równanie, jakie znalazłeś / w moim notesie, / przeraziło cię, / ale przecież mogłam je wyjaśnić: / Jak się doda wszystkie jaskrawe barwy / zachodu słońca i liści, / odejmie kochanków, / pomnożone dzieci dzieli się i zabiera (…). // Nie planowałam ci tego mówić. / Lepiej tracić kolory stopniowo, / najpierw błękit oczu, / potem czerwień krwi (…)”.

Jose Sanschu z żoną zawsze przyjeżdżali z odległego o cztery mile Mesita do Laguny wozem, na pocztę i do sklepu. Miałam bzika na punkcie koni, odkąd pamiętam, a kiedy miałam trzy–cztery lata, tańczyłam ze szczęścia, kiedy tylko zobaczyłam parę staruszków na wozie zaprzężonym w dwa konie. Byli bardzo mili i zabierali mnie na przejażdżkę. 1963 r. // Fot. Lee H. Marmon / Materiały prasowe Wydawnictwa TIPI

Łowy na jelenia

Do moich ulubionych opowiadań Silko należy historia polowania na zbuntowanego wodza Apaczów Geronima z udziałem laguńskich zwiadowców. Jest pełna paradoksów. Jak to? Indiańscy zwiadowcy na usługach amerykańskiej armii ścigają indiańskiego bohatera-legendę? Można odpowiedzieć pytaniem: „A dlaczego by nie?”.

Historyk Thomas Dunlay w „Wilkach niebieskich żołnierzy” (również wydanych przez TIPI) rozprawił się z naiwnym wyobrażeniem „Indian” jako ogółu rzekomo połączonego wspólnymi interesami. Tak jak Geronimo miał w nosie los Pueblo, tak Pueblo nie musieli dostrzegać żadnej „wspólnej indiańskiej sprawy”.

Opowieść tę Silko podaje przekornie i z humorem. Okazuje się, że mężczyźni z Pueblo nie wykazują się szczególną inicjatywą, a cała historia zamienia się w łowy na jelenie, ponieważ – zgodnie z przewidywaniami zwiadowców – Geronima nie było tam, gdzie spodziewał się go dopaść biały oficer.

W tym samym tonie utrzymana jest opowieść o mężczyźnie z Laguny, który podstępem – udając uzdrowiciela – bierze odwet na mężczyznach z Puebla Hopi, znanych ze skutecznego podrywania laguńskich kobiet. W pozorowanym rytuale uzdrowienia niedomagającej staruszki obmacuje nogi wszystkim Hopijkom, a rzecz – ku jego zdumieniu – nie kończy się katastrofą, kiedy staruszka nagle samodzielnie podnosi się z łóżka i oświadcza, że już ma się dobrze.

Mężczyzna wraca do Laguny, ma bowiem do przekazania starszyźnie radosną nowinę, że rachunki z Hopi zostały wyrównane. Taka historia.

Niepełna krew

Silko, jak inni wielcy autorzy tubylczego pochodzenia w USA (Momaday czy Louise Erdrich), nie jest „pełnej krwi” Laguna. Z tego powodu nie jest nawet obywatelką „plemienia” Pueblo Laguna, choć tam się wychowała, a kultura Laguna jest naturalnym tworzywem jej twórczości.

Dwóch braci o nazwisku Marmon przeprowadziło się do Laguna z Ohio po wojnie secesyjnej. W Laguna otwarli sklepik (przechodził potem z pokolenia na pokolenie w rodzinie Marmonów – Silko wspomina, że jako dziecko musiała w nim pomagać) i ożenili się z miejscowymi kobietami. Byli zatwardziałymi prezbiterianami, którzy nawrócili wielu Indian na chrześcijaństwo.

Jak to się przełożyło na życie późniejszej pisarki? Ano tak, że jej ukochana babcia A՚mooh przestała opowiadać tradycyjną historię o Kojocie, a zamiast tego czytała wnuczkom o przygodach misia Brownie i historie z Biblii. A gdy dziewczynkę posłano do szkoły dla Indian, babcia przestała do niej mówić w języku laguna, żeby uchronić przed szykanami.

Odnosi się do tych spraw w jednym z wierszy umieszczonych w „Opowiadaczce”: „Etnologowie obwiniają braci Marmonów / za wszystkie te podziały i problemy w Lagunie / i jestem pewna, że dużo w tym prawdy – / ich przybycie musiało skomplikować / już i tak złożoną politykę w Lagunie".

Paradoksalnie, to właśnie jej biały pradziadek Marmon przytoczył antropolożce Elsie Parsons historię o kojocie (o tym też mowa w wierszu) – być może właśnie tę, której opowiedzenia odmówiła wnuczce babcia A՚mooh.

Przewrotny jest ten hołd złożony przez Silko tradycji ustnej. Mniej ważne jest, okazuje się, do kogo należy opowieść, niż to, jak jest ona opowiedziana. Najważniejsze w życiu – jak stwierdziła Silko w rozmowie z Laurą Coltelli – „to mieć kogoś, kto opowie ci historię". My, czytelnicy, mamy Silko. I to jest wielka frajda.

Leslie Marmon Silko OPOWIADACZKA Z PUEBLA LAGUNA, przeł. Ewa Dżurak, Wydawnictwo TIPI, Wielichowo 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru NR 34/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nieodwołalne