Zuzanna Radzik: Kim jest ksiądz, o którym piętnaście lat temu zapomniała diecezja?
Ks. Adam Świeżyński: Od 20 lat wykładam na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej UKSW w Warszawie, w tym roku uzyskałem tytuł profesora filozofii. Od 10 lat mieszkam w Legionowie, w swoim prywatnym mieszkaniu, kupionym na kredyt, obecnie już spłacony. Na co dzień nie zajmuję się w zasadzie duszpasterstwem, może ostatnio trochę bardziej z racji moich kontaktów z „Wiarą i Tęczą” i z Kongresem Katoliczek i Katolików, choć nie nazwałbym tego duszpasterzowaniem, lecz wspólnym poszukiwaniem Boga i przeżywaniem wiary. Od 25 lat jestem księdzem, a od 15 lat przebywam poza diecezją, a poza tym skończyłem w tym roku 50 lat, więc ten rok jest dla mnie z wielu względów jubileuszowy.
Jak to jest być księdzem poza swoją diecezją?
To sytuacja raczej niestandardowa i bardzo dziwna. Nie spodziewałem się, że spotka mnie coś takiego. Było to dla mnie duże wyzwanie, nie tylko organizacyjne i bytowe. Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie najistotniejsze: czy chcę nadal być księdzem i po co mam nim być. Do pracy na uczelni nie jest to potrzebne. A inne możliwości realizowania się jako ksiądz urwały się, podobnie jak moje kontakty koleżeńskie z księżmi z diecezji. Przez parę pierwszych lat zadawałem sobie pytanie, co mam dalej w życiu robić.
W końcu postanowiłem, że spróbuję odnaleźć się w rzeczywistości takiej, jaką ona jest, bez elementu duszpasterskiego, tylko w mojej relacji z Bogiem. Wróciłem więc do korzeni swojego duchowego doświadczenia i wyboru sprzed lat. Gdybym nie miał takiego założycielskiego, fundamentalnego dla mnie przeświadczenia, że to moja droga życia, pewnie po prostu przestałbym być księdzem.
Postanowiłem jednak żyć w mojej aktualnej rzeczywistości ze wszystkimi jej ograniczeniami, mankamentami, ale również plusami. Należy do nich m.in. duża swoboda działania i poczucie niezależności oraz wolności, dla mnie szczególnie cenne. Ale także zrozumienie, że bycie księdzem ma sens nawet na „bocznym torze”. Nie mam jednak pewności, czy jestem z tym wszystkim, co stało się w moim życiu, w pełni pogodzony. Czasami odczuwam wewnętrzny sprzeciw oraz złość, że tak właśnie sprawy się ułożyły.
Sprzeciw wobec czego?
Wyplucia ze środowiska, w którym pracowałem, które było dla mnie ważne i któremu poświeciłem wiele zaangażowania. Z tym pogodzony chyba nie jestem. Uważam, że tak nie powinno być. Z drugiej strony pewnych rzeczy już się nie da zmienić czy cofnąć. Nie wyobrażam sobie powrotu do diecezji na parafię, mieszkania na plebanii itd. Za bardzo wszedłem w życie zwykłego człowieka, żeby przestawić się znów na funkcjonowanie w rytmie księdza diecezjalnego.
Natomiast boli mnie, że nie ma ze strony diecezji żadnego zapotrzebowania na mnie, na moją wiedzę, na to, w czym, jak sądzę, mógłbym być przydatny. Sprawa stała się dla mnie jasna już za poprzedniego arcybiskupa, który był poniekąd sprawcą mojej banicji, ale po zmianie arcybiskupa niestety nic w tej kwestii się nie zmieniło. Czuję, że w diecezji jestem niemile widziany – to przykre. Przeżywam to jako odtrącenie. Jakby powiedziano mi: rób sobie, co chcesz, żyj sobie, jak chcesz, ale z daleka od nas. Nie chcę robić z siebie ofiary i pokrzywdzonego. Wiem, że w tej sprawie ja także nie jestem całkiem bez winy. Po prostu mówię o swoich odczuciach.
O co wtedy poszło?
Poprzedni przełożony archidiecezji gdańskiej, abp Tadeusz Gocłowski, był człowiekiem, wobec którego nie trzeba było się jakoś szczególnie definiować w kwestiach fundamentalnych, związanych z wartościami takimi jak prawda czy uczciwość. Różnie bywało w diecezji (były na przykład problemy finansowe związane z aferą „Stella Maris”), ale nie wpływało to w takim stopniu na funkcjonowanie księży. Natomiast przyjście abp. Sławoja Leszka Głódzia sprawiło, że trzeba było się określić. Jego sposób bycia wymuszał na księżach, by zdecydowali, co jest dla nich ważne: uczciwość, prawda, ideały ewangeliczne czy troska, żeby dalej być proboszczem, awansować, mieć święty spokój i być dobrze postrzeganym. Swoim grubiaństwem, przemocowością i patologicznymi działaniami arcybiskup niejako zmuszał do tego.
Albo obojętność, albo reakcja, albo koniunkturalizm?
Nie było miejsca na obojętność. W praktyce konkretne sytuacje oznaczały, że albo stawiam opór i głośno mówię, że tak nie wolno, że to jest wbrew Ewangelii, albo popieram i akceptuję, a nawet jeśli milczę, to w gruncie rzeczy zgadzam się i przyzwalam na takie działania.
Nie można powiedzieć: nie widziałem, bo byłem zajęty swoją parafią?
Moim zdaniem każdy z księży w Gdańsku, który mówi, że nie miał świadomości, co się dzieje, nie mówi prawdy. Zwłaszcza ci, którzy byli najbliżej arcybiskupa, czyli kuria, seminarium, proboszczowie, dziekani. Tę konieczność określenia się nazywam paradoksalnie największą „zasługą” abp. Głódzia, ponieważ człowiek w życiu potrzebuje momentów, w których szczerze odpowie najpierw sam sobie, a potem także na zewnątrz, co jest dla niego ważne. Niestety większość księży wybrała opcję milczenia, zgody albo robienia na tym wszystkim kariery. Bardzo niewielu zdołało zareagować sprzeciwem, a ponieważ było ich niewielu, szybko ich pacyfikowano. Istniały trzy strategie. Najpierw był „kij” (zastraszenie), jeśli kij nie działał, to „marchewka” (obłaskawienie), a jak i to nie działało, trzeba było się gościa pozbyć.
Księdza ta sytuacja zastała jako prorektora seminarium.
Szczerze mówiąc chciałem skorzystać ze zmiany arcybiskupa, żeby odejść z seminarium i zająć się bardziej pracą naukową. Oczywiście słyszałem już wcześniej, kim jest abp Głódź, czarne wizje przedstawiano nam z różnych stron. To sprawiło, że byłem ciekaw, jak faktycznie będzie, i postanowiłem zostać w seminarium jeszcze rok. Przez ten rok z bardzo bliska mogłem obserwować jego zachowania.
Seminarium jest w skrzydle tego samego gmachu?
Tak. Po krótkim czasie abp Głódź przeniósł się do tej części, w której było seminarium, więc był obecny na posiłkach i wszystkich uroczystościach. Jeśli miałbym go ocenić przez pryzmat moich prywatnych kontaktów z nim, to nie mogę powiedzieć, by np. przeklinał czy krzyczał. Osobiście nie widziałem takich akcji, o jakich mi opowiadano. Natomiast nie mogę tych opowieści kwestionować. Zauważyłem, że istotne były przede wszystkim sprawy materialne i wizerunkowe. Na przykład arcybiskup, znudzony w trakcie spotkania z zarządem seminarium słuchaniem o tym, jak pracujemy z klerykami, zadał mi tylko jedno pytanie: czy ksiądz musi nosić brodę? Później zaczął w seminarium przestawiać meble na korytarzach, przewieszał obrazy, zmieniał, często osobiście, wystrój pomieszczeń. Najpierw mnie to nawet bawiło, a potem zaczęło drażnić, ale to nie były sprawy istotne, choć trochę groteskowe.
Gdy jednak dowiedziałem się, że arcybiskup zarządził, bez porozumienia z kimkolwiek, że kaplica seminaryjna, która była miejscem modlitwy kleryków od początku istnienia seminarium, przestaje być kaplicą seminaryjną, a ma się nią stać obecna aula, zapaliło mi się czerwone światło. Całe pokolenia księży wychowały się i modliły w tej kaplicy, to miejsce ważne także w sensie emocjonalnym, w którym można przypomnieć sobie ważne doświadczenia dotyczące relacji z Bogiem. I nagle abp Głódź zmienia sobie to ot tak. Ale jakoś nikt z księży się nie sprzeciwił!
Od początku nikt się nie sprzeciwiał?
Gdy spotkałem nowego arcybiskupa pierwszy raz przy posiłku, jeszcze przed ingresem, robił wrażenie człowieka, który jest bardzo niepewny i wręcz boi się, jak zostanie przyjęty w nowym środowisku. Był uprzedzająco grzeczny i wycofany. Oczywiście później, gdy się zorientował, że nic złego go tu nie czeka i że jak krzyknie, to wszyscy kładą uszy po sobie, stopniowo przejął inicjatywę.
Mogło być inaczej?
Gdyby reakcja środowiska księży była inna, nie mógłby sobie pozwolić na to, co robił. Zawsze księżom w Gdańsku powtarzałem, gdy docierały do mnie ich narzekania i skargi: to jest wasza wina, że Głódź jest taki. Wyście mu na to pozwolili, wyście go takim wręcz stworzyli, będąc biernymi albo podejmując z nim współpracę przy działaniach, które były ewidentnie szkodliwe.
A o co poszło w Księdza przypadku?
Po roku czułem, że nie mam w seminarium czego szukać, bo arcybiskupa wizja seminarium jest bardzo daleka od tego, czym seminarium być powinno. Co więcej, miałem wrażenie, że jesteśmy na kolizyjnym kursie i prędzej czy później musi między nami dojść do jakiegoś katastrofalnego zderzenia. Dlatego wykorzystałem sytuację końca roku akademickiego i zwróciłem się o zmianę.
W tym samym czasie rektor seminarium dowiedział się, że przestaje być rektorem. Ogłoszono to w dniu święceń kapłańskich, który był praktycznie ostatnim dniem działania seminarium przed wyjazdem kleryków na wakacje. Czyli nawet nie było możliwości, żeby po 10 latach jego pracy jako rektora zorganizować pożegnanie i podziękować mu. W wielu kwestiach się z nim różniłem, nawet kłóciłem, ale miałem do niego szacunek. Powiedziałem: nie! Naprędce zwołałem kolegów. Rektor marzył zawsze o starym, stojącym zegarze, więc kupiliśmy taki zegar i postawiliśmy zapakowany w czasie śniadania po mszy prymicyjnej, w której uczestniczyło całe seminarium. Poprosiłem o głos, podziękowałem rektorowi w imieniu całego seminarium i wręczyliśmy mu ten prezent. Abp Głódź był wściekły, obecny na śniadaniu abp Gocłowski przerażony, a rektor szczęśliwy i wzruszony.
Po czym poszedłem na umówioną wcześniej rozmowę z abp. Głódziem na temat mojego odejścia. Byłem przekonany, że on po tym wszystkim wpadnie w furię. Tymczasem rozmowa była spokojna, nie podniósł nawet głosu. Twierdził, że nie ma mnie kim zastąpić w seminarium. Naciskałem, ale nie ulegał, więc w końcu powiedziałem, że zostanę jeszcze na rok, ale proszę, aby ograniczył moje obowiązki, bym mógł zająć się bardziej pracą naukową. Wtedy on wstał i obrażonym głosem powiedział: „To ja nie będę stawał księdzu na drodze”. Następnego dnia dostałem dekret, w którym zwalniał mnie z wszystkich funkcji i zajęć w diecezji i nie dawał żadnego innego przydziału, miejsca do zamieszkania – nic. Wrzucił mnie w diecezjalny niebyt.
Protestował Ksiądz?
Gdybym się bardzo uparł, mógłbym otworzyć Kodeks Prawa Kanonicznego i pokazać, jakie są jego obowiązki wobec mnie. Między innymi zapewnienie mi miejsca do mieszkania i środków do życia jako księdzu. Nie zrobiłem tego, bo wiedziałem, że w mojej sytuacji to nie ma sensu.
Byliście potem w kontakcie?
Gdy nosiłem się z zamysłem bycia pustelnikiem, zwróciłem się do jego sekretarza z prośbą o spotkanie z arcybiskupem w tej sprawie. Dostałem odpowiedź, że arcybiskup się ze mną nie spotka. Żadnego kontaktu już potem nie było.
Czyli poszło o błahostkę?
Wcale nie! Chodziło o coś kluczowego, mianowicie o traktowanie drugiego człowieka. Miał prawo zmienić rektora, ale nie miał prawa go poniżać! Zwłaszcza wobec wspólnoty, w której ten człowiek 10 lat rzetelnie pracował. To jest dla mnie sprawa fundamentalna. Wszystko, co potem działo się w diecezji, oraz sposób traktowania przez niego ludzi, świeckich i księży, wynikało z braku elementarnego szacunku dla drugiego człowieka. Poniżanie, mobbing, wyzwiska – to był zewnętrzny wyraz jego pogardy, wielokrotnie okazywanej różnym ludziom.
W Gdańsku jest nowy metropolita. Spodziewa się Ksiądz zmiany swojej sytuacji?
Obecnie nie. Dwukrotnie spotkałem się z abp. Tadeuszem Wojdą. Raz było to spotkanie na początku jego urzędowania. W gronie innych księży chcieliśmy przedstawić sytuację, jaka miała miejsce za jego poprzednika, i wyrazić oczekiwanie, żeby się do tego ustosunkował publicznie, zwłaszcza wobec księży, nazwał rzeczy po imieniu i wyraźnie wskazał, jakie postawy były właściwe, a jakie nie. To nie nastąpiło. Drugie spotkanie było prywatne. Jak wspomniałem, chciałem zostać pustelnikiem, więc zwróciłem się do swojego arcybiskupa, by przeprowadzić to formalnie.
Niestety wcześniej umówiona rozmowa wypadła krótko po moim liście otwartym, który do niego napisałem. Była to moja reakcja na jego list do księży w diecezji, w którym odpowiedział na wspomniane pierwsze spotkanie, a właściwie oskarżył tych, którzy zachowali się uczciwie i porządnie, że są winni podziału i niezgody. Nie wytrzymałem, a mój list otwarty ukazał się w „Więzi”. Miał pretensje, że go napisałem, a nie przyszedłem do niego. Jego list był odpowiedzią na spotkanie, z którego nic pozytywnego nie wynikło, i nawet pogorszył sytuację, więc po co miałem przychodzić?
Usłyszałem też, że zasięgnął o mnie języka na uczelni i dowiedział się, że tam też „są ze mną kłopoty”, bo „mam trudny charakter”. Jeśli nowy biskup nie próbuje się niczego dowiedzieć bezpośrednio ode mnie, tylko bazuje na cudzych opiniach, to pozostało mi tylko zakończyć spotkanie. To było trzy lata temu i potem nie mieliśmy już bezpośredniego kontaktu.
Nie na taką zmianę w Gdańsku Ksiądz czekał?
Biskup się zmienił, ale w mojej ocenie nie zmieniło się w diecezji to, co najistotniejsze w kontekście niedawnej przeszłości, czyli stosunek do prawdy, trudnej i niewygodnej. Owszem, nowy arcybiskup jest kulturalny, nie przeklina, jak jego poprzednik, rozmawia z uśmiechem na ustach. Natomiast sposób reagowania na rzeczywiste problemy, zwłaszcza wśród duchowieństwa, nie uległ zasadniczej zmianie. Uważam, że nierozliczone sprawy z ponad dziesięciu lat pobytu abp. Głódzia w Gdańsku będą się odbijać czkawką w tym środowisku. Wielu księży było ofiarami przemocy słownej i wynikającej ze źle realizowanego przełożeństwa i sprawowania władzy, a byli też tacy, którzy na tym świadomie korzystali dla własnej korzyści.
Jak być księdzem we wspólnocie, która tak łatwo pęka i porzuca?
Uważam, że ogromna większość odejść księży nie jest spowodowana jedynie różnymi trudnymi sytuacjami osobistymi, lecz także brakiem wsparcia ze strony środowiska, w którym są i pracują. Nie znajdują w innych księżach i w biskupach wystarczającego wsparcia. Myślę, że wielu z nich dałoby radę przetrwać rozmaite kryzysy, ale w pojedynkę bardzo ciężko sobie poradzić, zwłaszcza gdy pojawia się napiętnowanie i ostracyzm, jak w Gdańsku. Nie jesteśmy jako księża kształtowani w kierunku budowania wspólnoty, i moim zdaniem dzieje się tak świadomie. Grupa księży, która nagle się zjednoczy, zacznie wysuwać jakieś postulaty lub blokować pewne rzeczy, jest kłopotliwa. Gdy środowisko jest zatomizowane, można je rozgrywać na rozmaite sposoby. Wrzuca się nas w duszpasterstwo, gdzie roboty pod sufit, a efektywność działania stanowi zasadnicze kryterium oceny bycia dobrym księdzem, nie to, czy potrafi on wejść w dobre relacje z innymi księżmi i świeckimi.
Czy otrzymał Ksiądz jakieś wsparcie w czasie kryzysu?
Doświadczyłem go przede wszystkim od osób świeckich, a jeśli chodzi o duchowieństwo, to z całej diecezji mogę tylko powiedzieć o proboszczu z parafii, z której pochodzę. On jeden do mnie zadzwonił i powiedział, że jeśli nie mam gdzie mieszkać albo potrzebuję pomocy, w każdej chwili jest gotów mnie przyjąć. Wielokrotnie później ponawiał to zaproszenie. Nie musiałem z niego korzystać, ale to był dla mnie bardzo ważny gest.
Czy łatwiej jest zostać księdzem dysydentem, jak się ma inny zawód?
Byłem w szczęśliwej sytuacji, bo gdy znalazłem się poza diecezją, pracowałem na UKSW już od kilku lat. Dzięki temu miałem pracę, z której mogłem się utrzymać, ale poza tym nic. Owszem, praca zawodowa dała mi niezależność finansową, co jest w jakimś stopniu kluczowe. Ale ta niezależność w moim przypadku była przez długi czas dosyć krucha, bo na moją pracę na uczelni musiał wyrazić zgodę mój biskup (zrobił to jeszcze abp Gocłowski). Każdy kolejny biskup w każdej chwili mógł ją cofnąć. Wiem, że abp Głódź wykonywał do poprzedniego rektora telefony z oczekiwaniem, że zostanę zwolniony. Wiem, że nuncjatura, w związku z moimi wypowiedziami, też dzwoniła z takimi naciskami.
Szczęśliwie poprzedni rektor tak to rozegrał, żeby mi się nie stała krzywda. Do mnie to bezpośrednio nie dochodziło, dowiedziałem się o tym od innych osób. Sprawa mogła być postawiona na ostrzu noża i mogłem zostać z niczym. Nie chciałem jednak, żeby to strach decydował o moich działaniach.
Jakie jest po tym wszystkim Księdza zaufanie do Kościoła jako instytucji?
Moje zaufanie zostało podkopane w wielu momentach. Na przykład gdy byłem u nuncjusza, abp. Celestina Migliore w sprawie abp. Głódzia, nuncjusz z własnej inicjatywy powiedział, że rozmowa pozostanie między nami. Wydawało mi się to czymś naturalnym, więc zdziwiło mnie takie zapewnienie. Po czym dowiedziałem się, że jak tylko wyszedłem, wykonał telefon do abp. Głódzia i poinformował go, o czym rozmawialiśmy. Wiem to z dwóch niezależnych źródeł, od świadków, którzy słyszeli tę rozmowę. Zatem jakie mogę mieć zaufanie do Kościoła jako instytucji? Choć nie mam jedynie negatywnych doświadczeń, pamiętam też o dobrym spotkaniu z abp. Wojciechem Polakiem czy abp. Charlesem Scicluną, którzy wysłuchali informacji na temat sytuacji w diecezji za abp. Głódzia.
Współpracuje Ksiądz z „Wiarą i Tęczą”, gromadzącą chrześcijan LGBT+. Czy dysydenci przyciągają dysydentów?
Przyznam, że wcześniej ten temat zupełnie mnie nie interesował. Trafiłem kilka lat temu na ich spotkanie. Potem wielokrotnie rozmawiałem z nimi, modliliśmy się wspólnie, piliśmy kawę. Spotkałem ludzi, którym bardzo zależy na ich relacji z Bogiem i byciu w Kościele. Są wyrzucani, piętnowani, a dalej chcą w tym Kościele być. Autentyzm ich poszukiwania Boga był dla mnie uderzający i pociągający. To nienormalne i nieewangeliczne, że nie są w stanie znaleźć dla siebie miejsca w żadnym kościele, żeby spotykać się choćby na wspólnej modlitwie. Porozumieliśmy się poniekąd bez słów na płaszczyźnie duchowej i ze względu na to doświadczenie odrzucenia i bycia na marginesie. Nawet tak to sobie nazwałem: chcę z nimi być, bo są na marginesie Kościoła…
Z tej solidarności ludzi marginesu wziął Ksiądz udział w błogosławieństwie osób LGBT+?
Nie miałem co do tego żadnych wahań. Błogosławieństwo odbyło się podczas nabożeństwa ekumenicznego i było zgodne z dokumentem papieskim na ten temat. Byłem przekonany, że nie będzie żadnej negatywnej reakcji czynników kościelnych, i tak się też stało. Były za to gwałtowne i pełne nienawiści reakcje niektórych ludzi. To daje do myślenia: życząc mi najgorszych doświadczeń i wyzywając, jednocześnie deklarowali, że są głęboko wierzącymi katolikami. W imię religii, w imię swojego obrazu Boga i swojego rozumienia Kościoła są gotowi zniszczyć innych ludzi. Przychodzą mi na myśl faryzeusze i arcykapłani, którzy byli gotowi posunąć się nawet do morderstwa w imię zachowania zabsolutyzowanych zasad wspólnoty religijnej.
Jaka jest Księdza nadzieja dla Kościoła w Polsce?
Nadzieja... Ostatnio współprowadziłem rekolekcje dla Kongresu Katoliczek i Katolików. To jest oddolny ruch, który usiłuje dokonać pewnych zmian. Obecnie dochodzą do etapu, gdy widzą, że wszystkie drzwi Kościoła-instytucji są zabetonowane i pojawia się frustracja. Powiedziałem im, że moim zdaniem należy starać się tworzyć Kościół w Kościele – czyli przestrzeń, w której poczują się u siebie ludzie niezgadzający się na obecny sposób instytucjonalnego funkcjonowania Kościoła. Niezależnie od ambitnych celów reformowania Kościoła, należy być realistami. Stwórzmy więc taką przestrzeń dla samych siebie i dla tych, którzy jej potrzebują. W tym jest dla mnie nadzieja. Czy to zmieni cały Kościół-instytucję? Może zmieni, a może nie. Ale da miejsce w Kościele tym, którzy już się w nim nie odnajdują w jego obecnym kształcie.

KS. ADAM ŚWIEŻYŃSKI (ur. 1974) jest duchownym archidiecezji gdańskiej, doktorem habilitowanym nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Zajmuje się filozofią religii i zagadnieniami z pogranicza nauki i religii. Profesor UKSW w Warszawie, członek Komitetu Nauk Filozoficznych Polskiej Akademii Nauk.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















