Na czym polega modlitwa głębi i jak się jej nauczyć

O. Wojciech Drążek:
Przeszkodą w modlitwie głębi jest to, co nam wpojono na temat Boga. Musimy zostawić wszystkie myśli o Nim i pobożne praktyki. Otworzyć się na ciszę, która jest „ojczystym językiem Boga”.
Czyta się kilka minut
Spotkanie medytacyjne prowadzone przez Wojciecha Drążka. Tyniec, 8 lutego 2025 r. // Fot. Marek Bednarz
Spotkanie medytacyjne prowadzone przez Wojciecha Drążka. Tyniec, 8 lutego 2025 r. // Fot. Marek Bednarz

Marcin Wójcik: Gdy Cię poznałem, na dzień dobry powiedziałeś: „Cześć, jestem Wojtek”. Nie miałeś koloratki, szybko skróciłeś dystans.

O. Wojciech Drążek CMM: Widziałem wielokrotnie, jak wchodzenie w rolę, chociażby księdza, burzy komunikację. Uważam, że im prościej w kontaktach, tym lepiej. Nie jestem przewodnikiem, który zawsze ma rację. Jestem towarzyszem w drodze, chociaż słowo „towarzysz” w Polsce może być różnie odbierane (śmiech). Staram się towarzyszyć ludziom w rozwoju duchowym.

Przejście na „ty” nie gwarantuje, że ludzie skrócą dystans, nie postawią Cię na piedestale. Przed ich projekcją się nie uchronisz.

Nie robię tego, by skracać dystans. Tylko po to, by komunikacja była jak najbardziej płynna. Bywają sytuacje, że kogoś gorszy brak koloratki albo że nie mówię „językiem duchownych”, albo że „nie zachowuję się jak ksiądz”. Jeśli ktoś ma skłonność do własnych projekcji, prędzej czy później będzie musiał się z tym zderzyć.

Należysz do Zgromadzenia Misjonarzy z Marianhill. Brzmi egzotycznie.

Marianhill to rozwinięcie nazwy Mary Anne Hill (Wzgórze Marii Anny), gdzie trapiści wybudowali wielki klasztor, by stworzyć zaplecze duchowe dla Afryki. Jego założyciel zapakował na statek wszystko, co miał, zebrał ludzi i popłynęli do Durbanu. Przeszli jakieś dwadzieścia kilometrów, bo dalej się nie dało, i podjął decyzję, że tam będzie ich klasztor. Mieszkający w nim zakonnicy nie przestrzegali jednak trapistowskiej reguły, więc Pius X powołał nowe zgromadzenie pod nazwą misjonarze z Marianhill, bo mieli zajmować się przede wszystkim pracą misyjną. Nawiązali też kontakty z Polską. Ja byłem wyświęcony w diecezji, ale ten styl pracy mi nie odpowiadał, więc gdy pojawiła się możliwość dołączenia do nich, chętnie z niej skorzystałem. Jesteśmy bardzo małym zgromadzeniem, liczącym może z czterysta osób w całym świecie, głównie w Afryce.

Pracowałeś w Niemczech, Włoszech, USA, Nowej Gwinei…

Moją główną placówką misyjną była Papua-Nowa Gwinea. Przez osiem lat z fascynacją przyglądałem się duchowej różnorodności i bogactwu tych ludzi. I byłem w konflikcie wewnętrznym. Widziałem, że coś jest grubo nie tak – ja, nie znając dogłębnie tego, co ich inspiruje, próbuję narzucić im coś z zewnątrz. Owszem, to, co próbuję przekazać, jest dla mnie bardzo ważne i wartościowe, tylko czy mam prawo to robić? Doszedłem do wniosku, że nie. To był dla mnie moment dużego kryzysu. Doszedłem do wniosku, że Ewangelia jest doświadczeniem uniwersalnym, choć wyrosła w konkretnym kontekście kulturowym. Żeby ją głosić, trzeba zrozumieć i kontekst, i przesłanie. I umieć je oddzielić.

Po tym doświadczeniu, gdy w kryzysie duchowym wyjeżdżałem z Papui, trafiłem na franciszkanina Richarda Rohra, od niedawna bardzo popularnego także w Polsce. On pokazał mi na nowo piękno słowa Bożego, ale też piękno spotkania z innymi kulturami i religiami. Potwierdził te wszystkie intuicje, które od zawsze głęboko odczuwałem w moim sercu – że Bóg jest ojcem wszystkich i każdego, że Jego nieskończona, niczym nieuwarunkowana miłość to fundament, od którego trzeba zacząć.

Rohr pomógł mi też odnaleźć nauki o. Thomasa Keatinga, trapisty, jednego z twórców Ruchu Odnowy Kontemplacyjnej (Contemplative Outreach), które dały mi nowe spojrzenie na rzeczywistość, na Boga, na chrześcijaństwo, ale też konkretną praktykę, która do nich prowadzi.

Jak to się stało, że wróciłeś do Polski?

Wróciłem na prośbę przełożonych. Od 1996 r. mieliśmy wspólnotę misjonarzy z Marianhill w Czeladzi, w diecezji sosnowieckiej. Miałem spróbować ją reaktywować, ale to się nie udało. Zacząłem podróżować po kraju. W Kielcach współpracowałem z pallotynami, w innych miejscach z benedyktynami. W którymś momencie zgromadzenie kupiło mieszkanie na Śląsku, mam więc swoją siedzibę. To mój dom misyjny, z którego wyruszam w teren – na zaproszenie konkretnych grup czy samemu organizując zajęcia Ruchu Odnowy Kontemplacyjnej.

Mógłbyś wytłumaczyć jak dziecku, czym jest Ruch Odnowy Kontemplacyjnej? 

To społeczność ludzi, którzy praktykują modlitwę głębi. A ta z kolei jest metodą, która ma wspomagać rozwój modlitwy kontemplacyjnej przez przygotowanie naszych władz duchowych i umysłowych na przyjęcie Daru. To odpowiedź na głęboką tęsknotę ludzkiego serca za doświadczeniem Bożej obecności w bezpośrednim kontakcie – bez słów, w ciszy, w milczeniu. Czyli próba zaprezentowania w nowej, uaktualnionej formie tego, co było przecież znane w dawnych czasach.

Brzmi ambitnie i wzniośle. Tylko co to znaczy w praktyce?

Jeśli tego chcesz, znajdź dwadzieścia minut rano, dwadzieścia minut wieczorem. Usiądź z bardzo szczególną intencją, żeby zostawić swoje sprawy na boku, i otwórz się na to, że nieuwarunkowana miłość Boża zamieszkuje w tobie. To jest miłość kształtująca, transformująca. Jeśli na samym początku nie masz do tego przekonania, to po prostu próbuj.

Wyobrażam sobie, że to może być jednak trudne: usiąść w ciszy i szukać w sobie Boga.

Główną przeszkodą jest wszystko to, czego nauczyliśmy się na temat Boga, co nam wpojono, do czego się przyzwyczailiśmy. W większości będą to słowa, myśli, obrazy, koncepcje i inne rzeczy. Dlatego zachęcamy uczestników naszych spotkań, by zostawili myśli na temat Boga, pobożne praktyki, by otworzyli się na prostą ciszę, która jest „ojczystym językiem Boga”, jak mówi Keating.

Na początek po prostu siadamy wygodnie z zamkniętymi oczami. Doświadczenie duchowe jako takie jest raczej bezpostaciowe, więc dobrze jest znaleźć jakiś symbol mojej duchowej intencji, duchowej postawy. W modlitwie głębi ta postawa jest dosyć dobrze zdefiniowana – to całkowita zgoda na Bożą obecność i działanie w moim sercu. Tyle. Taka jest ogólna formuła.

Potem wybieramy jakieś słowo. Każdy dla siebie. I to słowo pozwala wrócić do pełni obecności, gdy myśli prowadzą nas w różne strony. A zawsze to robią. Więc zamiast błądzić myślami, męczyć się tym wszystkim, przywołujemy nasz symbol i jesteśmy znów obecni.

Każdy może to zrobić, bez względu na to, gdzie się urodził, w jakiej kulturze i z jakimi przekonaniami żyje. Owocem tego doświadczenia jest coraz bardziej ugruntowana wiara, rozumiana jako zaufanie.

Po co to wszystko robić?

Cudowną rzeczą w modlitwie głębi jest to, że nic nie trzeba robić. Po prostu siadam i oddaję się do dyspozycji. Tak samo, jak kładę się na słońcu i wstaję opalony.

Ale jaki jest tego cel?

Dążysz do tego, za czym najbardziej tęskni twoje serce. Gdy robisz to przez dłuższy czas, liczony w miesiącach czy latach, to zaczynasz odczuwać wewnętrzną transformację. Zaczynasz się otwierać na piękno w jego różnych postaciach. Nie na edukację kulturalną czy krytykę sztuki, ale na piękno, które porusza. Na wrażliwość. Pamiętam taki moment, gdy oglądałem w telewizji reportaż i nie mogłem się ruszyć z fotela. Siedziałem ze łzami w oczach. Nigdy wcześniej tak nie reagowałem. Bo uwrażliwiasz się na drugiego człowieka, zaczynasz go kochać dokładnie w tym miejscu, w którym on jest na swojej drodze.

Całe życie mnie uczono, że mam ludzi nawracać, mam ich zmieniać, mam ich dokądś prowadzić. Że ode mnie zależy ich zbawienie i tak dalej. Potrzebowałem sporo czasu, żeby to w sobie odczarować, żeby to wszystko zostawić. Jedyne, co jest dla mnie wartościowe, to ukochać człowieka w tym miejscu, gdzie on jest w swoim życiu.

To duże słowa.

Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. I mogę powiedzieć, że w jakiejś części mi się to udaje, a tam, gdzie się nie udaje, zależy mi mocno na zmianie. Żeby się udawało.

I nic Cię nie irytuje?

Nie jest to irytacja, ale smutek, że ludzie nie mają ze sobą kontaktu. To rodzi bezsilność, zagubienie, zaplątanie, uwiązanie, uzależnienie, wszelkiego rodzaju zniewolenia.

Od lat praktykuję medytację, w tym rozwijanie życzliwości. Ale czasem czuję, że mam zaciśnięte serce. Choćby teraz. Utrzymywanie takiej uwagi jest trudne. Mówisz ludziom, że mogą to osiągnąć w swojej codzienności. Zachęcasz do czegoś, co kiedyś, na pustyni, praktykowano latami. Czy to nie naiwne?

Bardzo wielu osobom się udało. Nie dlatego, że chcieli osiągnąć sukces, tylko dlatego, że po prostu zaufali. Zaufali, że będą poprowadzeni, że ta miłość, o której mówię, to nie jest tylko jakaś idea miłości, ale realna siła, działająca w życiu, realna obecność. Nikogo nie dziwi, że Boga nazywa się miłością. Ale jeśli nie doświadczysz tego we własnym sercu, będzie to tylko idea.

Kiedyś spędziłem kilka lat w ośrodku medytacji w Anglii. Najważniejsze, czego się wtedy nauczyłem o życiu duchowym, wydarzyło się, gdy siedziałem z facetem, którego żona właśnie zmarła na zawał w wieku lat 46 lat. Zaparzenie dla niego herbaty i bycie tam dla niego, to był chyba szczyt moich osiągnięć duchowych. Do takiego rodzaju wrażliwości nie mamy dostępu na co dzień.

Zgadza się, ale gdy już się ten dostęp otworzy, to będzie coraz większy. Mówimy o procesie uzdrawiania, uwalniania od poglądów i przekonań, rozróżniania przekonań od rzeczywistości. W modlitwie głębi wycofujesz się i stajesz się obserwatorem. Przez to masz większy kontakt ze sobą. Ten proces cały czas się toczy. Jestem tego świadkiem i to jest cudowne. Jestem przy praktykujących tę modlitwę, ale nie mam potrzeby nimi kierować czy ich prowadzić.

Czy da się praktykować modlitwę głębi, będąc draniem?

A co to znaczy „drań”? Może to po prostu człowiek, któremu nic się nie udaje i został tak głęboko poraniony, że teraz okłada wszystkich dookoła? A przecież też jest ukochanym dzieckiem Boga. Jedni ludzie już odkryli, że są kochani, i odpowiadają miłością. Nazywamy ich świętymi. Ale są też tacy, którzy jeszcze tej miłości, którą noszą w sercu, nie odkryli. I tych nazywamy draniami.

Jakie są korzenie modlitwy głębi?

Zachodnie chrześcijaństwo rozwijało się w miejscach monastycznych, bo to była jedyna bezpieczna przestrzeń. Jest takie piękne dzieło „Obłok niewiedzy” czy „Chmura niewiedzy”, które powstało w tamtym środowisku. Mnich uczy tam drugiego mnicha, pokazując mu drogę duchowej kontemplacji jako sposób na bezpośrednie spotkanie z Bogiem. Wyjaśnia proces „odpamiętywania” tego, czego go nauczono, otwarcia na nieznane. Bo taka jest natura spotkania z Bogiem. To było punktem odniesienia dla Keatinga w latach 80. Na tej fali Keating, Basil Pennington i William Meninger zaczęli tworzyć modlitwę głębi.

Jak wygląda Twoja codzienna praktyka tej modlitwy?

Tradycyjnie. Siadam dwa razy dziennie na dwadzieścia minut. Jak mam chwilę w ciągu dnia, to siadam w ciszy i przenoszę w tę przestrzeń wszystko, co się dzieje w moim życiu. Dla mnie praktyka nie musi być sformalizowana, więc nie włączam aplikacji z odmierzaniem czasu medytacji.

Byłem na Waszym spotkaniu w sobotę i miałem wrażenie, że to szkoła buddyzmu, tylko wykorzystująca katolicką nomenklaturę. Czy modlitwa głębi nie jest czasem katolicką odpowiedzią na modę na buddyzm albo mindfulness?

To dla mnie wielki komplement, jeśli ktoś, kto obcuje na co dzień z inną tradycją, słysząc mnie utożsamia się z tym, co mówię. Ewangelia jest w swojej istocie przesłaniem uniwersalnym. To, że udało mi się dotknąć przesłania Ewangelii, rozpoznaję właśnie po tym, że każdy może zidentyfikować się z tym, co mówię. Uniwersalność ewangelicznego przesłania jest dla mnie rzeczą fundamentalną. Pamiętam, że gdy nie znałem jeszcze języka Papuasów, tylko się do nich uśmiechałem. Wszyscy to rozumieli.

W różnych religiach zasady są takie same: ludzie siedzą na krzesłach albo na matach, oczy mają zamknięte. Na zewnątrz wygląda to bardzo podobnie. Kluczem do modlitwy głębi jest odkrycie tego, co Keating nazywał „odwiecznym zamieszkaniem Boga”. Rzeczywistość Boga, jako Ojca, Syna i Ducha, jest rzeczywistością wewnętrzną. Bo „Ten, który widzi, widzi w ukryciu”.

Jakie są reakcje na Twoje działania w Kościele w Polsce?

Kiedyś miałem przekonanie, że to, co robię, powinno odbywać się w przestrzeniach kościelnych, parafialnych. Wtedy bywało różnie. Spotykałem się z dużą nieufnością. Ale robię to dla ludzi, a nie dla instytucji, więc przenieśliśmy się w miejsca, gdzie nas przyjaźnie zapraszano – do domów rekolekcyjnych, sal szkolnych, ale i do normalnych domów rodzinnych.

Nie wszyscy biskupi akceptują Twoją aktywność.

Tak. Jeden biskup powiedział mi, że będzie szczęśliwy, gdy się wyniosę z jego diecezji. Najśmieszniejsze, że oskarżył mnie o propagowanie praktyk hinduistycznych. Takie było jego rozumienie najstarszej chrześcijańskiej tradycji kontemplacyjnej. Czy sam to napisał? Czy sam tak myśli? Trudno mi powiedzieć. Rozstaliśmy się życzliwie.

Ktoś mnie kiedyś nawet zapytał: „Wojtek, co ty tam jeszcze robisz w tym Kościele?”. Odpowiadam: jestem tam, bo jest to moje naturalne środowisko. Po prostu idę za głosem serca. Kryzys Kościoła jest niepodważalny. Uważam, że Duch Święty upomina się o to, by Ewangelia stała się naprawdę dobrą nowiną dla każdego człowieka, a nie tylko dla tych, którzy mieszczą się w jakichś ramkach.

Nie boisz się?

Zdarza się. Ale to nie jest ten rodzaj strachu, który zamyka. Raczej ten, z którym chcę się spotkać, bo on mi mówi, że jest coś ważnego do zrobienia.

Zajęć Ci nie brakuje.

W niedziele prowadzę niedzielne otwarte spotkania online „Kontemplacyjny wymiar Ewangelii”, gdzie towarzyszy mi przesłanie: „każdy jest zaproszony, nikt nie jest wykluczony”. Drugą rzeczą są spotkania na żywo i rekolekcje. Grup Odnowy Kontemplacyjnej jest w Polsce kilkanaście. Większość z nich widnieje na naszej stronie, więc można zobaczyć, gdzie one są i jakie. Spotykamy się, żeby wspólnie praktykować modlitwę głębi. Tłumaczę też książki Rohra i Keatinga. I nagrywam podkasty. Mam prawie trzy tysiące subskrybentów, co znaczy, że pewnie słucha mnie kilka tysięcy ludzi. Ale nigdy nie pracowałem metodycznie nad tym, by zwiększać zasięgi. Ostatnio ojciec Szustak wspomniał o tym, co robię, za co jestem mu wdzięczny. Wiem, że ci, którzy tego potrzebują, mnie znajdą.

Co Cię napędza do działania?

Uczę się miłości. Raz mi wychodzi, raz nie, ale to mną powoduje. Mam ciągły niedosyt miłości. Ważne jest dla mnie, żeby ona nie była słowem. To bardzo trudne, bo przecież potykamy się o wiele własnych ograniczeń, uprzedzeń, lęków i obaw. Jestem przekonany, że każdy człowiek jest zdolny do bezwarunkowej miłości. I dlatego, że sam też jej pragnę, widzę wszystkie uwarunkowania, które mogą w tym przeszkadzać. Ale widzę też wtedy, że jest zadanie do wykonania.


ks. Wojciech Drążek. Kraków, 11 lutego 2025 r. // Fot. Marek Bednarz

O. Wojciech Drążek CMM kapłan ze Zgromadzenia Misjonarzy z Marianhill, krajowy koordynator Ruchu Odnowy Kontemplacyjnej w Polsce, tłumacz, autor podkastu „Otwarte serce”, nauczyciel modlitwy głębi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Modlitwa głębi