Schyłkowy PRL, rok 1985, moje pierwsze dni w szkole podstawowej na warszawskiej Chomiczówce. Mdlący zapach zupy mlecznej, przenikający nawet przez grube warstwy PCV, zmieszany z oparem pasty do podłóg. Wielkie korytarze, trzy kondygnacje, rozwrzeszczany tłum. Niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku. Wiadomo: pierwszaki nie liczą się w żadnej hierarchii, więc kiedy nauczyciele nie patrzą, można im to boleśnie demonstrować.
Największe przerażenie budziła we mnie otchłań drugiego piętra. Kiedy się ze spokojnego pierwszopiętrowego królestwa klas I-III wkraczało do tej dżungli opanowanej przez olbrzymów z VII albo VIII, ogarniało człowieka poczucie absolutnej znikomości. Najchętniej wcale bym tam nie zaglądał, ale niestety właśnie na drugim piętrze znajdował się sklepik. Pełen fantastycznych frykasów: gliniastych pączków oblepionych sypiącym się lukrem, czerstwych jagodzianek ze śladową ilością dżemu (w którym również występowała śladowa ilość jagód), pudrowych cukierków o konsystencji styropianu, twardych jak skała mlecznych draży (ze śladową ilością mleka w proszku), przesiąkniętych tłuszczem prażynek ziemniaczanych (tak, tak – ze śladową ilością ziemniaków). A nade wszystko – napojów w plastikowych torebkach, które przekłuwało się słomką. Kto wiódł świadome życie w latach 80., ten z pewnością dobrze to pamięta. Syntetycznie słodki, landrynkowy płyn barwiony na wiele niepokojących, nieznanych przyrodzie kolorów, które zdecydowanie nie kojarzyły się z czymkolwiek, co mogłoby być zdatne do spożycia.
Nie jestem dziś w stanie zrozumieć, dlaczego ktokolwiek chciałby coś takiego pić, niemniej, przyznaję, kiedy byłem w pierwszej klasie podstawówki, te kolorowe torebki wydawały mi się jakimś niesamowitym przysmakiem. Lęk jednak wygrywał z pragnieniem i nawet perspektywa zakupu tego osobliwego dekoktu nie była w stanie skłonić mnie do samodzielnego zapuszczenia się w mroki drugiego piętra. Szczęśliwie, okazało się któregoś dnia, że kolega z klasy – nazwijmy go na potrzeby tego felietonu Maksencjuszem (jak mawiał inny kolega z tej samej szkoły: kto ma wiedzieć, ten wie) – radzi sobie w tej matni niczym spec od survivalu w dzikiej kniei. I gotów jest – z koleżeńskiej sympatii, ma się rozumieć – przeprowadzić mnie przez nią wprost do wytęsknionego wodopoju.
Wiadomo, takiej szansy nie mogłem przegapić. I w ten sposób zaczęła się moja pierwsza poważna szkolna przyjaźń. Dzień w dzień, w towarzystwie zawsze pewnego siebie i śmiało kroczącego naprzód Maksencjusza przemierzałem ostępy drugiego piętra z coraz większą odwagą. Z czasem zaczęły uwyraźniać się przed moimi oczami poszczególne składniki krajobrazu, powoli przestawał się on jawić jako amorficzna, zagrażająca magma. Po miesiącu-dwóch nauczyłem się na pamięć trasy, nie reagowałem już tak impulsywnie na przebiegających obok siódmo- i ósmoklasistów, a nawet wypracowałem jakiś protokół – przyznaję: zwrócenie się „do pani” po pomoc – na sytuację, kiedy któryś z nich postanowiłby mi znienacka dokuczyć. Maksencjusz patrzył na mój progres – miałem wrażenie – z zadowoleniem i dumą.
Ale, jak się okazało, do czasu.
W szczególności do chwili, kiedy oznajmiłem – uświadomiony w tym względzie przez mamę, której opisałem pewnego dnia szczegóły mojej umowy z Maksencjuszem – że odtąd chętnie będę z nim chodził do sklepiku, ale napój w torebce i pączka będzie musiał kupować sobie za własne pieniądze. Istotnym punktem naszego układu, o czym jeszcze nie wspomniałem, była bowiem ustanowiona przez Maksencjusza zależność: on prowadzi mnie do sklepiku, ale to ja płacę za jego napój i pączka (względnie prażynki lub draże).
No więc kiedy oznajmiłem mu, że ten schemat kończymy, bo przecież on też dostaje kieszonkowe na sklepikowe pyszności, i nie ma żadnego powodu, żebym to ja za niego płacił – wydarzyło się coś dla mnie wówczas zupełnie nieprzewidzianego i niezrozumiałego. Zamiast przyjąć do wiadomości owo dictum – wszak nie było w nim nic zdrożnego, przyznacie – mój świeżo upieczony przyjaciel najpierw poczerwieniał, potem odwrócił się na pięcie, a następnie... odszedł energicznym krokiem, rzuciwszy uprzednio przez ramię słowa, które do dziś brzmią mi w uszach: „No to nie jesteś już moim kolegą!”.
Faktycznie, z tą chwilą przestałem być kolegą Maksencjusza, który zaczął zachowywać się wobec mnie w sposób wyjątkowo, mówiąc delikatnie, nieprzychylny. Rzucał pod moim adresem najrozmaitsze oskarżenia, nastawiał przeciwko mnie resztę klasy, przedrzeźniał, przezywał, przeklinał i w ogóle reagował na moją obecność intensywną agresją. Cała nasza wielka przyjaźń dosłownie wyparowała, na jej miejscu pojawiła się głęboka antypatia.
Jaki z tego morał? Dopóki robiłem dokładnie to, czego Maksencjusz ode mnie oczekiwał, dopóty udawał świetnego kompana. Był życzliwy, troskliwy, sympatyczny, pomocny, grzeczny i uczynny. Kiedy jednak jego pozycja w naszym układzie się zmieniła, kiedy jego oczekiwania natrafiły na granicę – odsłoniło się jakieś jego zupełnie dotąd niewidoczne oblicze.
Dlaczego opowiadam o tym właśnie teraz? Abstrahując od jej uniwersalnego wymiaru, historia z Maksencjuszem przypomina mi się ostatnio w kontekście niektórych wydarzeń w polskim życiu politycznym.
Dostrzegają Państwo analogię? Jestem pewien, że tak.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















