Jak kupowałem przysmaki w szkolnym sklepiku. Historia o dawnej przyjaźni i dzisiejszej polityce

Dlaczego opowiadam o tym, co się zdarzyło na szkolnym korytarzu, właśnie teraz? Abstrahując od jej uniwersalnego wymiaru, ta historia przypomina mi się ostatnio w kontekście wydarzeń w polskim życiu politycznym. Dostrzegą Państwo analogię?
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

Schyłkowy PRL, rok 1985, moje pierwsze dni w szkole podstawowej na warszawskiej Chomiczówce. Mdlący zapach zupy mlecznej, przenikający nawet przez grube warstwy PCV, zmieszany z oparem pasty do podłóg. Wielkie korytarze, trzy kondygnacje, rozwrzeszczany tłum. Niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku. Wiadomo: pierwszaki nie liczą się w żadnej hierarchii, więc kiedy nauczyciele nie patrzą, można im to boleśnie demonstrować.

Największe przerażenie budziła we mnie otchłań drugiego piętra. Kiedy się ze spokojnego pierwszopiętrowego królestwa klas I-III wkraczało do tej dżungli opanowanej przez olbrzymów z VII albo VIII, ogarniało człowieka poczucie absolutnej znikomości. Najchętniej wcale bym tam nie zaglądał, ale niestety właśnie na drugim piętrze znajdował się sklepik. Pełen fantastycznych frykasów: gliniastych pączków oblepionych sypiącym się lukrem, czerstwych jagodzianek ze śladową ilością dżemu (w którym również występowała śladowa ilość jagód), pudrowych cukierków o konsystencji styropianu, twardych jak skała mlecznych draży (ze śladową ilością mleka w proszku), przesiąkniętych tłuszczem prażynek ziemniaczanych (tak, tak – ze śladową ilością ziemniaków). A nade wszystko – napojów w plastikowych torebkach, które przekłuwało się słomką. Kto wiódł świadome życie w latach 80., ten z pewnością dobrze to pamięta. Syntetycznie słodki, landrynkowy płyn barwiony na wiele niepokojących, nieznanych przyrodzie kolorów, które zdecydowanie nie kojarzyły się z czymkolwiek, co mogłoby być zdatne do spożycia.

Uruchamianie odtwarzacza...

Nie jestem dziś w stanie zrozumieć, dlaczego ktokolwiek chciałby coś takiego pić, niemniej, przyznaję, kiedy byłem w pierwszej klasie podstawówki, te kolorowe torebki wydawały mi się jakimś niesamowitym przysmakiem. Lęk jednak wygrywał z pragnieniem i nawet perspektywa zakupu tego osobliwego dekoktu nie była w stanie skłonić mnie do samodzielnego zapuszczenia się w mroki drugiego piętra. Szczęśliwie, okazało się któregoś dnia, że kolega z klasy – nazwijmy go na potrzeby tego felietonu Maksencjuszem (jak mawiał inny kolega z tej samej szkoły: kto ma wiedzieć, ten wie) – radzi sobie w tej matni niczym spec od survivalu w dzikiej kniei. I gotów jest – z koleżeńskiej sympatii, ma się rozumieć – przeprowadzić mnie przez nią wprost do wytęsknionego wodopoju.

Wiadomo, takiej szansy nie mogłem przegapić. I w ten sposób zaczęła się moja pierwsza poważna szkolna przyjaźń. Dzień w dzień, w towarzystwie zawsze pewnego siebie i śmiało kroczącego naprzód Maksencjusza przemierzałem ostępy drugiego piętra z coraz większą odwagą. Z czasem zaczęły uwyraźniać się przed moimi oczami poszczególne składniki krajobrazu, powoli przestawał się on jawić jako amorficzna, zagrażająca magma. Po miesiącu-dwóch nauczyłem się na pamięć trasy, nie reagowałem już tak impulsywnie na przebiegających obok siódmo- i ósmoklasistów, a nawet wypracowałem jakiś protokół – przyznaję: zwrócenie się „do pani” po pomoc – na sytuację, kiedy któryś z nich postanowiłby mi znienacka dokuczyć. Maksencjusz patrzył na mój progres – miałem wrażenie – z zadowoleniem i dumą.

Ale, jak się okazało, do czasu.

W szczególności do chwili, kiedy oznajmiłem – uświadomiony w tym względzie przez mamę, której opisałem pewnego dnia szczegóły mojej umowy z Maksencjuszem – że odtąd chętnie będę z nim chodził do sklepiku, ale napój w torebce i pączka będzie musiał kupować sobie za własne pieniądze. Istotnym punktem naszego układu, o czym jeszcze nie wspomniałem, była bowiem ustanowiona przez Maksencjusza zależność: on prowadzi mnie do sklepiku, ale to ja płacę za jego napój i pączka (względnie prażynki lub draże).

No więc kiedy oznajmiłem mu, że ten schemat kończymy, bo przecież on też dostaje kieszonkowe na sklepikowe pyszności, i nie ma żadnego powodu, żebym to ja za niego płacił – wydarzyło się coś dla mnie wówczas zupełnie nieprzewidzianego i niezrozumiałego. Zamiast przyjąć do wiadomości owo dictum – wszak nie było w nim nic zdrożnego, przyznacie – mój świeżo upieczony przyjaciel najpierw poczerwieniał, potem odwrócił się na pięcie, a następnie... odszedł energicznym krokiem, rzuciwszy uprzednio przez ramię słowa, które do dziś brzmią mi w uszach: „No to nie jesteś już moim kolegą!”.

Faktycznie, z tą chwilą przestałem być kolegą Maksencjusza, który zaczął zachowywać się wobec mnie w sposób wyjątkowo, mówiąc delikatnie, nieprzychylny. Rzucał pod moim adresem najrozmaitsze oskarżenia, nastawiał przeciwko mnie resztę klasy, przedrzeźniał, przezywał, przeklinał i w ogóle reagował na moją obecność intensywną agresją. Cała nasza wielka przyjaźń dosłownie wyparowała, na jej miejscu pojawiła się głęboka antypatia.

Jaki z tego morał? Dopóki robiłem dokładnie to, czego Maksencjusz ode mnie oczekiwał, dopóty udawał świetnego kompana. Był życzliwy, troskliwy, sympatyczny, pomocny, grzeczny i uczynny. Kiedy jednak jego pozycja w naszym układzie się zmieniła, kiedy jego oczekiwania natrafiły na granicę – odsłoniło się jakieś jego zupełnie dotąd niewidoczne oblicze.

Dlaczego opowiadam o tym właśnie teraz? Abstrahując od jej uniwersalnego wymiaru, historia z Maksencjuszem przypomina mi się ostatnio w kontekście niektórych wydarzeń w polskim życiu politycznym.

Dostrzegają Państwo analogię? Jestem pewien, że tak.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Drugie oblicza