Prawdziwa rosyjska dywersja: najtrudniej przeciwdziałać urabianiu wśród Polaków i Ukraińców złej opinii o sobie nawzajem

Ze złych słów i zniekształconego obrazu biorą się odruchy najpierw zniecierpliwienia, potem niechęci, w końcu agresji.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Dworzec Główny w Krakowie. Z pociągu, do którego mam wsiąść, wysiada młoda kobieta z dwuletnim chłopczykiem w szerokim i chyba dość ciężkim wózku. Kobieta ma też sporą walizę i jeszcze torbę, wszystko to razem stara się ogarnąć sama, pomoc innych przyjmując z pewnym lękiem. Jest ubrana w kolorowy, firmowy dres, makijaż ma staranny i mocny, a włosy sztucznie rozjaśnione. Mimo że stoję naprzeciwko, szuka wzrokiem kogoś w mundurze, a kiedy udaje jej się przywołać konduktora, pyta, gdzie mogłaby kupić bilety na lotnisko. „Niech pani mówi po polsku. Nie rozumiem ukraińskiego”, odpowiada mrukliwie konduktor i szybko odchodzi. Dopiero wtedy kobieta zwraca się do mnie, w słowa z rodzimego języka wplatając kilka angielskich. Usiłuję wytłumaczyć, że automaty biletowe są na dole, wskazuję też tablicę, na której wyświetla się numer odpowiedniego peronu. Rozkładam przepraszająco ręce, dając do zrozumienia, że chętnie bym pomógł bardziej, ale muszę wsiadać. „Niczoho, niczoho…”, odpowiada z uśmiechem i dopiero wtedy robi się podobna do chłopca w wózku.

Na stacji benzynowej obsługuje mnie Tatiana. Ona z kolei mówi płynnie po polsku, prawie nie słychać wschodniego akcentu. Jest bardzo uprzejma, choć oczy ma zmęczone, bo jest za ladą sama, a klienci nie tylko płacą za benzynę, ale też zamawiają kawę lub hot-doga. Mam ochotę spytać, skąd przyjechała, ale zaraz zjawia się inna myśl – że może byłoby to niegrzeczne, może zbyt często słyszy to pytanie, może robi wszystko, żeby się wtopić, nie odróżniać. Tego samego dnia po południu trafiam przypadkiem na dużą budowę, przez którą muszę przejechać samochodem. Drogę zagradza mi koparka, podchodzi do mnie jeden z robotników, na oko czterdziestoparoletni. Niski i krępy mężczyzna o sympatycznym, choć niepełnym uśmiechu, tłumaczy mi wszystko czystym ukraińskim, cierpliwie i serdecznie, ale ledwo go rozumiem. Mimo to potakująco kiwam głową, powtarzam „super” i „diakuju”, a kiedy koparka robi mi miejsce, macham mu na pożegnanie.

Wojna trwa. Piszemy o niej od przeszło dwóch lat. Teraz przysunęła się jeszcze bliżej, odkąd coraz więcej się mówi o akcjach dywersyjnych w Polsce. Choć mniej spektakularne działania dywersyjne towarzyszą przecież wojnie od początku. Wśród nich ta, której przeciwdziałać najtrudniej: urabianie negatywnej opinii o Ukraińcach wśród Polaków i o Polakach wśród Ukraińców. Nagłaśnianie przykładów, które mają zniechęcić jednych do drugich, przedstawianie Ukrainek i Ukraińców jako „zabierających pracę Polakom”, a państwa ukraińskiego jako „zalewającego Polskę tanim zbożem”, eksponowanie głosów tych polskich polityków, którzy w antyukraińskiej narracji dostrzegli paliwo dla siebie. Niektórzy z owych polityków zresztą nie wydają się cyniczni, naprawdę życzą źle Ukrainie i naprawdę chcą, żeby uchodźców zza wschodniej granicy traktować jako obywateli drugiej kategorii.

Tej dywersji, powtarzam, przeciwdziałać najtrudniej. Złe słowo rozprzestrzenia się bardzo szybko, a negatywne przykłady kleją się do wyobraźni. Ze złych słów i zniekształconego obrazu biorą się odruchy najpierw zniecierpliwienia, potem niechęci, w końcu agresji. „Jeśli już muszą tu być, niech się zachowują tak a tak…”, „Oni tu sobie domy kupują, furami się rozbijają…”, „Język ukraiński w szkole? A po co? Niech po polsku mówią…”. Najtrudniej wypowiedzieć wojnę temu, co zalęgło się w nas samych, co jakoś już nas przeniknęło. Wydawałoby się, że historia w tej sprawie pozostawiła nam dostatecznie dużo znaków ostrzegawczych. Ale okazuje się, że znaki śniedzieją, przewracają się, czasem ktoś celowo je przestawi.

Trzymamy się całkiem nieźle. Ale „całkiem nieźle” to za chwilę może być za mało. Stąd moje przypomnienie, stąd apel o nieustanną czujność. Trzymamy się – ale czy wytrzymamy?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zadanie