Forma jest kusząca, zwłaszcza w najbardziej ludowym, sąsiedzkim wydaniu. Te krzyże i kapliczki z nowymi wstążkami, wymienionymi na maj. Ukwiecone, zamiecione, z odnowionymi ławkami. Takie, które gromadzą sąsiedzką wspólnotę, bez księdza, tak po prostu, jak zawsze bywało.
To mnie najbardziej kusi w majowym: oddolność, sąsiedzkość, dostępność. Niekontrowersyjna, tradycyjna forma, ale w rękach świeckich. Coraz bardziej czuję, że czegoś takiego mi trzeba. Bliskości, nie dystansu ornatu i ołtarza. Modlitwy kolektywu bliżej codzienności, prowadzonej przez jego członków i włączającej. Właściwie niepytającej o nic, niesprawdzającej twojego kościelnego statusu. Zapraszającej przechodnia. Ot, można się dosiąść.
To jednak fantazje. Oprócz rzadkich okazji, gdy przypadkiem trafiałam na takie nabożeństwo podczas wyjazdu, znam tylko formę miejską, parafialną modlitwę przed lub po wieczornej mszy, prowadzoną przez księdza. Bez tej wiosenności i bycia na zewnątrz, wśród łąk, krzaków, na rozdrożu. Bez oddania prowadzenia śpiewu w ręce sąsiadek.
Choć wydarza się czasem też forma miejska oddolna. Mam znajomego, który skrzykuje innych pod kapliczką, czy to na Krakowskim Przedmieściu, czy to gdzie indziej. To w sumie krótka modlitwa, można się spotkać na ulicy, po pracy, zaśpiewać, a potem rozejść się lub usiąść na kawie. Niezwykłe też, jak znajoma archaiczna melodia litanii potrafi przyciągnąć przechodniów, nagle nią zwabionych, bo złapała ich w środku za coś bliskiego, znanego sprzed lat.
Tylko ten tekst. Sama nie wiem, czy tekst litanii loretańskiej coś znaczy dla mnie, czy ma właściwość tradycyjnej mariologii. Nie dotyka mnie, nie rusza, a jeśli to wkurza swoją pastelowością i brakiem wyrazu. Tą fascynacją młodą dziewiczą matką, odkobieconą.
To tradycyjne spojrzenie na nią, czasem niczym lubieżne fascynacje mężczyzn nastolatkami. W litanii sypią się komplementy dla dziewiczej czystości, dla jej osobności od nas, zwykłych ludzi i zwykłych kobiet. Panna nad pannami, królowa. Osobna. Wyróżniona w świecie patriarchalnej religii nagrodą podwójną, za jednoczesne dziewictwo i macierzyństwo. Umiesz tak? Ano właśnie.
Więc nawet gdy przyciągnie mnie archaiczna melodia, łapiąc za coś głęboko skrywanego, to archaiczna mariologia odpycha. A już na pewno zupełnie nie mam z nią kontaktu, ześlizguję się z tego tekstu i odchodzę. Czasem chciałabym znaleźć jakąś szparę, dointerpretować, feministycznie dopowiedzieć, ale… no właśnie, to nie tekst, nie artykuł, to forma tradycyjna, śpiewana, niezupełnie znosząca takie krytyczne przystanki.
Napisać od nowa? Z nową, feministyczną litanią iść pod ozdobioną świeżymi wstążkami kapliczkę? Nie takie teksty przepisywały od nowa katolickie feministki, więc może to jest jakiś plan na ten maj.
Co prawda w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała dokonywania w tekście samowolnych zmian, ale kto powiedział, że moja feministyczna litania musi być loretańską. Może będzie po prostu moja. Zresztą to żywy organizm, było kiedyś w niej więcej tytułów, jedne zgubiła po drodze przez historię, inne zyskała.
W 1846 r. dodano wezwanie „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta”, w 1917 r. „Królowo pokoju”, a w 1950 r. „Królowo Wniebowzięta” i kolejne. W Polsce zaś dodano pięćdziesiąte wezwanie w 1923 r.: „Królowo Polskiej Korony”, zmienione po wojnie na „Królowo Polski”. Skoro więc magisterium może swoje maryjne i patriotyczne inspiracje zapisywać w treści litanii, to czemu nasze odkrycie bardziej feministycznej Maryi nie miałoby być warte litanii?
Mariologia dobrze znosi te feministyczne zabiegi, choć trzeba najpierw tej tradycyjnej zadawać poważne, krytyczne pytania. Nie bez powodu przecież pierwsze pokolenia chrześcijańskich feministek w mariologii tradycyjnej widziały „sposób na odciągnięcie kobiet od stawania się w pełni niezależnymi, całymi ludzkimi osobami” (Schüssler Fiorenza). Lub uważały, że jest „koniem trojańskim, wzniesionym, by odbić kobiece aspiracje do bycia osobą, do godności ludzkiej i współodpowiedzialności za Kościół i społeczeństwo” (s. Patricia Noone).
Jednak tę kobietę z Nazaretu, o której Biblia mówi zdawkowo, a tradycja wybudowała jej potem patriarchalny pałac teologicznej opowieści, da się opowiadać inaczej. Jako decydującą, sprawczą, stojącą w centrum kosmicznych wydarzeń. Dziewiczą, bo nieposkromioną jak siła natury. Rodzącą bez bólu, bo tak powinno być w odkupionym świecie. A przede wszystkim siostrę, jedną z nas. Bliską. Sąsiadkę z tej przydrożnej czy podwórkowej kapliczki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















