Koniec świata millenialsów. Ich wczesna dorosłość przypadła na czas wielkich obietnic – ile wyszło z przyszłości?

O tym pokoleniu mówiono, że jest zatrzymane w czasie, w niekończącej się młodości. Dziś, wchodząc w smugę cienia, zaczyna być wykpiwane.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

Smutne czasy nastały dla millenialsów. Najpierw artysta w swoim czasie, wydawałoby się, niepokonany, globalny król muzyki Justin Timberlake, na własne życzenie znalazł się w nieprzynoszącym chluby położeniu, gdyż zatrzymano go za jazdę w stanie nietrzeźwym. To nieszczególna sensacja, taka sytuacja zdarza się przecież w świecie gwiazd, jednak znamienny jest epizod z aresztowania: policjant rzekomo był tak młody, że nie rozpoznał człowieka, którego – znów: wydawałoby się – kojarzy cały świat. Być może po raz pierwszy w sposób tak bezdyskusyjny idol musiał się zetknąć z grozą nieistotności. Ale nie tylko o niego chodzi: to symptom tego, jak nierelewantna w oczach młodszych pokoleń musiała stać się kultura popularna millenialsów.

A teraz jeszcze na okładce „New Yorkera” rysownik komiksowy Adrian Tomine podsuwa szydercze zwierciadło. „Wieczna młodość”, nosi tytuł jego rysunku: oto tzw. wyluzowani rodzice, w ciuchach z wizerunkami aktualnych idoli i z modnym kubkiem Stanley w ręku, a w pewnym dystansie mocno zakłopotana córka, starająca się z wysiłkiem ukryć swoje zażenowanie próbami rodzicielskiego umłodzieżowienia. Znamienne, że dziewczynka przypomina Darię, sarkastyczną bohaterkę serialu animowanego z lat 90., której rodziców – „białe kołnierzyki” z domu z ogródkiem – czasem ogarniała nostalgia za latami hippisowania, co u bohaterki wywoływało poczucie bezbrzeżnego zawstydzenia za cudze przewiny. Jest to zatem ilustracja zwyczajnego biegu świata. Rysunkowa satyra lubi mierzyć się z łapaniem ducha czasów i tu nastąpiła podobna próba; ostrze żartu znów zostało wycelowane w millenialsów, którzy na dobre wchodzą w smugę cienia z całym kłopotliwym bagażem tego stanu – nieaktualnością, pokracznością i zarzutami o pozerstwo. Pisałam już kiedyś o pierwszych symptomach; dzisiaj nadszedł czas na konfrontację z terminem „wiek średni”.

To sytuacja cokolwiek ironiczna, bo nie tak miało być. O tym pokoleniu mówiono jeszcze chwilę temu, że jest zatrzymane w czasie, w niekończącej się młodości. Młodości nie tylko duchem, ale podobno nawet zauważalnej na pierwszy rzut oka: „dlaczego millenialsi tak często nie wyglądają na swój wiek?”, zastanawiała się kiedyś dziennikarka Daisy Jones. To pokolenie, które weszło w dorosłość w świecie bez dress code'u, ale też bez umów o pracę i kredytów na mieszkanie. Wcześniej starsi zarzucali im niedojrzałość i niechęć do brania odpowiedzialności za własne życie, co rozumieli jako posiadanie stabilnej pracy, własnej nieruchomości i trwałej rodziny. W rzeczywistości tę rzekomą niechęć trzeba raczej rozumieć jako dostosowanie się do sytuacji: nie mogli przeżyć życia tak, jak ich rodzice, bo tamten świat się skończył, więc przynajmniej korzystali z tego, z czego mogli.

Zasada „pracuj rzetelnie, a się dorobisz” straciła rację bytu w czasach „śmieciówek” czy zero-hours contracts. Pozostawało cieszenie się małymi luksusami, które w tym samym czasie potaniały: tanie loty, tanie taksówki, tania turystyka, no i nieskończoność internetu. Próby radzenia sobie z tą permanentnie niestabilną sytuacją bywały umagiczniane. Pamiętam krążącą po mediach społecznościowych historię o niemieckiej studentce, która uczy się do sesji w dalekobieżnych pociągach, bo nie stać jej na wynajem. „Tak trzeba żyć”, kibicowali moi znajomi, chwaląc zaradność nomadki, nie zadając jednak pytania, gdzie np. korzysta z pralki.

Z drugiej strony wczesna dorosłość millenialsów przypadła na czas wielkich obietnic: internet jest wasz, wystarczy mieć pomysł – mówiono. Modelem do naśladowania był przedsiębiorca-zajawkowicz w śmiesznej koszulce z motywem z „Gwiezdnych Wojen” i z tatuażami, który właśnie zaprojektował aplikację wartą miliony, albo blogerka, która swoją hobbystyczną stronę rozbudowała w imperium branży stylu życia. Przyszłość pracy to start-upy, czyli wynalazczość i pasja, a zacząć można w garażu – taką historię opowiadano. Dzisiaj te biznesy napędzane pasją albo zostały wykupione i zjedzone przez większe ryby, albo nie przetrwały cięcia kosztów w nowych technologiach. Zachęcano do kształtowania własnych miast, wpływania na politykę lokalną, a koniec końców okazywało się, że i tak ostatnie słowo zawsze ma deweloper. Tyle wyszło z tej przyszłości.

Czy millenialsi będą mieć podstawy, żeby czuć się wykiwaną generacją? Wkrótce pewnie rozpocznie się nostalgia za czasami, kiedy wystarczyło napisać prostą, popularną gierkę (jak „Flappy Bird”), żeby podbić internet, kiedy liczyły się własne treści, Justin Timberlake wydawał bezkonkurencyjne płyty, sieć była trochę bardziej niewinna, a świat między 11 września a aneksją Krymu – nieco mniej dystopijny i pozwalający cieszyć się wieczną pauzą względnej młodości. Dzisiaj jest wszędzie bardziej bezwzględnie, wyczerpująco i złowrogo. Nic dziwnego, że można osiwieć.

Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Za długa młodość