Jacek Taran: Czym właściwie jest hejt?
Przemysław Staroń: Każdą formą nieuzasadnionej i niekonstruktywnej krytyki, zwłaszcza wyrażonej publicznie, niezależnie od tego, czy wulgarnej i agresywnej, czy pozornie eleganckiej. Może przyjmować postać otwartej napaści, ale równie często objawia się jako sarkazm, publiczne zawstydzanie, deprecjonowanie albo komentarze, które pod pozorem „zwracania uwagi” podważają wartość drugiego człowieka. Nawet emotikonka „ha, ha” często jest formą hejtu.
Mylimy go więc z zasadną krytyką.
To największy problem. Esencja hejtu jest wciąż słabo identyfikowana w społecznej świadomości. Dla wielu osób to wyłącznie wulgarne komentarze w mediach społecznościowych. Tymczasem to tylko fragment znacznie szerszego zjawiska.
Krytyka konstruktywna rządzi się zasadami, z których jedną z najważniejszych jest to, że nie odbywa się publicznie. Można komuś wskazać błąd, pomóc coś poprawić, natomiast forma i miejsce mają kluczowe znaczenie. W momencie, gdy staje się to publicznym punktowaniem, przestaje służyć rozwojowi, a zaczyna służyć zawstydzaniu i wtedy wchodzi w obszar hejtu.
Dzieci uczą się hejtu od dorosłych?
Oczywiście. Hejt reprodukują dorośli i nie mają świadomości, że to robią. Fundamentalna zasada uczenia się mówi jasno: dziecko nie uczy się tego, co mu mówimy, tylko tego, co robimy. Nie ogląda nas Wielki Brat, ale ogląda nas dziecko, które nieświadomie kopiuje nasze zachowania. Rodzic może powiedzieć dziecku: „nie hejtuj kolegów”, a chwilę później w hejterski sposób komentować polityka w telewizji czy w internecie. Nie używa wulgaryzmów, więc uważa, że to nic złego. A tymczasem dziecko dostaje przekaz: jeśli kogoś nie lubimy, możemy po nim jechać.
Argumenty ad personam to też hejt?
Tak. Sugerowanie, że czyjeś poglądy lub zachowania wynikają z jego cech osobistych, jest formą hejtu. Mamy prawo myśleć, co chcemy. Ale wypowiadanie naszych myśli, zwłaszcza publiczne, to już zupełnie inna bajka – nawet jeśli wydają się zabawne albo zasłużone. Kiedy podczas Przystanku Woodstock życzono Krystynie Pawłowicz seksu, początkowo też się z tego śmiałem, ale później zrozumiałem, że to nie jest w porządku.
Publiczne sugerowanie, że czyjeś zachowanie wynika z niespełnienia seksualnego, jest formą hejtu. Dopóki nie zrozumiemy, że bardzo często ukrywa się w białych rękawiczkach, pod pozornie kulturalnym albo żartobliwym naruszaniem godności drugiego człowieka, będziemy go powielać. A bez tej świadomości nie da się ani skutecznie przeciwdziałać, ani wychowywać dzieci w świecie wolnym od przemocy.
Jest jednak różnica między rzucaniem obelg w polityka oglądanego w telewizji a bezpośrednim kierowaniem ich do niego w mediach społecznościowych.
Pytanie dotyczy jakości, zasięgu i wpływu naszych słów. Jeżeli siedzę sam w pokoju, oglądam telewizję i coś komentuję, to sytuacja jest jasna. Ale kiedy obok jest dziecko, to przekazuję mu wzorzec zachowania, a przez nieuświadomione kopiowanie uczy się, że jeżeli kogoś nie lubimy albo się z nim nie zgadzamy, to możemy wypowiadać się o nim w taki sposób.
Media społecznościowe to inna sytuacja. Tutaj trzeba założyć, że czyta nas każdy: nie tylko adresat naszych słów, ale także pani Gienia z Sieradza i Krystian z Ostrołęki. I nasze słowa zaczynają legitymizować hejt.
W etyce judaizmu jest świetny przykład dotyczący plotki. Całkowite usunięcie skutków naszych słów o kimś przypomina rozprucie poduszki z pierzem na wietrze, a potem zbieranie wszystkich piórek. To w zasadzie niemożliwe. Tak samo działa hejt w przestrzeni publicznej: raz wypuszczony w świat, nie ma granicy, często zaczyna żyć także poza siecią.
Można też tak zadawać pytania przy stole, że zagadnięty nie wie, gdzie się podziać.
O tak! Zadawanie pytań jest zdecydowanie lepsze niż ocenianie, ale nie takich pytań, które już niosą ocenę lub wytwarzają presję typu „to kiedy dzieci?”. Dobre są pytania, które realnie pokazują zainteresowanie drugim człowiekiem i troskę o niego. Kiedy zaczynamy przy świątecznym stole pytać o rzeczy typu: jakie są twoje marzenia, co było najlepszym doświadczeniem w roku, zupełnie zmienia się jakość kontaktu.
To może się wydać trochę nienaturalne.
Bądźmy szczerzy: pierwsza randka, pierwszy seks też bywają niezręczne. A to, co przychodzi potem, bywa naprawdę piękne. Mówiłem ostatnio o tym na zajęciach w Uniwerku III Wieku w Sopocie. Powiedziałem: jeśli nie chcecie rozmów o polityce, dajcie alternatywę. Ona naprawdę istnieje.
Czy w kontekście hejtu istnieją grupy ryzyka?
Narażeni jesteśmy wszyscy. Bardzo lubię zdanie, że pełnosprawność jest stanem czasowym. Dokładnie tak samo brak powodu do dyskryminacji jest stanem czasowym.
Ale prawdą jest, że szczególnie narażone są wszelkie grupy mniejszościowe. A to z kolei nie jest constans. Wystarczy popatrzeć, jak mocno w społeczeństwie zmienił się stosunek do osób z Ukrainy.
Na czym właściwie polega mechanizm dyskryminacji?
Istota dyskryminacji, która ściśle wiąże się z hejtem, polega na tym, że ktoś przypisuje ci gorszą wartość tylko dlatego, że należysz do jakiejś grupy. Czasami nawet nie dlatego, że należysz do niej faktycznie, ale dlatego, że zostałeś tak zidentyfikowany przez innych. To doświadczenie druzgocące. Hejtować można dosłownie za cokolwiek: za noszenie okularów czy rude włosy.
Czy w takim razie mówienie o grupach ryzyka ma sens?
Tak, ale pod warunkiem, że nie tracimy z pola widzenia całości. Zawsze podkreślam: są grupy szczególnie narażone, musimy je widzieć i chronić. Ale jednocześnie nie możemy udawać, że hejt dotyczy tylko ich. To są dwie rzeczy prawdziwe naraz: istnieją grupy szczególnego ryzyka i jednocześnie hejt dotyka znacznie większej liczby osób, niż nam się wydaje.
Żyjemy w czasach obniżenia jakości aparatu poznawczego. Kiedy piszę post np. solidaryzujący się z osobami niebinarnymi, to nie oznacza automatycznie, że nie wspieram gejów czy lesbijek. A bardzo często tak jest to odczytywane.
Skąd się to bierze?
Nasz aparat poznawczy jest przeciążony, a medialno-społecznościowe bagno wprowadza coraz większą dezorientację. Czasami wystarczy jedno zdanie i ludzie traktują je jak manifest całego światopoglądu, a jedno słowo staje się powodem linczu.
Jedna z najbardziej dziś narażonych grup to osoby transpłciowe. Już dekadę temu, jeszcze zanim dokonałem publicznego coming outu, zwracałem uwagę na to, że wewnątrz społeczności LGBTQIA funkcjonuje hierarchia uprzywilejowania. Najbardziej uprzywilejowani są biali geje. Lesbijki realnie mniej.
Osoby transpłciowe są najbardziej dyskryminowaną grupą, nawet wewnątrz społeczności LGBTQIA. Wystarczy posłuchać ludzi, którzy mówią „jestem za małżeństwami jednopłciowymi”, a później dodają: „no ale z transami to nie przesadzajmy”.
Wybiórcze przeciwdziałanie dyskryminacji?
Nie można skutecznie przeciwdziałać wykluczeniom, pozwalając sobie jednocześnie na hejt wobec kogoś innego. To zatruty eliksir. Jeśli użyjesz z niego choćby kropli, używasz go w całości. Ktoś może mówić „niech te transy nie przesadzają”, nie mając pojęcia, że jego dziecko jest transpłciowe. A potem przychodzi próba samobójcza i zdziwienie „jak to możliwe?”.
Dyrektorka jednej ze szkół w Gdańsku, Marta Badowska, powiedziała mi zdanie kluczowe: akceptacja dla wszystkich kolorów tęczy to nie ideologia służąca temu, aby dzieci hetero stawały się dziećmi queerowymi. Chodzi o to, żeby dzieci queerowe nie stawały się dziećmi martwymi. Statystyki samobójstw wśród osób transpłciowych, zwłaszcza dzieci i młodzieży, są dramatyczne. Ochrona osób queerowych to cywilizacja życia.
Dlaczego to aż tak boli?
Doświadczenie hejtu jest czymś dewastującym. Badania z zakresu neuronauk pokazują, że nawet sytuacja rozmowy, w której pozostałe osoby przestają nas „widzieć”, aktywuje w mózgu te same obszary, które odpowiadają za ból fizyczny. Hejt uruchamia poczucie wstydu, który jest szczególnie niszczący, bo nie mówi „zrobiłem coś źle”, tylko „ze mną jest coś nie tak”.
Kiedy widzisz siebie oznaczonego w komentarzach, w negatywnym kontekście, a to eskaluje zwykle w stronę linczu, wtedy naturalnym impulsem jest chęć zniknięcia. Czasem niestety na zawsze. Jeśli zrozumiemy, jak bardzo przemoc, hejt, dyskryminacja ranią i niszczą, łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego jest tak fatalnie, jeśli idzie o zdrowie psychiczne i skalę samobójstw.
Możemy być odporni na hejt? Jakie kompetencje są przydatne?
Tu trzeba powiedzieć ważną rzecz: odporność na hejt nie polega na tym, że hejt przestaje boleć. Bardziej chodzi o to, że przestaje nas niszczyć. W książce „Szkoła bohaterek i bohaterów” wprowadziłem metaforę z „Matriksa”: Neo podnosi rękę i zatrzymuje lecące w jego stronę pociski. One nadal lecą, ale go nie trafiają. Hejt, jak każdy typ przemocy, był, jest i będzie, ale możemy go nie reprodukować.
Zatem jak zostać Neo, który zatrzymuje kule hejtu?
Najpierw trzeba uświadomić sobie fundamenty, o których już wspomnieliśmy: hejt to każda niekonstruktywna, nieuzasadniona krytyka i nie trzeba należeć do żadnej grupy ryzyka, żeby zostać zhejtowanym. Nie musisz być gejem czy uchodźcą. Jeśli wiesz, że hejt może ci się przytrafić i że będzie boleć, to kiedy się wydarzy, masz już ramę: „to jest to, o czym mówiliśmy”.
Druga kluczowa rzecz: nie być w tym samemu. Najlepiej zbudować swoją „wioskę”: sieć zaufanych osób. Kiedy kogoś spotyka hejt, ta osoba natychmiast ma wsparcie swojej wioski. Jest otoczona akceptacją i afirmacją, wsparciem i miłością. To nie jest metafora, to realne psychiczne ratowanie człowieka.
Jak wygląda to w praktyce?
Coraz częściej mówi się o roli „menedżera hejtu”. To ktoś z otoczenia, kto w czasie kryzysu przejmuje kontakt z internetem. Osoba hejtowana nie czyta komentarzy, nie śledzi treści o sobie. Ktoś inny się tym zajmuje, bo nie jest w stanie emocjonalnego rozbicia.
Jeśli dziecko doświadcza hejtu, pierwsza reakcja to danie poczucia bezwarunkowej miłości, która oczywiście powinna być podstawą na co dzień. Nie relatywizujemy, nie mówimy: „no wiesz, może trochę mają rację”. Przytulamy, mówimy: „jesteśmy z tobą i będziemy zawsze”, po czym przejmujemy sprawę. To początek realnej odporności na hejt.
Jak się zorientować, że dziecku dzieje się krzywda?
Kluczowa jest więź. Całe nasze funkcjonowanie jako dorosłych powinno być jednym wielkim komunikatem: „możesz mi zaufać”. Warto to powtarzać, a przede wszystkim pokazywać swoim zachowaniem. To, czy dziecko przyjdzie do nas i powie, co się dzieje, zależy od tego, jak reagowaliśmy w codziennych, drobnych sytuacjach.
Jeżeli dziecko płacze, bo zgubiło ulubiony ołówek, a rodzic reaguje: „nie becz, jak będziesz dorosły, to dopiero będziesz miał problemy”, prawdopodobieństwo, że przyjdzie z czymś naprawdę trudnym, drastycznie spada. Swoją codzienną postawą zwiększamy albo zmniejszamy szansę, że coś nam powie.
A co, jeśli nie mówi?
Każdy z nas może uprawiać protodiagnostykę, czyli uważnie obserwować. Pierwszym i najważniejszym sygnałem jest zmiana. Tu nie chodzi o to, czy zmiana jest „na lepsze” czy „na gorsze”, tylko o to, czy w ogóle nastąpiła.
Przykład: kiedyś przejąłem klasę interwencyjnie, po odsunięciu wcześniejszej wychowawczyni. Szybko okazało się, że jeden uczeń ma depresję, a inna uczennica podejmowała próbę samobójczą.
Moją reakcją było: „Boże, jaki ze mnie fatalny wychowawca”. I wtedy koleżanka psychoterapeutka powiedziała mi coś, co zmieniło perspektywę: „Przemek, przy tobie te dzieci poczuły się bezpiecznie i mogły się otworzyć”. Wcześniej funkcjonowały w środowisku, w którym zdrowie psychiczne „nie istniało”. Teraz przestały udawać. Mogliśmy zobaczyć, co się naprawdę dzieje, i im pomóc.
Czasem pogorszenie funkcjonowania jest dobrym znakiem. Oznacza, że dziecko wreszcie może być sobą. Nie trzeba chyba tłumaczyć, co się natomiast dzieje, jeśli dziecko musi dalej próbować radzić sobie z własnym cierpieniem w szczelnym zamknięciu w samym sobie.
A to nie działa też w drugą stronę?
No właśnie: często słyszę, że poprawa wyników w nauce oznacza, że wszystko jest w porządku. A to może nie być prawda. Zdarza się, że dziecko podejmuje decyzję, np. o samobójstwie, i w tym momencie konflikt niejako się kończy. Pojawia się „ulga”, a wraz z nią poprawa funkcjonowania. To bardzo trudne do przyjęcia, ale musimy mieć tego świadomość. Jeśli mamy wątpliwości, najlepiej to skonsultować ze specjalistą, choćby przez telefon zaufania.
I na koniec: najważniejszy komunikat, jaki możemy przekazać, to postawa. Słowa nic nie znaczą, jeśli nie są potwierdzone działaniem. Jestem dla ciebie zawsze. Możesz do mnie przyjść. Stoję za tobą murem. Jeśli będzie trzeba, ściągnę helikopter. I tu nie chodzi o to, żeby być perfekcyjnym, tylko o realną obecność, i to jest najbardziej kluczową profilaktyką.
Jak reagować, gdy jesteśmy świadkami hejtu? Może być trudno zdobyć się na odwagę.
To zupełnie normalne. I ważne, by dać sobie prawo do strachu. Pierwsza zasada: nie być w tym samemu. Warto wcześniej umówić się z bliskimi, że jeśli znajdziemy się w sytuacji obserwowania hejtu, to łączymy siły. Już dwie osoby reagujące razem to coś potężnego.
Druga zasada, której uczą na kursach pierwszej pomocy: martwy ratownik to kiepski ratownik. Jeśli masz poczucie, że reakcja może być dla ciebie niebezpieczna, nie masz obowiązku narażać zdrowia czy życia. Wtedy idziemy po wsparcie, dokładnie tak jak w sytuacji zagrożenia fizycznego.
Na lekcji czasem wystarczy powiedzieć: „to nie jest forma komunikacji, którą akceptuję na zajęciach”. I oczywiście zbadać przyczynę oraz dotknąć sprawy u źródła. W internecie sprawa jest trudniejsza. Muszę się liczyć z tym, że reagując, sam stanę się celem. I wtedy pytanie brzmi: czy mam na to zasoby?
Jeśli hejt dotyczy mojego znajomego, to często piszę do niego prywatnie: „Widziałem ten komentarz. Stoję za Tobą murem. W jaki sposób mogę Ci pomóc?”. Często samo to, że ktoś zauważył, jest kluczowe. Reagujmy mądrze, wspólnie i z troską o siebie. Korzystajmy także z możliwości, które daje prawo, a daje niemało.
Jak nie być hejterem?
No właśnie: hejt najłatwiej widzimy poza sobą. „To oni hejtują”. Tymczasem każdy z nas ma swój cień. Sam zrozumiałem to na terapii, gdy usłyszałem wprost, że czasem też mam ochotę pohejtować. Najpierw się oburzyłem, a potem zobaczyłem, że to prawda: że czasami mam ochotę komuś napisać „nie zesraj się”.
Też często muszę się przed tym powstrzymywać.
I właśnie o to chodzi: żeby to zauważyć, zaakceptować i nie udawać, że jest się od tego wolnym. To uruchamia refleksję: skąd to się we mnie bierze? Osoby walczące z hejtem same niejednokrotnie go reprodukują. Każdemu może się zdarzyć takie zachowanie i nie czyni to jeszcze z nikogo „hejtera”. Kluczowe jest zauważenie sytuacji i wyciągnięcie wniosków.
Hejt rani także tego, kto go stosuje. Jerzy Pilch napisał: „Ranią – poranieni. Upokarzają – upokorzeni”. Dlatego jednym z najlepszych sposobów, by nie hejtować, jest zadbanie o siebie, o swoje emocje, potrzeby i budowanie poczucia sensu we własnym życiu.
Hejt często odsłania deficyty i ból, a hejtowanie hejtera tylko je pogłębia. To nie usprawiedliwia zła, ale pozwala zobaczyć, że osoba hejtująca również potrzebuje pomocy. Taka perspektywa daje szansę realnej zmiany. Wielką zmianę przynosi też przykład. Gdy ktoś potrafi powiedzieć: „masz rację, przepraszam”, to naprawdę działa niesamowicie.
Rozmawiał Jacek Taran

Przemysław Staroń jest psychologiem, wykładowcą, edukatorem, autorem serii książek „Szkoła bohaterek i bohaterów”. Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















