Kiedy zniknął nam papież? Kiedy zniknął Karol Wojtyła, Jan Paweł II – żywy człowiek, a w jego miejsce pojawiły się rozmaite konstrukty, apologetyczne i krytyczne? Kiedy ktoś, kto był ciekawą, złożoną osobowością, zatracił rysy indywidualne, stał się papieżem-symbolem, przez jednych czczonym, przez innych kwestionowanym? I czy to proces nieuchronny, wynikający z upływu czasu, czy też rezultat rozmaitych operacji dokonywanych na jego wizerunku jeszcze za życia, a potem także po śmierci, której 20. rocznicę właśnie wspominamy?
Jan Paweł II w nadmiarze: żaden papież nie został tak wszechstronnie opisany
Zacznijmy od zastrzeżenia: czy rzeczywiście zniknął? Żaden z wcześniejszych papieży nie został tak wielostronnie opisany, życie żadnego nie zostało tak gruntownie przebadane i wystawione na widok publiczny. Bibliografia dotycząca papieża-Polaka jest przytłaczająca, obejmuje właściwie wszystkie aspekty jego życia – od najwcześniejszego dzieciństwa, przez lata wojenne, posługę młodego księdza, a potem biskupa w Krakowie, aż po długi i pełen zwrotów pontyfikat.
Dostępne są wspomnienia jego współpracownic i współpracowników, osób, z którymi się przyjaźnił i korespondował. Powstało mnóstwo książek, filmów i programów, których autorzy ogłaszali, że udało im się zajrzeć „za kulisy” czy to watykańskiej polityki, czy codziennego funkcjonowania Stolicy Piotrowej. Ktoś, kto chciałby Jana Pawła II zrozumieć, ma do dyspozycji zarówno obszerne, całościowe opracowania – pisane zresztą z różnych perspektyw – ale też tysiące prac o charakterze przyczynkowym, skoncentrowanych na jednym wątku.
Zniknął zatem? A może jest go w nadmiarze? Może po prostu nie da się tego wszystkiego ogarnąć – i stąd konieczne uproszczenia, sprowadzanie papieża Wojtyły do jednego czy drugiego wymiaru?
Pomniki polskiego papieża: stawiać czy burzyć?
Są tacy, którzy nie powiedzą o nim inaczej niż „święty Jan Paweł II Wielki” i chętnie posługiwać się będą takimi określeniami jak „heros”, „gigant”, „olbrzym”, „największy z Polaków”, a nawet – choć to rzadziej – „największy z papieży”. Są inni, którzy gdy tylko o nim mowa, od razu muszą dodać „obrońca pedofili” albo „ten, który zgotował piekło kobietom”.
Istnieją konstrukty, w których Jan Paweł II jest przede wszystkim „konserwatystą”, „tradycjonalistą”, „człowiekiem, który wstrzymał Sobór”, rządzącym Kościołem żelazną i bezlitosną ręką. Ale są i takie, wedle których był jednym z „papieży zdrady”, „liberałem”, który wystąpił przeciwko tradycji, kontynuując reformy soborowe, a przede wszystkim idąc za daleko w międzyreligijnym dialogu.
Dla jednych pozostanie przede wszystkim „papieżem, który obalił komunizm”, dla innych – kimś, kto wzmocnił pozycję dyktatorów w różnych częściach świata. Są tacy, którzy jego pomniki mijają z czcią i spontanicznie kładą pod nimi znicze w kolejną rocznicę śmierci, i tacy, którzy te same pomniki umieszczają w memach, opatrując ich zdjęcia ironicznym komentarzem.
Co wygumkowaliśmy z nauczania Jana Pawła II
Powstawanie tego rodzaju konstruktów jest zjawiskiem naturalnym. Wokół osób publicznych o tak szerokim i wieloaspektowym oddziaływaniu gromadzą się emocje i idee, które z samą osobą i jej przekonaniami mogą mieć ścisły, ale mogą mieć też bardzo luźny związek.
U podstaw konstruktów, które zastąpić mają – powtórzę – osobowość tak złożoną, tkwią rozmaite przedzałożenia, dotyczące etyki, polityki czy religii. Jeżeli papież-Polak „nie spełnia oczekiwań” – to znaczy w jakimś aspekcie nie pasuje do owych założeń – trzeba go jakoś do nich dopasować.
W niektórych konstruktach tworzonych na prawicy „wygumkowano” np. wszystko, co papież-Polak mówił na temat antysemityzmu, praw człowieka, wolności religijnej czy przyjmowania uchodźców, chętnie natomiast eksponowano cytaty krytyczne wobec obyczajowego liberalizmu czy „cywilizacji śmierci”.
Z rozpowszechnionego w swoim czasie – i ożywianego przy różnych okazjach – konstruktu papieża „ciepłego”, „kremówkowego” usunięto z kolei wszystkie elementy, które mogłyby „ranić uszy” ewentualnych słuchaczy, jak krytyka konsumpcjonizmu czy narodowych egoizmów (ta ostatnia dziś zwłaszcza mogłaby zabrzmieć bardzo aktualnie).
Papież dialogu, który nie reagował na przestępstwa seksualne
A przecież dobrze wiemy, że „wygumkowywanie”, przemilczanie czy zamazywanie to w czasach rewolucji informacyjnej strategie nieskuteczne. Dzisiejsi nastolatkowie – jeśli w ogóle będzie ich to interesowało – mogą się zdziwić, czytając, że Jan Paweł II z jednej strony był człowiekiem osobiście otwartym, wsłuchującym się z uwagą w problemy, które mu przedstawiano, a z drugiej nie interweniował skutecznie w sprawach, które jego interwencji wymagały. Trudno też będzie im pogodzić obraz papieża dialogu z informacjami, że w czasie jego pontyfikatu dialog – zwłaszcza wewnątrz Kościoła – przechodził poważny kryzys.
Z rozmów, jakie od czasu do czasu miewam z młodzieżą, wynika, że sprawa przestępstw seksualnych popełnianych przez duchownych i parasoli ochronnych, jakie rozpinali nad nimi przełożeni, bardzo mocno podważyła jej zaufanie do całej struktury. Ale i do osoby. Papież nie wiedział? Dlaczego nie reagował? Dlaczego na pierwszym miejscu było dobro księży, a nie skrzywdzonych dzieci?
Te pytania powtarzają się i kiedy stawiają je młodzi, którzy nadal identyfikują się z Kościołem, czuć w nich niepokój, który dotyka sfery najbardziej intymnej. Papież-Polak przedstawiany był im jako „mistrz wiary”, przewodnik, inspiracja. Jak to możliwe, że głęboka wiara i dojrzała duchowość – w którą nie wątpią – nie podpowiedziała mu w tym przypadku, co należy zrobić?
Rzetelna krytyka i obrona papieża-Polaka
Żeby nie zamazać różnic: konstrukty, o których piszę, nie są tym samym, co rzetelna krytyka i rzetelna apologetyka papieża. Istotą krytyki – tak jak apologetyki – jest stawianie papieżowi pytań, także tych uważanych za niewygodne, i szukanie odpowiedzi w jego wystąpieniach, w dokumentach, które podpisał, w gestach i działaniach, które podejmował i od których się powstrzymał.
Rzetelna krytyka i rzetelna apologetyka chcą dotrzeć do papieża rzeczywistego. Nie wyrywają jego słów czy zachowań z kontekstu – tak historycznego czy instytucjonalnego, jak indywidualnego – lecz starają się uchwycić i opisać związek idei z osobą.
Konstruktom wystarczą intuicje, wspomniane przedzałożenia, wreszcie potrzeby, na jakie dany konstrukt ma odpowiedzieć. Osoba – zwłaszcza w jej złożoności, wewnętrznym skomplikowaniu, także ograniczoności – nie jest im do niczego potrzebna.
Karol Wojtyła i Żydzi
Konstruktom umyka przede wszystkim fakt, że dla oceny osoby ważne jest, czy przekracza ona horyzont, który w jej czasie i w środowiskach, w których funkcjonowała, był horyzontem powszechnym.
Karol Wojtyła, a potem Jan Paweł II niewątpliwie w wielu miejscach ten horyzont przekraczał. Można się koncentrować na tych, w których nie mógł, nie umiał lub nie chciał tego zrobić – to obszar podlegający krytyce i ona musi zostać przeprowadzona. Ale równie ważne są miejsca, w których do przekroczenia doszło, a tych było naprawdę wiele.
Choćby we wspomnianej sprawie stosunku do Żydów. Tu akurat Wojtyła do przekroczenia dotychczasowych uprzedzeń przygotowywał się od wczesnej młodości. Miał w otoczeniu żydowskich kolegów i koleżanki, jako nastolatek uczestniczył w nabożeństwie odprawianym w wadowickiej synagodze, na które zaproszono również nie-Żydów. Wiemy ze wspomnień tych, którzy z nim studiowali, o jego niechęci wobec antysemickich wystąpień Młodzieży Wszechpolskiej. To wszystko przygotowywało grunt pod słynną wizytę w rzymskiej synagodze w 1986 r., kiedy to padły historyczne słowa: „Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i – można powiedzieć – naszymi starszymi braćmi”.
Jak śmiałe było to przekroczenie, niech świadczy fakt, że nadal po tylu latach w niektórych polskich księgarniach, chętnie eksponujących książki o Janie Pawle II, obok stawiane są publikacje otwarcie kwestionujące to papieskie sformułowanie.
Przepraszam: ciąg gestów Jana Pawła II
Często przywoływany przykład wielokrotnego papieskiego „przepraszam” jest równie wymowny. To, że nie objęło ono wszystkich ofiar Kościoła, które objąć powinno, to prawda. Dodajmy jednak, że także i ten gest – a raczej ciąg gestów Jana Pawła II – natrafiał i natrafia na opór wśród katolików. I nie ma się co dziwić, papież ustanowił bowiem w ten sposób zupełnie nową sytuację: ciemne karty z przeszłości Kościoła, także tej niedawnej, przestały być sprawą historyków, a stały się na powrót sprawą całej wspólnoty. Historycy muszą prowadzić badania, a wspólnota musi się nieustannie oczyszczać ze złogów, jakie przeszłość pozostawiła, i przewidywać podobne zagrożenia. „Nigdy więcej”, powtarzał kilkakrotnie papież podczas słynnej liturgii pokutnej w marcu 2000 r.
„Gdy wierni, z których tak wielu nie nadąża do dziś za profetycznym orędziem Papieża, oswoją się z Kościołem przepraszającym, następcy Jana Pawła II będą mieli do czego nawiązać”, pisał o tym wydarzeniu ks. Jan Kracik. „Wyliczą oni zapewne te obszary kościelnych zaniechań i wykroczeń, do uznania których współczesny Kościół w swej większości jeszcze nie dojrzał, chociaż jakaś część wiernych – jak świadczą głosy teologów i mediów – chciałaby je widzieć w kościelnym rachunku sumienia już dzisiaj. Ponadto wrażliwość następnych pokoleń będzie się różnić od dzisiejszej, jak ta od wrażliwości pradziadów. Kolejne generacje dostrzegą zapewne wyraźniej te obszary, dawnego czy obecnego, kościelnego niesprostania wezwaniu Ewangelii i wyzwaniom czasu – pamiętać należy i o grzechach zaniedbania – jakie dziś zauważamy jeszcze dość mgliście”.
Spotkanie w Asyżu
Wielkim przekroczeniem był też Asyż – wspólna modlitwa o pokój z przedstawicielami różnych religii w październiku 1986 r. Pamiętajmy, że część środowisk kościelnych do dziś nazywa to wydarzenie „największą obrazą Boga”, do jakiej doszło w czasie pontyfikatu tego papieża. Spotkanie w Asyżu nie doczekało się należytej kontynuacji, a przecież było próbą zbudowania wspólnoty, jakiej historia ludzkości nie znała.
Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że religia nie może służyć usprawiedliwianiu przemocy, przeciwnie – jest ona „wrogiem podziałów i dyskryminacji, nienawiści i rywalizacji” (przemówienie w Jerozolimie w 2000 r.). Wydobywać z religii to, co może nas zjednoczyć, a nie to, co dzieli, i w ten sposób zapobiegać eskalacji wrogości i rozlewowi krwi – tak papież z Polski postrzegał rolę, jaką miał odegrać Asyż.
Niektórzy twierdzą, że było to tylko naiwne marzenie, inni – że promieniowanie Asyżu, na przekór wszystkiemu, trwa. Od lat noszę przy sobie fragment przemówienia Jana Pawła II na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1995 r.: „Kto zamyka się na odmienność, albo co gorsza, próbuje tę odmienność zniszczyć, odbiera sobie możliwość zgłębienia tajemnicy ludzkiego życia. Odmienność uważana przez niektórych za tak wielkie zagrożenie, może się stać, dzięki dialogowi opartemu na wzajemnym szacunku, źródłem głębszego zrozumienia tajemnicy ludzkiego życia”. I drugi, z przemówienia wygłoszonego cztery lata później: „Wyrazem katolickości jest nie tylko braterska wspólnota ochrzczonych, ale także gościnność okazana cudzoziemcowi, niezależnie od wyznawanej przez niego religii”.
Santo zbyt subito
Powtórzę pytanie, od którego wyszedłem: kiedy papież Wojtyła zaczął nam znikać? Jak to się stało, że konstrukty przesłoniły osobę – to, co było w niej wielkie, to, co było skomplikowane, i to, co było niedoskonałe?
Często jako moment decydujący wskazuje się rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Dość powszechne jest przekonanie – nawet wśród tych, którzy byli i są zwolennikami wyniesienia Jana Pawła II na ołtarze – że proces ten przeprowadzono zbyt szybko i bez należytej pieczołowitości. Ja jednak sądzę, że papież zaczął znikać wcześniej. Już za jego życia bowiem zaczęto budować wizerunek, który z realną osobą miał tylko trochę wspólnego. Dokonywała się „monumentalizacja” papieża – i to w bardzo różnych wymiarach. Na zasadzie przekory nasilał się też ruch „odbrązawiania” Jana Pawła II, który przybrał na sile po jego odejściu.
Przypominam sobie rozmaite zdarzenia. Ot, choćby pielgrzymkę z 2002 r. i mszę w Łagiewnikach. Ks. Adam Boniecki napisał wtedy w „Tygodniku”, że papież był wyraźnie słaby. Cała Polska to widziała, z napięciem oglądaliśmy w telewizorze przedłużającą się liturgię w dusznej świątyni, bojąc się, czy główny celebrans zdoła dotrwać do jej końca. Najbliższe otoczenie papieża było jednak niezadowolone, że Boniecki napisał o tym wprost. Można domyślać się, dlaczego: papież miał być „herosem”, do końca silnym i przytomnym. On sam zresztą kilka lat później podważył ten wizerunek – i okazało się, że właśnie świadectwo słabości było potrzebne światu, nie tylko zresztą chrześcijańskiemu.
Jak cenzurowano papieża
Albo inne zdarzenie: pamiętne wystąpienie w Wadowicach, kiedy papież odłożył kartki z przygotowanym tekstem i zaczął wspominać. Brałem wtedy udział w pracach nad edycją jego przemówień. Kiedy przyszły oficjalne watykańskie wersje, przecieraliśmy oczy ze zdumienia: część kwestii wypowiedzianych przez papieża zniknęła.
Choćby słynne: „Antygona – Halina, Ismena – Kazia, mój Boże!”. Papież wspominał koleżanki z teatru, z którymi wystąpił w inscenizacji Sofoklesa. W oficjalnej wersji zostawiono informację, że sam grał Hajmona, ale Antygona i Ismena zostały usunięte. Bo były kobietami, a znajomość z kobietami rzucałaby na papieża jakiś cień? Bo jego westchnienie można by uznać za dwuznaczne?
Oczywiście redagując tekst, dodaliśmy, co trzeba, w kwadratowych nawiasach.
To stosunkowo niewinne przykłady, ale dość charakterystyczne. Obraz papieża stał się obiektem rozmaitych „zabiegów upiększających” – a tak naprawdę deformujących – jeszcze gdy sam papież był aktywny.
Opisywałem niegdyś na tych łamach losy rozmów, jakie nagrali z Janem Pawłem II w 1991 r. ks. Józef Tischner i Krzysztof Michalski. Ich zapis utknął na lata w Watykanie, wielokrotnie przeredagowywany, okaleczany z najbardziej barwnych sformułowań papieża, w końcu rozpruty i zszyty na nowo tak, że z pierwotnej wersji nie zostało prawie nic.
Śmiem twierdzić, że gdyby oparta na tamtych rozmowach książka ukazała się drukiem od razu, byłaby wydarzeniem większym niż wszystkie późniejsze papieskie publikacje. Wojtyła bowiem rozmawiał z Tischnerem i Michalskim językiem naturalnym, nie usztywnionym. „Ja się boję”, mówił na przykład, „że ponieważ dzisiaj wróciliśmy do Polski w granicach piastowskich, to znaczy Polski Polaków, że ten pluralistyczny rys naszej mentalności, cywilizacji, ten jagielloński – że to się będzie powoli wypalać. To znaczy Polacy się zacieśnią”. W książce „Pamięć i tożsamość” ten fragment – powiedzmy wprost: to ważne ostrzeżenie! – zostało złagodzone: „Wydaje się jednak, że ten »jagielloński« wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety w naszych czasach czymś oczywistym”. Takich „operacji” na pierwotnym tekście było więcej; w rezultacie „Pamięć i tożsamość” czyta się jako książkę trochę bezosobową.
Czym Karol Wojtyła poruszył świat
To oczywiste, że „urząd” czuwał nad wizerunkiem swego najważniejszego przedstawiciela. Jednak to „czuwanie” często szło za daleko, utrudniając w istocie poznanie i zrozumienie papieża. Dziś, kiedy więcej wiemy o tym, jak różne informacje docierały lub nie docierały do jego uszu, nawet tym „niewinnym” zabiegom przyglądamy się bardziej podejrzliwie. 20 lat po jego śmierci musimy się konfrontować z faktami, o których nie mieliśmy pojęcia. Wielu z powodu tego, czego się dowiedzieli, odeszło, wielu patrzy dziś na instytucję Kościoła inaczej. Na wiele pytań nie mamy odpowiedzi. W dodatku różne konstrukty, które narodziły się w międzyczasie, nakładają się na siebie, sprawiając, że obraz papieża takiego, jaki był, zdaje się zamazywać.
Czy zatem da się opowiedzieć prawdziwego człowieka kolejnym pokoleniom? Gdzieś się zapodział młody ksiądz Wojtyła w wyświeconej sutannie, który klerykom krakowskiego seminarium mówił: „Gdzie jest ubóstwo, tam jest wolność”. A Jan Paweł II, który na Zaspie w Gdańsku przypominał, że społeczeństwo trzeba budować na solidarności, współdziałaniu, a nie na przeciwstawianiu jednych drugim? Ten „niewygodny” papież też jakoś nie pasuje do czasów, w których słowem-zaklęciem stała się „polaryzacja”. A odchodzenie papieża? Ewangelia ostatnich tygodni, Ewangelia słabości? Przecież to ona sprawiła, że raz jeszcze stanął przed nami nie żaden ideał, tylko żywy człowiek. Jeśli mistrz, to mistrz cierpienia.
Wspomniany Krzysztof Michalski użył kiedyś bardzo prostego i jednocześnie bardzo trafnego określenia na opisanie tego pontyfikatu: ten papież poruszył świat. Poruszył go na wiele sposobów – a w tamtym czasie poruszył go najmocniej swoją słabością, niemożnością, krzyżem. My, którzyśmy na to patrzyli, nigdy tego nie zapomnimy. Ale czy potrafimy o tym przekonująco opowiedzieć? Nie wiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















