Rzadko się zdarza, aby w centrum kryzysu dyplomatycznego znaleźli się ludzie pióra. Tymczasem tak właśnie jest od wielu miesięcy na linii Paryż–Algier.
Symbolem tego zaostrzenia stała się sprawa znanego algierskiego pisarza Boualema Sansala. Piszący po francusku i mający podwójne obywatelstwo 81-letni Sansal (według niektórych encyklopedii ma 76 lat, ale wynika to przypuszczalnie z błędu w dokumentach) od niemal roku przebywa w algierskim więzieniu.
Już przed laty Sansal dał się poznać jako żarliwy krytyk autorytarnego reżimu i islamskiego fundamentalizmu. W Polsce ukazała się m.in. jego dystopia „2084. Koniec świata” – inspirowana dziełem Orwella „Rok 1984”, która opisuje świat religijnego totalitaryzmu (książka została nagrodzona przez Akademię Francuską).
Za co algierski pisarz Boualem Sansal trafił za kraty
Cios spadł na niego znienacka 16 listopada zeszłego roku. Na lotnisku w stolicy kraju Sansala aresztowała algierska policja. Wymiar sprawiedliwości, poddany kontroli prezydenta Abda al-Madżida Tebbuna, zarzucił mu „zamach na integralność terytorialną” kraju. W procesie apelacyjnym w lipcu tego roku pisarz został skazany na 5 lat bezwzględnego więzienia i 500 tys. algierskich dinarów grzywny (równowartość ponad 3 tys. euro).
Oficjalnym powodem uwięzienia Sansala była jego wypowiedź na łamach francuskiego pisma „Frontiéres”, sympatyzującego z francuską skrajną prawicą. Sansal twierdził tam w październiku 2024 r., że „kiedy Francja kolonizowała Algierię [było to w pierwszej połowie XIX w. – red.], cała zachodnia część Sahary należała jeszcze do Maroka”.
To temat wrażliwy. Sahara Zachodnia (oficjalnie zwana Saharyjską Arabską Republiką Demokratyczną, do 1975 r. będąca kolonią hiszpańską) jest stałym obiektem sporu między Algierią a Marokiem. Obecnie Maroko kontroluje jej większą część, Algieria zaś sprzeciwia się temu i wspiera oficjalnie dążenie Sahary Zachodniej do niepodległości. W tle rywalizacji o ten obszar są bogate złoża surowców, a zwłaszcza fosforytów.
Słowa pisarza, które w jego ojczyźnie uznano za jednoznaczne poparcie dla praw Maroka do spornych terytoriów, rozsierdziły władze w Algierze. Według algierskiego dziennikarza Lakhdara Benchiby, piszącego na łamach „Le Monde Diplomatique”, głos Sansala wywołał gniew nie tylko władz, lecz także zwykłych Algierczyków. W internecie pojawiały się głosy wzywające do „zlinczowania” opozycyjnego autora.
Jasno z tego widać, jak duże emocje budzi po stronie algierskiej kwestia Sahary Zachodniej. Jednak skąd tak drastyczny wyrok za kilka wypowiedzianych słów?
List prezydenta Macrona wywołał burzę
Aresztowanie i proces Boualema Sansala miały charakter politycznego rewanżu. Można powiedzieć, że stał się on – niejako rykoszetem – ofiarą rozpoczętego latem 2024 r. nowego konfliktu między Paryżem a Algierem. Konfliktu, który toczy się na kilku różnych „frontach”.
– Od czasu uzyskania przez Algierię niepodległości w 1962 r. jej relacje z Francją nigdy nie były tak napięte jak dzisiaj. Nawet jeśli przez ostatnie pół wieku zawsze istniały punkty zapalne między dawnym kolonizatorem a dawną kolonią – mówi „Tygodnikowi” Michel Pierre, były francuski dyplomata i historyk, autor wydanej dwa lata temu nad Sekwaną „Historii Algierii od początków do dzisiaj”.
W dość zgodnej opinii obserwatorów zapalnikiem dla bieżącej fazy sporu był list Emmanuela Macrona do króla Maroka Muhammada VI z lipca 2024 r. – francuski prezydent uznał w nim zwierzchność państwa marokańskiego nad Saharą Zachodnią (zrobiły tak wcześniej inne państwa, m.in. w 2020 r. USA za pierwszej kadencji Donalda Trumpa).
Kwestia Maroka to dla władz Algierii czerwona linia
– Prezydent Macron, już od momentu objęcia władzy w 2017 r., dążył do zakończenia sporu algiersko-marokańskiego o Saharę Zachodnią. Ale Algierczycy nie odpowiadali na jego propozycje. Najwyraźniej był już tym znużony i stąd chyba jego wyraźne opowiedzenie się po stronie Maroka – komentuje Michel Pierre.
Algieria zareagowała na list Macrona wycofaniem swojego ambasadora z Paryża, co wywołało „zwierciadlaną” decyzję Francji. Efekt: od ponad roku placówkami w obu krajach kierują dyplomaci w randze chargés d’affaires, a stosunki dyplomatyczne są zamrożone. Co więcej, w połowie kwietnia Algieria wydaliła z kraju 12 francuskich dyplomatów, na co Francja zaripostowała usunięciem ze swojego terytorium identycznej liczby przedstawicieli dyplomacji algierskiej.
– Sansal przekroczył tu jedną z czerwonych linii wyznaczonych przez władze algierskie. Trudno było sobie jednak wyobrazić, że reżim w Algierii posunie się do aresztowania wybitnego pisarza, w dodatku mającego, prócz algierskiego, także francuskie obywatelstwo – zauważa Michel Pierre, który w latach 1988-92, a potem na początku XXI w. pełnił misje dyplomatyczne w ambasadzie w Algierze.
Bolesna pamięć wojny algierskiej
Historia Francji i Algierii ostatnich dwóch wieków jest nierozerwalnie splątana. Efekty tego widać dzisiaj.
Nad Sekwaną mieszka obecnie prawie milion algierskich imigrantów. Łącznie z ich dziećmi tutejszą wspólnotę Algierczyków szacuje się na dwa miliony osób. Z drugiej strony – dla około miliona Francuzów to Algieria była ojczyzną (nazywano ich pieds-noirs, czarne stopy). Musieli ją opuścić po 1962 r., gdy upadło francuskie panowanie w Afryce Północnej.
Nad relacjami dyplomatycznymi Paryża i Algieru ciąży do dzisiaj dziedzictwo francuskiego kolonializmu oraz pamięć okrutnej – z obu stron – wojny o niepodległość Algierii z lat 1954-62.
Mimo upływu lat pamięć o tej wojnie algierskiej nie chce przeminąć i wciąż napędza konflikty między tymi krajami. Choć na początku rządów obecnego prezydenta Francji wydawało się już, że bliskie jest pojednanie między oboma narodami. Będąc jeszcze kandydatem na najwyższy urząd, w lutym 2017 r. Macron określił kolonizację jako „zbrodnię przeciw ludzkości” (powiedział to w wywiadzie dla algierskich mediów).
Próby pojednania Emmanuela Macrona
Potem, już w roli głowy państwa, Macron uczynił szereg gestów wobec Algierii, aby uznać francuską odpowiedzialność za zbrodnie dokonane w trakcie tamtej wojny.
Jeden przykład z 2021 r.: upamiętnienie przez władze francuskie 60. rocznicy tzw. masakry paryskiej z 17 października 1961 r. Policja brutalnie stłumiła wtedy pokojową manifestację Algierczyków w Paryżu. Zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób; niektóre ciała policjanci wrzucali do Sekwany. Uroczystość odbyła się w obecności rodzin ofiar.
Ze strony Macrona padły wtedy słowa o tym, że ówczesna operacja francuskiej policji była „niewybaczalną zbrodnią dla Republiki”.
Ponawiane przez francuskiego prezydenta próby pojednania bywały ostro krytykowane – zarówno przez francuską prawicę i skrajną prawicę, jak też przez algierskich decydentów. Ci pierwsi powtarzali, że nie tylko Francja jest winna i nie tylko ona powinna przepraszać. Argumentowano, że walce o niepodległość Algierii towarzyszyły przecież także krwawe zamachy na cywilów w wykonaniu algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN).
Natomiast strona algierska, jak pisze wspomniany algierski dziennikarz Lakhdar Benchiba, „uznaje, że te gesty i słowa francuskich władz są niewystarczalne”. W państwowych mediach w Algierii co i rusz pojawiają się oczekiwania „oficjalnych przeprosin” od Francji za jej brutalną walkę z FLN w czasie wojny algierskiej.
W Algierii trwa autorytarny system
Z perspektywy Zachodu współczesna Algieria, rządzona od 2019 r. przez prezydenta Tebbuna, ma charakter autorytarny.
Sześć lat temu, na fali antyrządowych i pokojowych manifestacji, ustąpił prezydent Abdul Aziz Buteflika, który rządził przez dwie dekady. Jednak nie poszły za tym demokratyczne zmiany.
– Władza autorytarna nie oznacza dyktatury, gdyż nie ma tam jednego „wodza”, o władzę walczą liczne klany, a wybory odbywają się w sposób względnie wolny – zastrzega Michel Pierre.

Algierskie media podlegają jednak ścisłej kontroli rządu. Według francuskiej organizacji Reporterzy bez Granic pod względem wolności prasy kraj ten zajmuje 126. pozycję (na 180 uwzględnionych krajów świata; dla porównania: Polska jest na 31. miejscu, a np. Rosja na 171.).
Tu dochodzimy do kolejnego punktu zapalnego we francusko-algierskiej czarnej serii. W algierskim więzieniu przebywa też 36-letni francuski dziennikarz sportowy Christophe Gleizes. 29 czerwca tego roku tamtejszy sąd skazał go w pierwszej instancji na 7 lat bezwzględnego więzienia za „apologię terroryzmu”.
Co konkretnie mu zarzucono? Algierska policja zatrzymała go, gdy robił reportaż na temat klubu piłkarskiego w Kabylii. To region na północy kraju, z odrębnym językiem z rodziny berberyjskiej.
– Sądzę, że Gleizes spotkał się tam z „niewłaściwymi osobami” z punktu widzenia władz w Algierze. I to wystarczyło. Kwestia Kabylii, gdzie silna jest tendencja do autonomii, a nawet niepodległości, stanowi jeszcze jedną z czerwonych linii, których dziennikarze czy pisarze nie powinni w Algierii przekraczać – ocenia Michel Pierre.
Gleizes czeka w więzieniu na proces apelacyjny. Mimo mobilizacji francuskich mediów w jego obronie, nie ma pewności, że zostanie uniewinniony i odzyska szybko wolność.
Nagroda Goncourtów wywołała w Algierii oburzenie
Do rozgrzania konfliktu francusko-algierskiego przyczyniła się jeszcze jedna kwestia natury literackiej. Mowa o przyznaniu Nagrody Goncourtów – najbardziej prestiżowego wyróżnienia literackiego nad Sekwaną – za powieść „Huryska” algierskiemu dziennikarzowi i pisarzowi Kamelowi Daoudowi (swoje książki pisze on po francusku).
„Huryska” ukazała się właśnie po polsku (wydawnictwo ArtRage w przekładzie Oskara Hedemanna), a jej autor spotka się 25 października z czytelnikami podczas literackiego Festiwalu Conrada w Krakowie.
Nagroda Goncourtów dla powieści Daouda wywołała głosy oburzenia w Algierii z kilku powodów. Kluczowe znaczenie ma to, że Daoud, podobnie jak Sansal, od lat krytykuje rząd algierski i islamizm na łamach francuskiej prasy. Jest on stałym felietonistą popularnego francuskiego tygodnika centroprawicowego „Le Point”.
Ale nie tylko o to chodzi. „Huryska” narusza temat okryty milczeniem w dzisiejszej Algierii: niebywale krwawą wojnę domową z lat 90. XX w., tzw. czarną dekadę, podczas której islamscy fundamentaliści walczyli z siłami rządowymi.
„Tak, jestem zdrajcą” – mówi o sobie Kamel Daoud
Michel Pierre uważa, że nie tylko władze, ale także wielu zwykłych Algierczyków odebrało Nagrodę dla Daouda jako mieszanie się Francuzów w wewnętrzne sprawy ich kraju.
– W imię polityki pojednania narodowego i amnestii dla sprawców władze algierskie chcą zapomnieć o tym okresie. W Algierii publicznie używa się określenia „tragedia narodowa”, tak jakby była ona nie sprawą ludzi, ale rodzajem boskiego fatum – tłumaczy Michel Pierre.

W swojej ojczyźnie 55-letni Kamel Daoud, który od 2023 r. mieszka na stałe we Francji, jest przedmiotem ataków w prasie podległej rządowi jako „zdrajca”. Zarzuca mu się, że tworzy w języku „kolonizatora”, że otrzymał obywatelstwo Francji i tam osiadł.
Na te zarzuty pisarz odpowiada w ostatnim eseju „Czasem trzeba zdradzić”, który ukazał się już po otrzymaniu przez niego Nagrody Goncourtów. Daoud przyjmuje za dobrą monetę obraźliwy epitet. „Tak, jestem zdrajcą” – powtarza przewrotnie, ale obraca to słowo na własną korzyść, bo „nie ma przyszłości bez zdradzenia przeszłości”.
Nazywa siebie nomadą, krążącym wciąż między dwiema kulturami i dwoma krajami, które są mu bliskie. „Wszyscy prorocy musieli być zdrajcami swojej epoki i zawistnej pustyni. Ci, którzy oświetlają drogę w nocy, muszą zdradzić powolne tempo idącej za nimi karawany” – pisze we wspomnianym eseju. I nie szczędzi krytyki swoim konserwatywno-religijnym adwersarzom.
Czy finezyjna literacko „pochwała zdrady” pióra Daouda wywrze wpływ na algierski rząd? Można w to wątpić. W każdym razie „Huryska” pozostaje w jego ojczyźnie książką zakazaną.
Ostatnie słowo pisarza Boualema Sansala
Wróćmy do sprawy Boualema Sansala. Mimo ponawianych od miesięcy apeli o uwolnienie pisarza – francuskich i europejskich, włącznie z niedawną rezolucją Parlamentu Europejskiego – rząd w Algierze pozostaje nieustępliwy.
Tymczasem jego obrońcy – wśród nich koledzy po piórze, jak wspomniany Daoud – alarmują, że dalszy pobyt w więzieniu oznacza dla ponad 80-letniego Sansala faktyczny wyrok śmierci. U pisarza wykryto nowotwór prostaty.
– Francja nie ma dzisiaj żadnego narzędzia skutecznego nacisku na Algierię. Można mieć tylko nadzieję, że z okazji nadchodzącego 1 listopada święta narodowego w Algierii prezydent Tebbun ułaskawi Sansala. Ale nie wiemy, czy tak się stanie – uważa Michel Pierre.
Rozmówca „Tygodnika” prognozuje: – Jeśli nie uda się powstrzymać eskalacji między Paryżem a Algierem, to kolejnym krokiem będzie zerwanie stosunków dyplomatycznych.
W swoim ostatnim wystąpieniu, wygłoszonym przed algierskim sądem, oskarżony Sansal mówił: „Mamy tu nic innego, jak proces przeciw literaturze”.
Reżimy autorytarne często traktują pisarzy, zwłaszcza tych szukających swojej własnej niszy wolności, jak „żywe tarcze”. Algieria – na mapie dzisiejszego świata – nie jest tu, niestety, wyjątkiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















