Maciej Müller: Na początku książki, która niebawem się ukaże, przytacza Pan dwie wypowiedzi abp. Jędraszewskiego: „Mamy kochać Boga, stawiając Go jako pierwszego, kochając jednocześnie drugiego człowieka” oraz „Czerwona zaraza po naszej ziemi nie chodzi. Co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły”. Czy to na pewno mówi ten sam człowiek?
Tomasz Terlikowski: W myśleniu abp. Jędraszewskiego między tymi zdaniami nie ma sprzeczności. Poniekąd go rozumiem, bo sam długo myślałem w taki sposób. W tym ujęciu „braterskie upomnienie” jest „uczynkiem miłosierdzia względem duszy”. Ostrość języka, werbalny atak ma służyć wybudzeniu człowieka z letargu. Pytanie, czy to skuteczny model komunikowania miłości. Choć uczciwie trzeba przyznać, że arcybiskup ma odbiorców w Kościele. Zasadniczo: im od niego dalej, tym łatwiej przyjmować jego myślenie. Bo w tych dalszych kręgach mniej wiadomo o tym, jak abp Jędraszewski faktycznie traktuje ludzi.
Ostatnio głośna jest sprawa odebrania probostwa parafii mariackiej ks. Dariuszowi Rasiowi i stylu, w jakim się to dokonało.
Arcybiskupowi udało się osiągnąć tyle, że ks. Raś, który nie był specjalnie uwielbiany wśród duchownych, stał się teraz w ich oczach prześladowanym bohaterem. Bo nie poddał się żądaniom ustąpienia po przeprowadzonym w parafii audycie i zarzutom o nieprawidłowości finansowe. Nie jest jedynym proboszczem odwołanym w ten sposób i stawiającym opór kurii; znam także inny przypadek.
Co to mówi o sposobie zarządzania diecezją?
To autorytaryzm, w którym biskup jest „Królem Słońce”. Może wszystko, dysponuje wiedzą wlaną, nie musi się konsultować z nikim i sądzi, że prawo go nie obowiązuje. Proboszczowie odwołali się do Watykanu; nie wiem, czy wygrają, ale mają na to szansę, ponieważ prawo kanoniczne nie jest mocną stroną arcybiskupa i jego współpracowników. Abp Jędraszewski jakby nie zdawał sobie sprawy, że wprawdzie biskup jest ważną instytucją w Kościele, ale równie ważną i prawnie zabezpieczoną jest proboszcz – wola biskupa nie wystarczy do jego odwołania.
Arcybiskup nie liczył się też z wolą wiernych.
Rada duszpasterska próbowała się z nim skontaktować od wielu miesięcy. Chciała pokazać, że raport z audytu jest nierzetelny, jego autor osobiście zainteresowany odwołaniem ks. Rasia, a wcześniej, jako jego podwładny, popadł z nim w konflikt. Abp Jędraszewski zignorował świeckich. Wychodzi tu czarno na białym, że w Kościele brakuje mechanizmów kontrolnych. Biskup jest najwyższą władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Jeśli się uprze, to poza Stolicą Apostolską nikt nie może go powstrzymać.
Co właściwie mogą świeccy wobec takiego zarządcy diecezji?
Mogą pójść ze skargą do nuncjatury i liczyć na to, że nuncjusz nie jest zblatowany z episkopatem. Warto powiadomić media o złożonym tam piśmie, to bardzo pomaga – instytucje kościelne działają inaczej, kiedy o sprawie wie ktoś więcej. Taki model sprawdził się w przypadku metropolity gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia – wtedy poinformowano media włoskie, co wpłynęło na zaangażowanie Stolicy Apostolskiej. Tylko że to wszystko dotyczy nie zwalniania proboszczów, ale spraw najgrubszych – tuszowania przestępstw seksualnych, nieprawidłowości finansowych, mobbingu. Tych, gdzie działania Kościoła wchodzą w konflikt z prawem państwowym. Niestety, Kościół nie załatwia własnych problemów, dopóki nie jest do tego zmuszony.
A fakt, że ludzie odchodzą z Kościoła, nie wywiera nacisku na biskupów?
To nie jest zjawisko masowe, daleko nam do Niemiec. Ludzi faktycznie jest w kościołach mniej, ale jak mówi mój znajomy ksiądz – ci, co zostali, dają więcej. Dla pewnej części polskich biskupów Ewangelia nie ma znaczenia, ma ją natomiast kasa i dopóki ona się zgadza, nie będą się niepokoili odejściami. Wstrząs przyjdzie, kiedy Kościół zderzy się z ziemią, czyli nie będzie powołań, nie będzie kogo wysyłać na parafie, trzeba będzie likwidować placówki, a diecezje zaczną bankrutować na skutek wypłacanych odszkodowań.
Niedobrze, jeśli tylko od woli biskupa zależy, czy rada parafialna zostanie wysłuchana.
Nawet jeśliby do tego doszło, to zarzuty wobec abp. Jędraszewskiego i jego najbliższych współpracowników badaliby abp Jędraszewski i jego najbliżsi współpracownicy. Na tym polega dramat instytucji Kościoła. Członkowie rady nie mają do kogo pójść. Bo gdzie, do sądu metropolitalnego, który zależy od biskupa? Pozostają tylko media.
Do tego pasuje jako symbol zamurowanie okna papieskiego w kurii krakowskiej.
Zasłonięcia okna, które przypominało o dialogach prowadzonych z młodzieżą przez Jana Pawła II, nie odnosiłbym tylko do poglądów arcybiskupa: powiedzmy sobie szczerze, że wśród duchownych archidiecezji znaleźlibyśmy wielu, którzy myślą podobnie jak abp Jędraszewski o Kościele, sprawach społecznych czy politycznych. Problem z nim mają na innej płaszczyźnie. Karol Wojtyła, Franciszek Macharski i Stanisław Dziwisz prowadzili politykę otwartych drzwi, w razie potrzeby przyjmowali księży nawet do nocy. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zalewski, który przecież przez lata prowadził ostry spór z kard. Dziwiszem, nigdy nie miał problemu, by się z nim osobiście spotkać, a kiedy zapraszał go do Radwanowic na spotkanie z podopiecznymi, miał pewność, że kardynał przyjedzie. Tymczasem telefony do sekretarza abp. Jędraszewskiego nie dawały nic.
Krakowscy księża czekają miesiącami i latami na rozmowę z metropolitą. W rozmowach mówili mi, że to właśnie zamknięcie przed nimi kurii zarzucają Jędraszewskiemu najbardziej. Spotyka się jedynie z wąskim gronem współpracowników, choć i z tej grupy można niespodziewanie wypaść. Tak jak to było z pracownicami biura prasowego, potraktowanymi w dodatku poniżającym oświadczeniem kurii mającym sprawić wrażenie, że zwolniono te, które nie były wystarczająco świątobliwe.
Poprzedni rzecznik kurii nie miał nawet telefonu do arcybiskupa, decyzje „góry” zapadają zupełnie nietransparentnie – cóż to za model zarządzania instytucją?
Taki, który musi skończyć się porażką. To o tyle ciekawe, że ci, którzy współpracowali z ks. Jędraszewskim jako naczelnym „Przewodnika Katolickiego” na początku jego kariery, wspominają go jako dobrego szefa. Ale już jako szef katedry na uczelni kontaktował się z podwładnymi przy pomocy kartek zostawionych na biurku. Ten model zarządzania doprowadził do perfekcji jako biskup. To pewnie wynika z jego cech osobowościowych, ale co ważniejsze – także z tego, że został przez system kościelny złamany podczas sprawy abp. Juliusza Paetza w Poznaniu. To wtedy, by posłużyć się Mickiewiczem, umarł biskup Marek, narodził się arcybiskup Jędraszewski.
Przypomnijmy, że jako biskup pomocniczy poznański został poinformowany przez rektora seminarium i braci Węcławskich o tym, że abp Paetz molestuje kleryków. I początkowo zachował się jak należy: pojechał z tą informacją do nuncjusza.
Dodajmy, że te wydarzenia rekonstruujemy z niewielu puzzli, bo abp Jędraszewski konsekwentnie milczy na ten temat, a ówczesny nuncjusz Józef Kowalczyk oszczędnie gospodaruje prawdą. Trzeba mieć świadomość, że bp Jędraszewski pojechał do nuncjusza, by rozmawiać na temat człowieka, któremu bardzo wiele zawdzięczał. Abp Juliusz Paetz – dziś starannie wymazywany z życiorysów Jędraszewskiego – był przed pontyfikatem Jana Pawła II najbardziej wpływowym Polakiem w Watykanie. Zaprzyjaźnionym z młodziutkim doktorantem Markiem Jędraszewskim.
Paetz już jako metropolita poznański wypromował Jędraszewskiego na biskupa pomocniczego, a ten mu wtedy dziękował za „wspaniałą rzymską przygodę”. Decyzja, by porozmawiać z nuncjuszem o Paetzu, nie mogła być dla niego łatwa.
Bo Kowalczyk stanął po stronie Paetza.
Miał na Jędraszewskiego nakrzyczeć, pytać, gdzie jego lojalność wobec promotora, i przekonywać, że Jan Paweł II nie chce załatwienia tej sprawy. Odwołał się więc do silnych relacji, które Jędraszewski miał zarówno z Paetzem, jak i Wojtyłą; wysyłał mu wszystkie swoje publikacje. Nie wiemy, co się działo w jego sumieniu, niemniej opowiedział się jednoznacznie po stronie Paetza i zmusił proboszczów do podpisywania listu w jego obronie.
On w tym momencie zderzył się czołowo z systemem kościelnym. Mógł, zgodnie z filozofią dialogu Lévinasa, o której tyle pisał, postawić ponad system eklezjalny Innego i jego twarz. Wtedy prawdopodobnie wyleciałby z systemu, tak jak stało się niemal z wszystkimi, którzy stanęli po stronie kleryków. Jak przekonywał jeden z moich rozmówców, on zdawał sobie sprawę, że nie zajął właściwego stanowiska. Niemniej jako człowiek inteligentny obudował to racjonalizacją. Stał się człowiekiem systemu; pełnym wyrazem obecności Boga w świecie stała się dla niego instytucja, której trzeba służyć.
Dziennikarze „Tygodnika” w portrecie abp. Jędraszewskiego, opublikowanym w 40. numerze w 2022 r., oprócz owego „złamania” Jędraszewskiego opisali sprawę ks. Ireneusza Bochyńskiego. Choć ciążyły na nim poważne oskarżenia o nadużycia seksualne, arcybiskup wysłał go do pracy w DPS-ie. Co to mówi o stosunku metropolity do kwestii przestępstw seksualnych w Kościele?
Abp Jędraszewski wie, że kwestie wizerunkowe wymagają od niego działań. W dwóch przypadkach nawet ujawnił nazwiska podejrzanych księży. Podejmował jednak takie działania, które miały chronić nie pokrzywdzonych, ale dobre imię instytucji. Ks. Bochyńskiego odesłał na tyle daleko, żeby go nie było widać z Łodzi. Zapanował PR-owy spokój, a kwestia bezpieczeństwa podopiecznych DPS-u w ogóle arcybiskupa nie interesowała. Na tej samej zasadzie działał w Krakowie: procedury działały, ale o spotkaniach ze skrzywdzonymi nie było mowy. Kiedy Biuro Delegata ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży poprosiło diecezje o publikację apelu do osób skrzywdzonych, by się zgłaszały – archidiecezja krakowska go nie opublikowała.
Pamiętam też konferencję prasową, na której abp Jędraszewski skojarzył politykę zera tolerancji wobec przestępców seksualnych z nazizmem.
Formacja kapłańska jest zbudowana na przekonaniu o szczególnym znaczeniu księdza. W tym ujęciu biskup jest ojcem dla księży, musi być wobec nich miłosierny i szczególnie ich chronić. Polityka zera tolerancji według abp. Jędraszewskiego temu zaprzeczała. I wprost powiedział to, co wielu biskupów myślało po cichu. Te słowa wywołały skandal, ale w oczach wielu duchownych i części świeckich wzmocniły jego autorytet jako tego, który nie ulega „nieustającym atakom mediów na Kościół”. Znacząca część Kościoła stała za nim murem.
Arcybiskup przedstawia się jako ojciec księży, a przed chwilą mówiliśmy o człowieku, który z nikim nie rozmawia.
To pozorna sprzeczność. Kiedy wymaga tego dobro instytucji, metropolita broni księży albo zamyka archiwa. A kiedy dobro instytucji tego nie wymaga, nie liczy się z księżmi. On myśli o sobie jako o przywódcy, o którym mówił mu abp Stanisław Gądecki w kazaniu na ingres w Krakowie: który nie pozwala, by ogon machał psem. Wszystko, co nie jest biskupem, jest ogonem. To myślenie głęboko zakorzenione w myśleniu polskiego episkopatu, tęskniącego za twardymi rządami kardynała Wyszyńskiego. Wszystko jest uporządkowane i nie wymaga stawiania pytań. Trudno powiedzieć, jak arcybiskup godzi to wszystko ze swoją formacją filozoficzną.
Jest specjalistą od filozofii dialogu i prowadził nawet przedsięwzięcie, które wydaje się wręcz sympatyczne: dialogi w katedrze. Żeby odpowiedzieć na pytanie o szkodliwość heavy-metalu, specjalnie słuchał tej muzyki i potem wyjaśniał, że ona ma różne odmiany i nie ma co popadać w panikę moralną.
Tylko że ludzie, którzy organizowali w Łodzi te rozmowy, wspominają, że z każdą kolejną odsłoną było gorzej, dialogi zmieniały się w monologi, kościół pustoszał i trzeba było sadzać w ławkach kleryków. Niemniej były też takie epizody, jak życzliwa rozmowa z ateistą czy spotkanie z autorką „listu matki katoliczki” krytykującego wypowiedź arcybiskupa o spadku dzietności. Abp Jędraszewski miewa dwie twarze. Co więcej, jeśli wierzyć jednej z hipotez na temat tego, dlaczego został metropolitą krakowskim, to potrafił zachwycić samego papieża swoją otwartością i zainteresowaniem duchowością Faustyny Kowalskiej.
Jako człowiek inteligentny zapewne zdawał sobie sprawę, jakie skutki wywoła wypowiedź o tęczowej zarazie. Krytykował „ideologię”, ale krzywda dotykała konkretnych ludzi.
On doskonale wie, które jego słowa „chwycą”. Wie, że z całego długiego kazania w szumie medialnym ocaleje jedno zdanie. O czerwonej zarazie mówił w kilku kazaniach, ale ta myśl przebiła się dopiero, kiedy dodał puentę o tęczowej zarazie. Natomiast nie sądzę, żeby on rozumiał, jakie skutki wywołał. Arcybiskup myśli w kategoriach ideologicznych konstruktów, zza których nie widzi człowieka. Złośliwie powiedziałbym, że ten zwolennik Lévinasa posługuje się kategoriami „heglowsko-marksistowskimi” – liczą się dla niego zjawiska, a nie jednostki. Skoro znajdujemy się na etapie wojny kultur i stawką jest to, czy przetrwamy jako cywilizacja, naród i Kościół, nie możemy przejmować się jednostkami. Liczy się to, żeby napiętnować ideologię i skupić wokół siebie tych, którzy chcą z nią walczyć. Arcybiskup żyje w pałacu, w otoczeniu pochlebców i nie ma szans, by usłyszeć: „zostałem skrzywdzony z powodu tamtych słów”.
Abp Jędraszewski to produkt polskiego Kościoła czy jego ideolog?
Jest jednym i drugim. Nie da się go zrozumieć, pomijając specyfikę systemu kościelnego. Ten system ewoluuje w coraz gorszym kierunku. Kiedy Jędraszewski do niego wchodził, funkcjonowały w nim postaci wybitnie odróżniające się intelektualnie, jak biskupi Życiński, Chrapek, Gocłowski, Zimoń czy Pieronek. Teraz są biskupi Galbas, Ryś czy Ważny, ale nie odgrywają istotnych ról w strukturach władzy.
Arcybiskup jest też ideologiem, ale tylko w takim sensie, że przez długi czas dostarczał Kościołowi ideologicznych sloganów i klisz potrzebnych do zaistnienia w przestrzeni publicznej. O ile za myśleniem Życińskiego, Pieronka czy Zimonia stały projekty intelektualne, to za Jędraszewskim już wyłącznie proste pojęcia stosowane jak cepy. Jego klęska polega na tym, że jego następcy nie posługują się już nawet tymi pojęciami.
Pozostawia jakieś dziedzictwo?
Nie wpłynął na Kościół w taki sposób, by go jakoś ukształtować. On konstruował narracje o wojnie kultur i zagrożeniach ze strony kolejnych ideologii. Nazywał tak wszystkie zjawiska, z którymi się nie zgadzał, nie szukając ich przyczyn, nie proponując diagnoz, piętnował „ideologię singli”, „tęczowej zarazy” czy „ekologizmu”. Dla niedawno wybranych nowych przywódców episkopatu jedynym celem jest zachowanie status quo. Nie proponują żadnej opowieści. Na kogoś takiego jak Jędraszewski nie ma już miejsca, bo robiąc szum wokół Kościoła, przeszkadzałby w zachowaniu spraw takimi, jakie są.
Niemniej czeka go wygodna emerytura w krakowskim „Castel Gandolfo” – 200-metrowym mieszkaniu w XVII-wiecznym budynku w historycznym centrum Krakowa.
W ogóle mnie ta wiadomość nie zaskoczyła. Jest przekonany, że był świetnym biskupem i że mu się to należy. Co więcej, sądzę, że on myśli, że to skromny, „Franciszkowy” wybór – w końcu to tylko 200 metrów i trzy pokoje, a mógł wziąć całą kamienicę, jak kard. Dziwisz, albo wykorzystać do remontu przyszłej rezydencji środki państwowe, jak abp Gądecki.
Prawo do porządnego lokum dla seniora jest zapisane w dokumentach episkopatu, podobnie jak prawo do emerytury, do sekretarza, ogrodnika i samochodu. Arcybiskupów Dzięgi czy Dziuby nie odwoływano z urzędu, tylko pozwolono im odejść na emeryturę po to, by nie stracili tych przywilejów. A abp. Jędraszewskiego nikt nie odwołał, nie ciążą na nim żadne zarzuty poza medialnymi. Będzie pewnie jeździł po świecie z kazaniami, jak kard. Müller, bierzmował...
Osiądzie na laurach.
Może czasem zabrzmi goryczą w jego uszach napisany na jego odejście satyryczny „Psalmus emeritus”: „Twoja posługa w archidiecezji dobiega końca / Więc na Franciszkańskiej będzie więcej słońca”. Wiele zależy od tego, kto zostanie jego następcą: może np. zarządzić, by arcybiskup senior zamieszkał gdzieś indziej, na 60 metrach...
Ale zajmowanie się Kościołem nauczyło mnie jednego: że jeśli wszyscy mówią, że gorzej być nie może, to jednak może. Dlatego cieszy mnie inicjatywa krakowskich księży, którzy od kilku tygodni rozsyłają sobie apel, by intensywnie modlić się w intencji wyboru nowego metropolity. Wiele więcej zrobić nie mogą.
TOMASZ P. TERLIKOWSKI jest publicystą. Przewodniczył komisji badającej nadużycia seksualne w zakonie dominikańskim. Autor wielu książek, m.in. „Arcybiskup. Kim jest Marek Jędraszewski”, która ukaże się 19 czerwca nakładem Znaku.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















