Jak rozumieć słynne zdanie z modlitwy „Ojcze nasz”, że Bóg nas wodzi na pokuszenie

Jak rozumieć to, że Bóg poddaje człowieka próbom? W jakim celu i czy to ma sens? Czy greckie słowo modlitwy „Ojcze nasz” można jednoznacznie tłumaczyć jako „próbę”?
Czyta się kilka minut
Carravagio, Ofiarowanie Izaaka, 1600 r. // domena publiczna
Carravagio, Ofiarowanie Izaaka, 1600 r. // domena publiczna

Od czasu do czasu na katolickich portalach wraca temat tłumaczenia na język polski modlitwy „Ojcze nasz”. Już powszechnie wiadomo, że tłumaczenie „nie wódź nas na pokuszenie” nie jest jedynym możliwym i można je tłumaczyć również jako „nie wprowadzaj nas w próbę”. Bóg zatem nie kusi w tym sensie, w jakim się to rozumie w języku polskim, czyli bycia kuszonym do czynienia zła. 

Czy jednak zmiana tłumaczenia rozwiązuje wszystkie dylematy teologiczne z tym związane? Czy mniej niepokojące są słowa o „wprowadzaniu w próbę”? Jak rozumieć to, że Bóg poddaje człowieka próbom? W jakim celu? Czy stojące za tym greckie słowo rzeczywiście można jednoznacznie tłumaczyć jako „próbę” i odłożyć na bok nasuwające się przy tym kolejne pytania o Boga?

Jaki Bóg ma wpływ na to, co nam się przytrafia? 

Słowo greckie, które wywołuje zamieszanie, to peirasmos. Jest ono niejednoznaczne i może być rozumiane jako pokusa lub próba. Innym greckim słowem używanym w kontekście próby jest przymiotnik dokimos, oznaczający kogoś wypróbowanego, przetestowanego, sprawdzonego. Pokusa i próba pozornie wydają się znaczyć to samo. Pokusa jest wyraźnie naznaczona negatywnie, przyciąga człowieka do popełnienia zła czy przekroczenia ustalonych norm moralnych. Próba natomiast z biblijnej perspektywy ma na celu uwypuklenie ludzkiej wiary, nadziei i miłości.

Choć słowniki właśnie tak próbują rozgraniczyć te dwa słowa, nadając jednemu bardziej pozytywne znaczenie (wypróbowanie ludzkich cnót), a drugiemu negatywne (uleganie pokusie ku złemu), to z tekstów biblijnych nie możemy wyznaczyć tak jasnej granicy znaczeniowej. 

Słowo peirasmos godzi te dwie różne rzeczywistości – być może należałoby je tłumaczyć inaczej i mówić po prostu o „trudnych doświadczeniach życiowych” jako takich, bez względu na to, czy wydobywają one z człowieka zło czy dobro. Tym bardziej że takiego abstrakcyjnego słowa jak „doświadczenie”, jako zespół przeżyć, w języku greckim nie znajdziemy. Niektóre słowniki próbują iść w tym kierunku, wskazując, że peirasmos może być lekcją, jaką człowiek wyciąga z konkretnych życiowych doświadczeń.

Skoro peirasmos w biblijnych narracjach jest niejednoznaczne, to również niejednoznaczna wydaje się rola Boga w kontekście trudnych życiowych doświadczeń, takich jak choroba, wojna czy śmierć. Jaki wpływ ma Bóg na to, co się człowiekowi wydarza złego? Czy rzuca On człowiekowi kłody pod nogi? Jeśli tak, to w jakim celu, skoro człowiek o te kłody może się potknąć, a nawet zabić?

Jaki jest sens poddawania ludzi próbom?

Dylemat z tym związany jest tak stary jak chrześcijaństwo. Starożytnym świadectwem tego jest rozstrzygnięcie dotyczące rozumienia dwuznacznego peirasmos, jakie daje List Jakuba: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi” (Jk 1, 13). Mimo tak wyraźnej odpowiedzi, kolejne pokolenia kontynuują stawianie pytań o rolę Boga w obliczu trudnych życiowych doświadczeń. Ufając słowom apostoła Jakuba, że Bóg nie może kusić do zła, czyli że nie ma złych intencji wobec człowieka, skupmy się na tym drugim znaczeniu słowa peirasmos, tj. na poddawaniu próbie.

Teologia wystawiania ludzi na próbę przez Boga ma swoją długą historię w tradycji żydowskiej, a później chrześcijańskiej. Został jej poddany Abraham czy Hiob, a także sam Jezus. W chrześcijaństwie takim próbom poddawani byli też święci. Jaki był ich sens?

Tradycyjnie mówi się o oczyszczaniu i ugruntowaniu wiary sprawdzanych osób. Patrząc szerzej na biblijne narracje, próby te były potrzebne nie tyle Bogu, ile ludziom, którzy, aby podążać drogą wiary sprawiedliwych i świętych, musieli mieć dowód na to, że ich wiara jest warta naśladowania – że jest wiary godna. 

Nie wystarczyło ogłosić Abrahama ojcem narodów, należało jeszcze pokazać, że jego wiara jest niezachwiana. Podobnie, nie wystarczyło powiedzieć, że Jezus jest Mesjaszem – potrzebny był swego rodzaju test, aby Jego naśladowczynie i naśladowcy, mogli uznać w Nim Syna Bożego i z ufnością za Nim pójść. Być może takie próby były również ważne dla samych próbowanych, ponieważ mogły weryfikować wyobrażenia o sobie oraz poszerzać rozumienie swojej własnej wiary. 

Próba Abrahama: jaki był jej cel

Przyglądając się konkretnym narracjom biblijnym, zrozumienie owych prób nie zawsze jest proste, nierzadko wręcz jeszcze bardziej komplikuje obraz Boga. Przykładem jest próba, z jaką miał się zmierzyć Abraham. Tradycja żydowska, a za nią chrześcijańska, jednoznacznie czyta ten tekst jako próbę, której Bóg miał poddać Abrahama, sprawdzając, czy jest gotowy poświęcić dla Boga wszystko, nawet syna, na którego tyle lat czekał, ufając Bożej obietnicy. Bóg ostatecznie ocalił chłopca ręką anioła.

Tylko że w tekście hebrajskim nie wiadomo, czego chciał Bóg od Abrahama. Prośbę, jaką słyszy Abraham, można rozumieć dwojako: czy Bóg chciał, aby Abraham złożył Izaaka w ofierze, czy raczej tego, aby nauczył Izaaka składać ofiarę? Skoro Bóg ocalił Izaaka, czy nie znaczyłoby to, że Abraham źle zrozumiał prośbę Boga? Czy w takim razie przeszedł próbę pomyślnie?

Na kartach biblijnych po tym wydarzeniu nie ma już żadnego zapisanego dialogu między nim a jego ojcem Abrahamem, jako jedyny z patriarchów Izraela nie będzie też potrafił sobie sam znaleźć żony, a ta, która nią zostanie, pod koniec życia oszuka go wraz ze swoim młodszym synem, wykradając od niego błogosławieństwo zarezerwowane tradycyjnie dla starszego brata. Czy tragiczny los Izaaka nie jest konsekwencją traumy, jakiej doświadczył leżąc związany na drewnie w oczekiwaniu na ruch ojcowskiej ręki trzymającej nóż, aby go zabić? Czy taki miał być jeden z owoców owej próby? Czy tego chciał Bóg? Pytania można mnożyć.

Krzyż Jezusa jako ostateczna próba

Równie trudną do zrozumienia jest próba, jakiej doświadczył Jezus. W przeciwieństwie do Izaaka, który omal nie zginął z ręki ojca, Jezus był dorosłym człowiekiem, podejmującym niezależne decyzje, za które mógł wziąć pełną odpowiedzialność. Próby, jakiej został poddany, nie szukałbym w samej Jego męce, ale w tym, co wydarzyło się przed nią, szczególnie chwilę przed Jego pojmaniem, kiedy przebywał wraz z uczniami w Getsemani.

Zapis tego wydarzenia jest kluczowy, ponieważ to wtedy Jezus podejmuje ostateczną decyzję o pozostaniu w Jerozolimie, mimo pełnej świadomości, że chwilę później miał być pojmany. Pojmanie, męka i ukrzyżowanie wydają się już tylko konsekwencją tej decyzji.

Jeśli Jezus jest Synem Bożym, jak podaje Pismo i chrześcijańskie wyznania wiary, to kto w tej historii jest faktycznie poddawany próbie: człowiek czy Bóg? Kiedy Syn Boży na krzyżu wypowiada „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”, to czy Bóg nie stanął wtedy przed dylematem, aby jednak zmienić zdanie o ludziach i ostatecznie zerwać z nimi wszystkie zawarte do tej pory przymierza? Gdyby tak się stało, byłby Bogiem, który zmienia zdanie.

Jezus w modlitwie „Ojcze nasz” mógł definitywnie zerwać z teologią „próby”, ponieważ ostatecznie jedynym, który miał być wypróbowany, był On sam, a że był Synem Bożym – jedno z Ojcem, to w konsekwencji w osobie Jezusa próbie został poddany również Bóg. W takim razie próba krzyża okazałaby się nie tyle próbą dla ludzi, ile dla samego Boga. Po niej jeszcze bardziej uwidoczniło się, kim jesteśmy – umiłowanymi dziećmi Boga, i nic tego nie jest w stanie już zmienić. 

Przymierze na krzyżu wydaje się ostatecznym rozstrzygnięciem dylematu, czy Bóg aby na pewno nie zostawi człowieka i nie zerwie z nim przymierzy – również tych zawartych z Noem czy z ludem Izraela na Synaju. Bóg przeprowadził na naszych oczach test na sobie, aby nam udowodnić, że jest Bogiem, który nie zmienia swojego zdania.

Nie ma już zatem nic niepokojącego dla człowieka w słowie peirasmos z perspektywy próby i pokusy, jaką przeszedł Bóg w Jezusie, bo nie potrzeba już żadnej innej próby. Te, z którymi się ciągle zmagamy, nie pochodzą od Boga, tylko z życia. Są to trudne i zagmatwane decyzje, które przychodzi człowiekowi podejmować w obliczu cierpienia i zła, ale już bez duchowego obciążenia, że stoi za nimi Bóg.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czy Bóg nas wodzi na pokuszenie?