Tego widoku nie da się łatwo zapomnieć. Czerwone pręgi na czaszce i czole będącego zwykle ikoną stylu mężczyzny, a jakby tego było mało: jeszcze krwawa szrama na nosie. „Chciałem zrobić sobie krzywdę” – o tych słowach, wypowiedzianych w odpowiedzi na pytanie dziennikarza, należałoby z kolei zapomnieć jak najszybciej, zresztą również ich autor po kilku godzinach wydał oświadczenie, że jest świadom tego, ilu ludzi boryka się na co dzień z kryzysami psychicznymi wiodącymi do samookaleczeń. Podkreślił, że nie zamierzał żartować na tak poważne tematy, a na zakończenie podał telefon i adres mailowy do instytucji niosącej wsparcie w takich przypadkach.
Spadkobierca Cruyffa, mistrz Hiszpanii, Niemiec i Anglii
Czy naprawdę mówimy o najsłynniejszym trenerze w dziejach współczesnego futbolu? O człowieku, który – nie będzie wiele przesady w tej frazie – wymyślił tę dyscyplinę na nowo, i to więcej niż jeden raz? O szkoleniowcu, pod którego kierunkiem rozwinęli się „wielcy mali ludzie” z Barcelony: Messi, Iniesta, Xavi, pod którego okiem w Bayernie rozkwitł talent Lewandowskiego, i który w Manchesterze City jeszcze kilka miesięcy temu nie tylko odpowiadał za eksplozję strzeleckiej skuteczności Haalanda, ale także sprawił, że laureatem Złotej Piłki stał się niejaki Rodri, grający na lekceważonej zwykle we wszelkich tego typu plebiscytach pozycji defensywnego pomocnika?
To pierwsza niepokojąca kwestia, jaka unosi się nad tym tekstem: kwestia kondycji psychicznej i dobrostanu Pepa Guardioli. Człowieka, którego znaczenie jako nowoczesnego przywódcy i nowatora od początku trenerskiej kariery wykraczała poza świat sportu – wystarczy przypomnieć książkę, w której jego rywalizację z José Mourinho opisywano w kategoriach pojedynku Apple’a z Microsoftem – a który robi wrażenie kogoś, kto, przepraszam za kolokwializm, „nie trzyma ciśnienia”. Kiedy przegrywał w niedzielę z Liverpoolem, na ironiczne przyśpiewki kibiców z Anfield zareagował wzniesieniem w górę sześciu palców. Miały symbolizować sześć wygranych mistrzostw Anglii. Faktycznie, poza zasługami z przeszłości w tym spotkaniu nie miał żadnych argumentów.
Historyczność kryzysu, w jakim znajduje się od kilku meczów prowadzona przez Guardiolę drużyna z Manchesteru, jest wprost proporcjonalna do historyczności sukcesów, jakie stały się udziałem tego 53-letniego Katalończyka od chwili, gdy latem 2008 roku zaczął prowadzić Barcelonę. I pal licho nawet trofea, które w ciągu tych kilkunastu lat zdobywał: trzy wygrane Ligi Mistrzów, dwanaście mistrzostw Anglii, Niemiec i Hiszpanii, do tego superpuchary i puchary krajowe oraz klubowe mistrzostwa świata. Ważniejszy od tytułów był zawsze styl, w jakim je osiągał – styl, który kazał angielskiemu napastnikowi Wayne’owi Rooneyowi, oglądającemu przed laty w telewizji mecz Barcelony Guardioli z Realem Madryt prowadzonym wówczas przez Mourinho, wstać z krzesła i zacząć klaskać do ekranu. Katalończycy wygrali 5:0.
Warto to sobie pokrótce przypomnieć. Będący spadkobiercą Johana Cruyffa, jako piłkarz wychowany w jego drużynie, Guardiola od początku stawiał na grę opartą na posiadaniu piłki i intensywnym pressingu. Portretowany jako wyrafinowany filozof futbolu, w trakcie meczów mikrozarządzający ruchami swoich zawodników i żonglujący ich pozycjami, opowiadał zawsze, że w świecie tego sportu jest tylko jedna niewiadoma: mam piłkę albo jej nie mam. „Kiedy nie mamy piłki, musimy ją odzyskać, bo jej potrzebujemy” – mówił. Na treningach zaś dzielił boisko na 20 oznaczonych liniami sektorów, żeby jego podwładni byli wystarczająco świadomi zarówno przestrzeni wokół, jak i pozycji kolegów – a przy tym zawsze mieli kilka możliwości podań. Nigdy wcześniej tak na murawę nie patrzyli.
Sekrety gry pozycyjnej: jak Guardiola wynalazł piłkę na nowo
Sednem jego juego de position, gry pozycyjnej, było zapewnienie drużynie przewagi jednego nieobstawionego zawodnika – w jakiejkolwiek formacji czy miejscu boiska, tak żeby piłka mogła swobodnie krążyć – ale najbardziej fascynujące było to, że Guardiola zawsze był otwarty na odnalezienie jakiegoś nowego wariantu taktyki czy ustawienia. Marti Perarnau, który przez rok podglądał jego pracę w Bayernie, pisał w książce „Herr Pep”, że jego bohater szuka nieistniejącej perfekcji; że przypomina szachowego mistrza, który przed ruchem analizuje wszelkie możliwe posunięcia. Nieprzypadkowo książkę Perarnaua rozpoczyna opis nowojorskiej kolacji Guardioli z Garrim Kasparowem.
Ożywczych pomysłów, które pozwalały mu wygrywać, było mnóstwo – defensywny pomocnik Busquets schodzący do obrony i stamtąd rozpoczynający rozegranie, bramkarz Neuer rozgrywający piłkę, będący pierwotnie skrzydłowym Messi jako „fałszywa dziewiątka”, czyli napastnik grający tak naprawdę w pomocy i wyciągający za sobą obrońców, „odwróceni skrzydłowi”, czyli lewonożny po prawej i vice versa, boczny (Lahm i Alaba w Bayernie), a później także środkowy obrońca (Stones w MC) przenoszący się do środka pola, generalnie: wiara Guardioli w piłkarzy drugiej linii i używanie ich na całym boisku („Pomocnicy to inteligentni gracze, którzy muszą myśleć o zespole jako całości” – mawiał)…
Wiele z jego pomysłów trafiało z czasem do taktycznego mainstreamu; rzec by można, że po kilkunastu latach wyznaczania trendów na szczytach europejskiej piłki Guardiola dorobił się potężnej szkoły wychowanków – zarówno takich, którzy inspirowali się tym, jak z nimi wygrywał, jak i takich, którzy byli jego asystentami czy piłkarzami, a potem zaczynali sami prowadzić drużyny: obecny trener Arsenalu Mikel Arteta, prowadzący Chelsea Enzo Maresca, wygrywający mistrzostwo Niemiec z Bayerem Leverkusen Xabi Alonso.
Sam w tym czasie również się inspirował, zwłaszcza w ostatnich latach, upływających mu przede wszystkim na rywalizacji z Liverpoolem Jürgena Kloppa. W futbolu prezentowanym przez podopiecznych Guardioli pojawiło się dzięki temu więcej gry bezpośredniej, a to za sprawą sprowadzenia do klubu Haalanda (choć wypada zauważyć, że i w Bayernie cierpliwa w rozegraniu drużyna, przed polem karnym stawała się bardziej bezpośrednia, wykorzystując atuty Lewandowskiego…). To w ubiegłym sezonie, a także w rozgrywkach go poprzedzających, mogło się wydawać, że ów niestrudzony wynalazca dzięki strzeleckim rekordom Haalanda odmienia futbol po raz kolejny, ale również bieżące rozgrywki Manchester City zaczął piorunująco: norweski strzelec szybko odsadził rywali do tytułu króla strzelców, a jego zespół pozostał niepokonany aż do początku listopada.
Pięć porażek z rzędu, potem remis – co się dzieje z Manchesterem City
W ostatnich tygodniach jednak drużynie Guardioli najpierw przydarzyło się pięć porażek z rzędu, a później wypuszczone w ciągu kwadransa trzybramkowe prowadzenie w meczu Ligi Mistrzów z Feyenoordem; to w końcówce zremisowanego ostatecznie 3:3 spotkania z Holendrami zdesperowany Katalończyk tak się podrapał. Kolejny mecz – z Liverpoolem na Anfield – to kolejna porażka; porażka, w której wyższość gospodarzy nie podlegała dyskusji od pierwszej do ostatniej minuty. Zbyteczne mówić, że podobna seria w trenerskiej karierze Guardioli nie zdarzyła się nigdy.
Niejeden trener na jego miejscu drżałby o posadę, ale on akurat pośrodku tej fatalnej passy przedłużył umowę z klubem – budowanym zresztą na jego obraz i podobieństwo, bo rychło po przejęciu Manchesteru City przez jednego z władców Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Mansura, z myślą o ściągnięciu Guardioli zatrudniano w klubie najpierw współpracujących z nim dyrektorów z Barcelony, a później przebudowywano całą infrastrukturę, by stworzyć mu idealne warunki pracy.
Ale – to druga niepokojąca kwestia unosząca się nad tym tekstem – czy w innych okolicznościach Katalończyk zdecydowałby się na przedłużenie umowy? Trudno wszak nie mieć poczucia, że gdyby nie towarzyszące klubowi w ostatnich miesiącach pozaboiskowe problemy – ponad sto zarzutów o różnego rodzaju nadużycia związane z obowiązującymi zespoły Premier League przepisami finansowymi; zarzutów – dodajmy – dotyczących lat poprzedzających przeprowadzkę Guardioli do Anglii, Katalończyk nie czułby się pewnie zobowiązany do podpisania nowego kontraktu. Ponieważ przedłużające się postępowanie w sprawie potencjalnych nieprawidłowości może się skończyć odjęciem drużynie punktów, a może nawet relegacją z ligi – trener deklaruje, że ani myśli zostawiać klubu w takich tarapatach, dodaje przy tym, że zawsze zapewniano go, iż „księgowość jest w porządku”.
Ale ten rodzaj sytuacji „nie chcę, ale muszę” z pewnością nie robi mu dobrze. Oczywiście w Manchesterze stworzono temu futbolowemu alchemikowi pracownię, o jakiej żaden inny trener nie mógłby marzyć – właścicieli klubu stać na spełnienie każdej zachcianki szkoleniowca. Z drugiej strony jednak intensywność, z jaką Guardiola pracuje, już w Barcelonie doprowadziła go na skraj wyczerpania. W stolicy Katalonii przepracował cztery lata, a potem – wypalony i niezdolny do dalszego wzbogacania drużyny nowymi ideami – udał się na roczny urlop do Nowego Jorku. W Monachium pracował trzy lata. W zasadzie jest rzeczą nie do pojęcia, że wytrzymuje w Manchesterze City już dziewiąty sezon.
Kontuzja Rodriego i zmęczenie współczesnym futbolem
Zmęczeni są również jego piłkarze. Wymogi współczesnego futbolu sprawiają, że ci najlepsi – a tylko z takimi ma do czynienia – muszą rozegrać w klubie i reprezentacji po 60-70 spotkań. Wspomniany Rodri zerwał we wrześniu wiązadła w kolanie i przeszedł operację, która wyłączyła go z gry na długie miesiące, a zanim to się stało, mówił na konferencjach prasowych, że piłkarze są nadmiernie eksploatowani i właściwie powinni zastrajkować. Niewątpliwie jedną z przyczyn kryzysu Manchesteru City jest nieobecność tego jednego zawodnika oraz kontuzje dopadające innych kluczowych graczy, jak pomocnik De Bruyne, obrońcy Aké, Akanji, Stones, skrzydłowi Grealish i Doku, ostatnio także kolejny pomocnik Kovacić.
„Nie jestem trenerem od wślizgów, o co chodzi z tymi wślizgami?” – szydził Guardiola wkrótce po przeprowadzce na Wyspy. Z lekceważeniem wypowiadał się też o tamtejszej obsesji stałych fragmentów gry oraz zdobywaniu tzw. drugich piłek. Patrząc z tej perspektywy można by powiedzieć, że w ostatnich tygodniach zmieniło się tak naprawdę niewiele. To, że pressing drużyn Guardioli da się ominąć, że można ograniczyć im przestrzeń niskim ustawieniem, a potem skarcić szybkim atakiem, wiadomo nie od dziś. Wielokrotnie zdarzało się również – zwłaszcza w meczach pucharowych, kiedy wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu kilkudziesięciu minut, a nie podczas rozciągniętego na trzydzieści osiem meczów sezonu – że jego piłkarze wpadali w panikę, kiedy coś zaczęło iść nie tak.
Wielu obserwatorów współczesnego futbolu podkreślało więc psychologiczny aspekt problemu – że obsesyjne niemal skupianie się przez Guardiolę na systemie niszczy u poszczególnych piłkarzy indywidualizm, pozwalający jedną nieszablonową akcją wyprowadzić zespół z tarapatów. Rzecz w tym, że aż do tej pory za każdym razem trener był w stanie dostarczyć im rozwiązanie zastępujące taki solowy zryw.
Autorzy rozlicznych tekstów o kryzysie Manchesteru City nie zadowalają się więc najprostszymi odpowiedziami, np. taką, że każdej jesieni ów trener zwykł jeszcze szukać optymalnej formuły, eksperymentować, godząc się ze słabszymi wynikami, by dopiero wiosną stworzyć z niej mechanizm nie do pokonania (znamy ten schemat z kilku ostatnich sezonów, choć oczywiście w żadnym nie zdarzyła się równie czarna seria). Albo że wszystkiemu winne są kontuzje najważniejszych zawodników, z tą kluczową – Rodriego – na pierwszym planie. Że to one mogą stanowić wytłumaczenie wyraźnie pogarszających się w tym sezonie statystyk, za pomocą których mierzy się wysiłek piłkarzy: liczbę przebiegniętych kilometrów, wygrywanych pojedynków, szans, do jakich dopuszczają przeciwników, itp., itd. Że to one sprawiają, iż starzejący się zawodnicy – jak dający się prześcignąć zawodnikom rywali, tak szybki zawsze Kyle Walker – grają więcej niż powinni. Że młodzi – jak świetny zwykle pod obiema bramkami Joško Gvardiol – również nie mogą odsapnąć, kiedy przychodzi obniżka formy, bo zdrowych piłkarzy jest po prostu za mało.
Jak obronić króla: co Guardioli powiedział Garri Kasparow
To trzecia niepokojąca kwestia unosząca się nad tym tekstem: a co, jeśli Pep Guardiola nie wymyśli już piłki po raz kolejny? Jeśli jego ostatnie wypowiedzi, w których zaczął przypominać trofea, jakie dotąd zdobył (jakby historyczne zasługi mogły zamknąć usta dzisiejszym sceptykom…), świadczą raczej o tym, że futbolowy patriarcha uświadomił sobie, iż narodził się już ten, któremu przyjdzie go zdetronizować? Że zamiast kolejnej ucieczki do przodu może już tylko przeciągać, jak najdłużej się da, obronę wywalczonej z tak wielkim trudem pozycji? W niedawnym meczu z Brighton młody szkoleniowiec rywali Fabian Hurzeler pokonywał Guardiolę jego własną bronią: skutecznym pressingiem, szybkimi kombinacjami na małej przestrzeni. Głodnych sukcesu pretendentów jest więcej, m.in. Arne Slot, którego Liverpool po niedzielnej wygranej ma już nad Manchesterem City 11 punktów przewagi.
Kibic piłkarski obudzony w środku nocy przypomina sobie tamto 5:0 Barcelony z Realem. Albo 3:1 z Manchesterem United w 2011 roku. Wygraną Bayernu 1:3 z Manchesterem City w 2013. 5:1 z Borussią w 2015. 5:0 Manchesteru City z Liverpoolem w sezonie 2017/18 – i przebitą wówczas barierę stu punktów i stu goli w jednym sezonie ligowym. To wszystko było tak niedawno. Wielkie boje Manchesteru City z Realem w ostatnich sezonach Ligi Mistrzów, kiedy czasem lepsi okazywali się piłkarze Guardioli, czasem zaś prowadzącego Królewskich Carlo Ancelottiego, również wydarzyły się dopiero co. Dopiero co – w 2023 roku – Manchester City sięgnął po potrójną koronę: wygrał Ligę Mistrzów, a do tego mistrzostwo i Puchar Anglii.
Wiele imperiów jednak – przypominał o tym w kontekście Guardioli Jonathan Wilson na łamach „Guardiana” – rozpadało się błyskawicznie. I dlatego opis tamtej nowojorskiej kolacji z Kasparowem brzmi jak memento.
Był rok 2012. 41-letni wówczas Katalończyk pytał 49-letniego Rosjanina, czy byłby jeszcze w stanie pokonać zmierzającego wówczas jak burza po pierwsze mistrzostwo świata, 22-letniego Magnusa Carlsena. „Mam zdolności, żeby z nim wygrać, ale to niemożliwe” – odpowiedział Kasparow i długo wzbraniał się przed rozwinięciem tej myśli. W końcu zrobiła to za niego żona, tłumacząc, że gdyby gra trwała dwie godziny, to owszem – ale gdyby mecz się wydłużył, cierpienie związane z wysiłkiem umysłowym, który trzeba byłoby włożyć w analizę tylu wariantów i możliwości, okazałoby się zbyt wielkie.
Dziś Guardiola jest starszy niż wtedy Kasparow. Trenerem najlepszych drużyn Europy jest od 16 lat. Od nowojorskiego urlopu minęło lat 11. Strach pomyśleć, a jeszcze trudniej uwierzyć, że – jak to napisał Gabriel García Márquez w „Jesieni patriarchy” (przeł. Carlos Marrodán Casas) – „nieobliczalny czas wieczności”, jaki nam w tym czasie ofiarował, „dobiegł wreszcie końca”.
Tekst, pisany jeszcze przed meczem Liverpool-MC, został zaktualizowany po jego zakończeniu. Żadna z tez autora nie została zdezaktualizowana.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















