Bramkarze są jacyś inni. Wiadomo: najbardziej samotna postać na boisku. Najbardziej narażona na popełnienie błędu, wspominanego później nieskończenie częściej niż te wszystkie interwencje, którymi po tylekroć ratował skórę kolegom. „Są inni” – oznacza także siłę charakteru, osobowość, która uwyraźnia się czasem podczas bronienia rzutów karnych, paraliżując nogi strzelca.
Czasami bramkarz potrafi też robić głupstwa i dalibóg: Wojciechowi Szczęsnemu również się zdarzały, zwłaszcza w młodych latach, spędzonych pod okiem Arsene’a Wengera w Arsenalu. Z drugiej strony: żeby poradzić sobie w tamtej szatni, wśród dużo starszych od siebie wyjadaczy angielskiego i światowego futbolu, trzeba było naprawdę być kimś i odrobina młodzieńczego zuchwalstwa (żeby nie powiedzieć: bezczelności) z pewnością w tym nie przeszkadzała.
Dojrzewał jednak pięknie, a rodzina, o której mówił, tłumacząc decyzję o zakończeniu kariery – jak na bramkarza szokująco wczesną, jego poprzednik w Juventusie, Gianluigi Buffon odwieszał rękawice w Parmie jako 45-latek, Szczęsny ma dopiero 34 lata – miała w tym swój udział. Oprócz jego fenomenalnych interwencji, choćby tych na mundialu w Katarze, gdzie bronił karne w meczach z Arabią Saudyjską i Argentyną, była przecież wcześniejsza o kilka miesięcy inicjatywa zbojkotowania barażowego pojedynku z Rosją. „W momencie, kiedy Putin wjechał na Ukrainę, wypowiedział wojnę nie tylko Ukrainie, ale też wszystkim wartościom Europy – wolności, niepodległości i przede wszystkim pokojowi", pisał wtedy na Instagramie Szczęsny, którego żona urodziła się na Ukrainie. „Reprezentowanie swojego kraju to najwyższy zaszczyt w karierze piłkarza, ale to wciąż wybór – dodawał. – Odmawiam brania udziału w wydarzeniu sportowym, które legitymizuje działania rosyjskiego rządu. Wiem, że mój wpływ może być tylko symboliczny, ale wzywam FIFA i UEFA do podjęcia działań i pociągnięcia rosyjskiej federacji do odpowiedzialności”.
Tamta presja miała sens, Rosjan wykluczono z rozgrywek, a polski bramkarz pojechał na turniej do Kataru, a później jeszcze na Euro do Niemiec. W sumie w reprezentacji zagrał 84 razy, uczestnicząc w dwóch mundialach i czterech mistrzostwach Europy. Z Arsenalem sięgnął po dwa Puchary Anglii, z Juventusem po trzy mistrzostwa i trzy Puchary Włoch. „Dałem tej grze 18 lat mojego życia, codziennie, bez wymówek. Dzisiaj, choć moje ciało wciąż czuje się gotowe na wyzwania, to mojego serca już tu nie ma” – tłumaczy powody przejścia na piłkarską emeryturę. I dodaje słowa, które – gdy zna się historię jego dzieciństwa – mają swoją moc. „Czuję, że teraz nadszedł czas, aby poświęcić całą moją uwagę mojej rodzinie – mojej wspaniałej żonie Marinie i dwójce naszych pięknych dzieci: Liamowi i Noelii”.
Jako się rzekło: Wojciech Szczęsny mógłby grać w piłkę jeszcze przez długie lata. Mógłby jeszcze podpisać lukratywny kontrakt z jakimś klubem w Arabii Saudyjskiej czy Stanach Zjednoczonych. Nawet zostawiając na boku kwestie finansowe, mógłby co tydzień przeżywać na nowo te nieporównywalne z niczym skoki adrenaliny, związane z grą na wypełnionym po brzegi stadionie, na oczach widowni, która czasem kocha, często nienawidzi, ale nigdy nie jest obojętna. „Wam – kibicom – jestem winien szczególne podziękowania za to, że byliście ze mną w tej podróży – napisał na pożegnanie właśnie o tym aspekcie uprawiania sportu. – Za wsparcie i krytykę, za miłość i nienawiść, za to, że jesteście najpiękniejszą i najbardziej romantyczną częścią piłki nożnej. Bez was nic z tego nie miałoby sensu!”. Jako człowiek związany emocjonalnie z klubem, którego fanom tylekroć zalazł za skórę, mogę jedynie przyznać mu rację.
Ale jest w jego decyzji coś jeszcze ważniejszego. O cenie, jaką zawodowy sportowiec płaci za swoje sukcesy – a może zwłaszcza o cenie, jaką płacą za to jego najbliżsi – mówi się zbyt rzadko, a decyzja Wojciecha Szczęsnego wybija te kwestie na pierwszy plan. Kiedy więc pisze, że „koniec podróży to czas na refleksję i wdzięczność”, w pierwszym rzędzie chciałbym podziękować właśnie za to. Oto jeszcze jeden z tych, którzy falsyfikują tyleż słynną, co bałamutną frazę trenera Liverpoolu Billa Shankly’ego: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem mocno rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego”. Otóż wcale nie.
„Każda historia ma swój koniec, ale w życiu każdy koniec jest nowym początkiem. Co przyniesie mi ta nowa ścieżka, pokaże tylko czas. Ale jeśli ostatnie 18 lat czegoś mnie nauczyło, to tego, że nic nie jest niemożliwe i uwierzcie mi, będę marzył o WIELKICH rzeczach” – mam poczucie, że nie jest to ostatnia lekcja, jaką daje nam dojrzały Wojciech Szczęsny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















