Kasper Kalinowski: Imię najwyższego boga to jedno z najbardziej uderzających podobieństw w wielu językach. To podobieństwo nieprzypadkowe?
Laura Spinney: Sankryckie Djaus Pitar, greckie Dzeus pater, łacińskie Iuppiter czy staroangielskie Tiu. Przykładów jest wystarczająco dużo, by wzbudzać zaciekawienie i wykluczyć przypadek.
Gdy przyjrzymy się określeniom pochodzącym z bardzo odmiennych języków, zaczynamy odnosić wrażenie istnienia jakiegoś „spisku”. Jeśli ktoś jest ciekawy świata, zaczyna drążyć temat i odkrywa, że nawet odległe języki są ze sobą spokrewnione. Wiemy to dzięki żmudnej pracy językoznawców i filologów, trwającej od kilku stuleci. Oczywiście języki cały czas zapożyczają od siebie słowa i idee, więc samo podobieństwo nazw czy opowieści nie musi oznaczać pokrewieństwa, ale lingwiści mają metody, by to rozróżnić.
Jakie inne słowa najczęściej zdradzają to wspólne pochodzenie?
Często są to te odnoszące się do rzeczy fundamentalnych dla nas, które pozostają niezmienne przez tysiąclecia. W swojej książce [„Proto. Jak nasz prajęzyk dotarł na krańce świata” – red.] piszę o tzw. „stabilnej podstawie słownika”, która obejmuje liczebniki, części ciała czy pojęcia takie jak powietrze, woda, wiatr, niebo, noc lub dzień. Te słowa były kluczowe dla komunikacji od początków istnienia gatunku Homo sapiens.
To również słowa „konserwatywne”, tzn. przekazywane z pokolenia na pokolenie w niemal niezmienionej formie, prawdopodobnie ze względu na ich wagę. Dobrym przykładem są określenia oznaczające gwiazdę. W języku sogdyjskich kupców na Jedwabnym Szlaku w Azji Środkowej mówiono stare, Islandczycy określali gwiazdę jako stjarna, a Odyseusz powiedziałby po starogrecku aster. Te określenia wywodzą się ze praindoeuropejskiego *h2ster-. Tak właśnie mogła brzmieć gwiazda w języku, którym posługiwano się od 5 do 4 tys. lat temu i który nigdy nie został zapisany.
Jak możemy badać język, który wyginął przed wynalezieniem pisma? Skąd wiemy, jak brzmiały słowa?
Język praindoeuropejski jest w pewnym sensie hipotetyczny. Wszystko w jego historii jest kwestią prawdopodobieństwa, a nie pewności. Musimy jednak jakoś wyjaśnić te uderzające podobieństwa między językami używanymi na ogromnych obszarach świata.
Nawet w starożytności istniały pokrewne języki na dwóch krańcach Eurazji – języki celtyckie i sanskryt. Lingwiści uważają, że podobieństwa w słowach nie są tylko zapożyczeniami, ale wskazują na wspólnego przodka języków. Wyjaśnienie ich rozprzestrzenienia to wielkie wyzwanie intelektualne, zwłaszcza że najstarsze zapisane języki indoeuropejskie, jak hetycki, greka czy łacina, już 2-4 tys. lat temu wykazywały wyraźne pokrewieństwo.
Pismo wynaleziono mniej więcej wtedy, gdy posługiwano się językiem praindoeuropejskim, ale jego użytkownicy – koczownicy ze stepów – go nie używali. Była to wówczas umiejętność zarezerwowana dla elit w Mezopotamii czy Chinach.
Dziś istnieje ponad 400 żywych języków indoeuropejskich, a tysiące innych wyginęły w ciągu ostatnich pięciu tysiącleci. To największa rodzina językowa świata – niemal co druga osoba na świecie posługuje się dziś jakimś językiem indoeuropejskim.
W ostatnich dekadach językoznawcy otrzymali trochę nieoczekiwanie nowe narzędzie badawcze: analizy DNA. Pokazują one pokrewieństwo poszczególnych populacji, co pozwala nam wnioskować na temat przyczyny podobieństwa języków, którymi się te populacje posługiwały. Skończyły się więc czyste spekulacje – i pojawiły twarde dowody.
DNA to niezwykle cenny, choć pośredni dowód, ponieważ język i geny nie zawsze wędrują razem. Jednak większość badaczy zgadza się, że migracja jest głównym motorem zmian językowych. Kiedy ludzie się przemieszczają i rozdzielają, ich dialekty ewoluują w różne strony, stając się osobnymi językami. W świecie bez pisma, u ludzi, którzy nieustannie się przemieszczali, ten proces był jeszcze szybszy niż współcześnie.
Analiza starożytnego DNA to nowa technologia – nauczyliśmy się je odczytywać dopiero w ciągu ostatnich dwóch dekad. Wcześniej obawiano się zanieczyszczenia próbek współczesnym materiałem, ale genetycy znaleźli sposób, by odróżnić zdegradowane, stare DNA od nowego, współczesnego. To zrewolucjonizowało wiedzę o prehistorii, czyli czasach, z których nie mamy żadnych zapisków. Dzięki DNA i archeologii możemy śledzić losy ludzi, ich sieci handlowe czy powiązania rodzinne. Zestawiając to z danymi lingwistycznymi, uzyskujemy znacznie pełniejszy obraz przeszłości.
Genetyka pomogła rozstrzygnąć spór o pochodzenie języka praindoeuropejskiego?
Tak. Jeszcze ćwierć wieku temu dominowały dwie teorie: anatolijska i stepowa. Pierwsza mówiła, że rolnicy z terenów dzisiejszej Turcji przynieśli ten język 8 tys. lat temu, wraz z rewolucją neolityczną, która tam się rozpoczęła. Teoria stepowa mówiła, że to język koczowników (pasterzy) z terenów dzisiejszej Ukrainy i Rosji, którzy ruszyli na wschód i zachód 5 tys. lat temu.
Około 10 lat temu badania DNA wykazały, że 5 tys. lat temu doszło do masowej wymiany puli genowej w Europie. Migracja koczowników ze stepu miała głęboki wpływ na populację kontynentu, co wzmocniło teorię stepową. Zgadzało się to również z szacunkami lingwistów, według których język praindoeuropejski nie mógł być starszy niż 5 tys. lat, bo języki ewoluują szybko. Większość badaczy uznała zatem teorię stepową za poprawną.
Jak grupa koczowników, licząca najwyżej dziesiątki tysięcy osób, narzuciła swój język populacji Europy szacowanej na 7 milionów? Pisze Pani, że to to trochę tak, jakby Włosi w Nowym Jorku na początku XX w. sprawili, że całe miasto zacznie mówić po włosku, a przecież to oni nauczyli się angielskiego.
Dekadę temu dominowała teoria o czystej przemocy i ludobójstwie, co tłumaczyłoby wspomnianą wymianę genów u mieszkańców Europy. Dziś jednak szukamy bardziej subtelnych wyjaśnień.
Jedną z hipotez jest seria pandemii, które mogły zdziesiątkować rolników w Europie, otwierając nowo przybyłym pasterzom drogę na wyludnione obszary. Inna teoria mówi o atrakcyjności stylu życia koczowników – ich sieci społeczne, handel, małżeństwa i cały „pakiet kulturowy” mogły być na tyle pociągające, że tubylcy dobrowolnie przejmowali ich język i idee.
Dyskusje na temat pochodzenia języków przypominają debaty na temat ewolucji, w której wiemy, że dochodziło do krzyżowania się różnych grup i przepływu genów. Badacze ewolucji człowieka mówią też o tzw. „populacjach widmo”, które identyfikujemy tylko na podstawie genów – zauważając u kogoś domieszkę obcego, nieznanego DNA – a nie kości czy wyrobów kulturowych. W językoznawstwie jest podobnie? Mamy „języki widma”?
Zdecydowanie tak. Szacuje się, że w całej historii ludzkości mogło istnieć nawet pół miliona języków. Dziś zostało ich mniej niż 7 tys. Warto zauważyć, że ok. 10 tys. lat temu, w przeddzień rewolucji rolniczej, na świecie żyło około 10 milionów ludzi, którzy posługiwali się mniej więcej 10 tys. języków. Każdy z nich miał niewielką liczbę użytkowników, zazwyczaj od 1 do 2 tys. osób.
Większość języków zniknęła bez śladu, bo nie zostały zapisane. Nasze metody rekonstrukcji języków pozwalają sięgać tylko około 10 tys. lat wstecz – a to kropla w morzu dziejów Homo sapiens. Do tego w okresie powyżej 10 tys. lat trudno odróżnić dziedziczenie od zapożyczeń. Jednak nawet w ramach rodziny indoeuropejskiej wiemy o językach, które wyginęły, a ich istnienie wykrywamy pośrednio.
Dlaczego „języki widmo” musiały istnieć? Np. w praindoeuropejskim słowo „stopa” brzmiało *ped-, w grece podi, w łacinie pes. W angielskim, podobnie jak w grece, pojawia się „o” zamiast „e” – foot. Ten ślad widać w grupie wyrazów oznaczających zwierzęta z dużymi stopami: w niderlandzkim pad (ropucha), irlandzkim pata (zając), walijskim pathew (popielica) pojawia się samogłoska „a” zamiast „e”. Ponieważ nie znamy języka indoeuropejskiego, który dokonałby takiej zmiany, wnioskujemy, że musiał istnieć jakiś „język widmo” w zachodniej Europie, który to zrobił i przekazał te słowa jako zapożyczenia, zanim sam wymarł.
Sytuacja z sukcesem języków indoeuropejskich jest niezwykła, zwłaszcza że inne potężne języki, jak sumeryjski czy akadyjski, zanikły. Czy sukces ten mógł wynikać z roli kobiet? Pojawiają się badania sugerujące, że to kobiety były depozytariuszkami wiedzy technologicznej i to one mogły być kluczem do „indoeuropeizacji” Europy.
Kobiety zdecydowanie odegrały kluczową rolę. Choć uważa się, że we wczesnych fazach ekspansji to głównie młodzi mężczyźni przesuwali granice i brali za żony lokalne kobiety, to dzisiejsze języki indoeuropejskie nie są „czyste” – to hybrydy.
Kiedy koczownicy wjeżdżali ze stepów do gęstych lasów Europy, trafiali do zupełnie nowej flory i fauny. To miejscowe kobiety uczyły ich nazw nowych roślin i zwierząt, sposobów polowania czy gotowania. Całe słownictwo związane z naturą mogło pochodzić od nich. Co więcej, kobiety, nawet te wzięte do niewoli, przekazywały dzieciom swój język ojczysty wraz z wiedzą przodków. Ewolucja językowa odbywa się najszybciej u osób dwujęzycznych, więc pierwsze pokolenie dzieci z takich związków było w idealnej pozycji, by stworzyć nowy język.
Wspomina Pani w książce o dziwnym powiązaniu słów „gość” i „wróg”. Co nam ono mówi?
Historia tych słów pokazuje znaczenie sieci społecznych koczowników, które były znacznie rozleglejsze niż te u osiadłych rolników. Mobilność wymagała spójności grupy, którą budowano przez opowieści i gościnność.
Angielskie słowa guest (gość) i host (gospodarz) pochodzą z tego samego praindoeuropejskiego rdzenia *ghostis. Zawierał on w sobie koncept wzajemności: „Jeśli przejdziesz przez moją ziemię jako obcy, ugoszczę cię najlepiej, jak potrafię, a ty w zamian ugościsz mnie, gdy ja będę u ciebie”. Ale łacińskie słowo hostis oznaczało też „obcego” lub „wroga” (stąd hostility – wrogość). Wszystko zależało od tego, jak potraktowało się przybysza – gościnność decydowała, czy obcy stanie się przyjacielem, czy nieprzyjacielem.
Czy rolnicy w Europie byli społeczeństwem zhierarchizowanym? Archeolożka Marija Gimbutas spopularyzowała pogląd, że tworzyli pokojowe matriarchaty.
Dzisiejszy konsensus naukowy jest taki, że rolnicy również tworzyli społeczeństwa patriarchalne, choć rola kobiet mogła być u nich inna. Gimbutas była wielką myślicielką i miała rację co do teorii stepowej pochodzenia języka praindoeuropejskiego, ale w kwestii matriarchatu prawdopodobnie się myliła. Tak właśnie działa nauka – dowody weryfikują teorie. Wiemy, że w czasie przybycia koczowników Europa rolnicza była w kryzysie – widać ślady przemocy, zmian klimatu i zarastania pól lasami. Możliwe, że wielu rolników dało się po prostu „uwieść” nowemu, mobilnemu stylowi życia, który pozwalał zostawić problemy za sobą.
Niektórzy określają język litewski „żywą skamieliną” lub wehikułem czasu. Jak blisko mu do sanskrytu czy języka praindoeuropejskiego?
To, że litewski jest niezmieniony od czasów praindoeuopejskiego, to w dużej mierze mit. Język ewoluuje zawsze, nawet jeśli nic się nie dzieje, choćby poprzez błędy dzieci uczących się mowy od rodziców. Jednak litewski zachował pewne uderzająco archaiczne cechy.
Genetyka rzuca nowe światło na ten temat: ok. 2000 r. p.n.e. ze zlewiska Dniepru ruszyła migracja, która rozdzieliła się na dwa strumienie – jeden poszedł na północ ku Bałtykowi, drugi na południe do Indii i Pakistanu. To dlatego litewski i sanskryt dzielą wspólny rdzeń słownictwa, co jest pięknym potwierdzeniem współpracy genetyki i lingwistyki.
Przykłady są fascynujące: litewskie výras – bardzo przypomina swój sanskrycki odpowiednik vīrás (mężczyzna/bohater), a litewskie ugnìs (ogień) to sanskryckie Agni. Ten sam rdzeń widać w łacińskim ignis.
A co z językami nieindoeuropejskimi w Europie, takimi jak baskijski, fiński czy węgierski?
Baskijski uważany jest za relikt języków pierwszych rolników, który przetrwał w izolacji Pirenejów. Fiński, estoński i węgierski to z kolei rodzina uralska. To języki, które przybyły do Europy później niż indoeuropejskie, a ich korzenie sięgają prawdopodobnie głębokiej Syberii.
Podoba mi się termin, którego używa Pani pod koniec książki: „praindoeuropejska dusza”. W czasie wizyty w Krakowie, po zobaczeniu Smoka Wawelskiego, analizowała Pani rolę opowieści o tych gadach w różnych kulturach. Może „indoeuropejską duszę” łączą właśnie opowieści?
Opowieści o smoku i pogromcy smoków to jedne z najstarszych historii ludzkości. Istnieje kontrowersyjna teoria, że wyszły one z Afryki wraz z pierwszymi ludźmi jako wspomnienie niebezpiecznych węży. Z czasem ewoluowały w fantastyczne stworzenia nawet tam, gdzie nie ma węży – np. na Alasce.
Inni uważają, że smok to po prostu uniwersalne ucieleśnienie zła. Strach przed wężami mamy zapisany głęboko w mózgu. W tradycji indoeuropejskiej pogromca smoków ma jednak specyficzną cechę – to „bohater ze skazą” (pięta Achillesa, oko perskiego bohatera Esfandijara czy znak w kształcie lipowego liścia na plecach Zygfryda z „Pieśni o Nibelungach”), który ginie wkrótce po zabiciu potwora.
Inna opowieść, o kowalu i diable, jest jedną z najstarszych zidentyfikowanych historii w tradycji indoeuropejskiej. Jej korzenie sięgają co najmniej 6 tys. lat wstecz. Według badaczy mitologii mogła zostać zainspirowana przez kowali z kultury warnańskiej na terenie dzisiejszej Bułgarii, którzy ówczesnym ludziom jawili się niczym alchemicy zdolni do przemiany kamienia w złoto pośród ognia i dymu.
Mit ten stał się fundamentem dla późniejszej historii o Fauście, opracowywanej przez takich autorów jak Christopher Marlowe, Johann Wolfgang von Goethe czy Thomas Mann. W XIX w. bracia Grimm zebrali w niemieckich wsiach wiele odmian tej historii, co pomogło lingwistom w jej późniejszej rekonstrukcji. To sugeruje, że pierwsi Indoeuropejczycy opowiadali zbliżoną wersję tego mitu.
Badania nad językiem są silnie upolitycznione. Każdy kraj chce być stolicą języka praindoeuropejskiego. Jak o nim pisać, by nie tworzyć kolejnych mitów?
Byłam świadoma tego upolitycznienia od początku zajmowania się tą tematyką. Jeśli nie będziemy mówić o tym, co pokazuje nauka, próżnię wypełnią czyste mity. Słynne powiedzenie lingwisty Maksa Weinreicha mówi, że „język to dialekt z armią i flotą”. I to prawda, językiem narodowym zostaje mowa tych, którzy mają największe wpływy.
To ironiczne i tragiczne, że kolebka tych języków znajduje się dziś w strefie wojny, na pograniczu Ukrainy i Rosji. Moją rolą jest przekazywanie nauki taką, jaka jest dziś rozumiana, wraz z obszarami niepewności, i wyjaśnianie, dlaczego mity rosyjskich czy indyjskich nacjonalistów nie znajdują oparcia w faktach. Wojna oczywiście niszczy stanowiska archeologiczne, ale badania lingwistyczne i analiza materiałów z muzeów trwają nadal.
LAURA SPINNEY jest pisarką i popularyzatorką nauki. Współpracuje z „National Geographic”, „Nature”, „The Economist” czy „The Guardian”. Autorka m.in. książek o pandemii grypy hiszpanki oraz języku praindoeuropejskim – ta ostatnia („Proto”) ukazała się właśnie w Polsce nakładem Znak Horyzont.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















