Krótka ławka w episkopacie: dlaczego tak trudno znaleźć następców biskupów wchodzących w wiek emerytalny

Papież mianował abp. Adriana Galbasa metropolitą warszawskim dopiero rok po rezygnacji jego poprzednika. Który element jest w takim procesie najtrudniejszy: znaleźć odpowiedniego kandydata czy przekonać go do przyjęcia nominacji?
Czyta się kilka minut
Przed ceremonią święceń biskupich ks. Janusza Urbańczyka, nuncjusza apostolskiego w Zimbabwe, katedra św. Mikołaja w Elblągu, kwiecień 2024 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Przed ceremonią święceń biskupich ks. Janusza Urbańczyka, nuncjusza apostolskiego w Zimbabwe, katedra św. Mikołaja w Elblągu, kwiecień 2024 r. // Fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Kard. Kazimierz Nycz rezygnację na ręce Franciszka złożył w listopadzie 2023 r. Abp Marek Jędraszewski osiągnął wiek emerytalny 24 lipca, a abp Stanisław Gądecki 19 października 2024 r. Od deklaracji metropolity warszawskiego do ogłoszenia jego następcy – abp. Adriana Galbasa – minął rok. Wejście w wiek emerytalny byłych przewodniczącego i wiceprzewodniczącego episkopatu nikogo nie zaskoczyło, a mimo to do dziś nie wiadomo, kto przejmie rządy w metropoliach krakowskiej i poznańskiej.

W niektórych diecezjach od pierwszej próby wybrania nowego biskupa pomocniczego do ostatecznej nominacji również mijają długie miesiące. Czemu trwa to tak długo?

– Sam chciałbym wiedzieć – komentuje ks. Grzegorz Strzelczyk, teolog odpowiadający m.in. za formację księży z archidiecezji katowickiej. – Polska nie jest szczególnym obszarem zainteresowania dla papieża, a więc także watykańskich urzędników. Przedłużać wybór mogą też starcia grup interesu polskich duchownych w Rzymie. Jest ich mniej niż kiedyś, ale wciąż odgrywają rolę. Zapewne nie ma też wielu kandydatów, którzy by z wielkim entuzjazmem przyjmowali myśl, że zostaną biskupami.

– Skoro przygotowania i „podchody” powinny być robione z wyprzedzeniem, a proces powołania biskupa trwa tak długo, wygląda na to, że nie jest to proste zadanie – dodaje Dawid Gospodarek z Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Który element jest w tym procesie najtrudniejszy? Znaleźć odpowiedniego kandydata czy przekonać go do przyjęcia nominacji?

Jak zostać biskupem

Teoria jest prosta. Żeby zostać biskupem, ksiądz musi mieć minimum 35 lat i pięć lat kapłaństwa, doktorat lub ewentualnie licencjat (w Kościele stopień między magisterium a doktoratem) z Pisma Świętego, teologii lub prawa kanonicznego albo „prawdziwą biegłość w tych dyscyplinach”. Gdy biskup diecezjalny otrzyma zgodę na rozpoczęcie procedury wyboru nowego biskupa pomocniczego, proponuje trzech kandydatów – tak zwane terno. Nuncjatura apostolska zbiera opinie o kandydatach od około 20 osób, przeważnie księży. Ankieta zawiera pytania o stosunek do innych duchownych, ortodoksję, potencjalne powody szantażu itd. Później nad terno pracuje rzymska Dykasteria ds. Biskupów, a papież może zaakceptować jej rekomendację, wybrać innego kandydata z terno, rozpocząć proces od nowa albo wybrać biskupa według własnego uznania. Wybór biskupa diecezjalnego wygląda podobnie, ale kandydatury do terno wskazuje nuncjusz w porozumieniu z episkopatem.

Ostatnią instancją decyzyjną jest kandydat. Może odmówić przyjęcia nominacji – na biskupa pomocniczego, na ordynariusza czy do nowej diecezji.

To zaś zdarza się coraz częściej. Jak informował kard. Marc Ouellet, gdy był prefektem Dykasterii ds. Biskupów, globalnie nominacji na biskupa odmawia 30 proc. kandydatów. Nuncjatura nie odpowiedziała na moje pytanie o analogiczny odsetek w Polsce, jednak, jak przyznają sami biskupi, również nad Wisłą coraz trudniej znaleźć księdza, który zgodzi się zostać biskupem.

– Księża mogą odmówić przyjęcia nominacji biskupiej i pewnie takich przypadków jest dzisiaj więcej niż kiedyś. Jednak to pozostaje tajemnicą, ilu księży odmówiło. Mogą to być tylko domysły. Wśród biskupów rozmawia się raczej o statystykach dotyczących tego tematu – przyznaje bp Dariusz Zalewski, biskup pomocniczy diecezji ełckiej od 2022 r.

O rozmowę poprosiłem dziesięciu ostatnio mianowanych polskich hierarchów. Zgodziło się trzech: oprócz Zalewskiego także wyświęceni 19 października 2024 r. pomocniczy biskupi łódzcy: Piotr Kleszcz i Zbigniew Wołkowicz. Ten pierwszy przyznaje: – Zdecydowanie obecnie może być trudniej niż kiedyś znaleźć biskupa. Są diecezje, które długo oczekują na biskupów, a procedura jest powtarzana kolejny raz, bo kandydaci odmawiają.

– Może dlatego częściej składa się te propozycje zakonnikom, bo zakłada się, że, podobnie jak zrobiłem ja, odwołają się przy podjęciu decyzji do składanego przez nich ślubu posłuszeństwa? – dodaje franciszkanin.

Sekret papieski i plotki

Proces nominacji biskupów objęty jest tzw. sekretem papieskim, trudno więc dotrzeć do pewnych informacji na temat księży czy hierarchów, którzy odmówili papieżowi. W ostatnich latach publiczny stał się jeden, specyficzny przypadek. W 2018 r. nuncjatura ogłosiła nominację ks. Franciszka Ślusarczyka na krakowskiego biskupa pomocniczego. Już po ogłoszeniu Ślusarczyk zrezygnował ze święceń. To jednak ewenement. Księża, którzy odmawiają, robią to przed upublicznieniem decyzji papieża.

Mimo sekretu papieskiego plotki niosą się błyskawicznie. Biskupi często już przed spotkaniem z nuncjuszem wiedzą, że „się zanosi”. W książce „Pastwisko” bp Szymon Stułkowski przyznawał mi, że „mówiło się o nim jako kandydacie na biskupa”. Również Kleszcz, Zalewski i Wołkowicz mieli podstawy, by sądzić, że są wśród kandydatów.

– Dochodziły do mnie sygnały, że coś się dzieje wokół mojej osoby, że krążą zapytania, ale nie traktowałem tego zbyt poważnie. W końcu ktoś wprost zapytał, czy przypadkiem nie jestem jednym z trzech kandydatów na biskupa pomocniczego – opowiada bp Kleszcz. 

Bp Zalewski także słuchał plotek. – Wielu kapłanów może być potencjalnymi kandydatami na biskupów. Ankiety z Nuncjatury Apostolskiej są tajne i nie można o nich rozmawiać. Nie przyjmowałem takiej możliwości względem własnej osoby, ale kiedy zadzwonił do mnie nuncjusz apostolski i zaprosił na rozmowę, to domyśliłem się, o co chodzi. Tym bardziej że w naszej diecezji już od dłuższego czasu czekano na biskupa pomocniczego – mówi biskup pomocniczy ełcki. 

Bp Wołkowicz zaś stwierdza: – Kiedy zaczęły chodzić plotki o mojej nominacji, prosiłem Pana Boga, żeby to nie nastąpiło. Miałem nadzieję, że podobnie jak większość plotek o nominacjach biskupich, także i ta okaże się nieprawdziwa, że to nieszczęście mnie nie spotka. Ale kiedy spotkało, przyjąłem to jako krzyż, który Pan mi daje i zaprasza do niesienia z Nim.

Plotki dotyczą także trudności procesów nominacyjnych. Niekiedy są dementowane – jak uczynił to nuncjusz apostolski w sprawie diecezji sosnowieckiej. Niekiedy przemilczane – jak doniesienia, że długo szukano kandydata do objęcia skonfliktowanej po rządach Sławoja Leszka Głodzia archidiecezji gdańskiej. Niekiedy – potwierdzane.

Gdy w archidiecezji krakowskiej po długim procesie poszukiwań biskupem pomocniczym ogłoszono ks. Roberta Chrząszcza, który wracał do Krakowa z Brazylii, był to znak, że kolejni kandydaci zgłaszani przez abp. Jędraszewskiego przepadali. Że problem był, przyznał mi w „Pastwisku” kard. Nycz, wskazując, że opinie o Chrząszczu zebrano wcześniej, gdy rozważano go na biskupa w Brazylii, wobec czego „przy problemach z nominacją do Krakowa” teczka była gotowa.

Trudna rola biskupa pomocniczego

Trudności pojawiają się i przy wyborze biskupów pomocniczych, i ordynariuszy, ale ich powody są różne. W przypadku tych drugich znaczenie ma osoba poprzednika i stan, w jakim zostawia diecezję.

Zapytany o to ks. Strzelczyk odpowiada: – A który Kościół lokalny w Polsce jest dzisiaj w dobrym położeniu?

Po chwili jednak przyznaje, że skala wyzwań jest różna, podobnie jak skala publicznej czy księżowskiej wiedzy o trudnościach. Niemniej stan diecezji może być czynnikiem tłumaczącym trudności z obsadzeniem prestiżowej wszak archidiecezji krakowskiej – tym bardziej że nowy metropolita będzie musiał funkcjonować z dwoma mieszkającymi w mieście poprzednikami.

Archidiecezja warszawska jest zaś trudna, gdyż jest niejednorodna: tu trudno wyrobić sobie autorytet, a do tego w stolicy znajdują się siedziby władz państwowych, wobec czego miejscowy ordynariusz jest na pierwszej linii rozmów z politykami.

– Objęcie Warszawy to założenie sobie pętli na szyję. Wiadomo, że ktoś to musi zrobić. Ale rozumiem, że chętnych może brakować. A już zwłaszcza chętnych i odpowiednich zarazem – komentuje ks. Strzelczyk, gdy rozmawiamy przed ogłoszeniem nominacji abp. Galbasa, będącego wcześniej – zaledwie od trzech lat – metropolitą katowickim.

Przed obejmowaniem samodzielnych rządów może powstrzymywać biskupów pomocniczych także niechęć do odchodzenia z diecezji, w której są zakorzenieni, opór przed kierowaniem małą diecezją czy przed konfrontacją z układami, które zostają po poprzedniku. – Sytuacja Kościoła w Polsce jest tak trudna, że nawet sensowni i dobrze działający biskupi na ogół pozostawiają diecezję w bardziej skomplikowanej sytuacji niż ta, w jakiej ją obejmowali – komentuje Gospodarek.

To może rodzić opory przed brzemieniem odpowiedzialności, być może związane również z realistycznym oglądem samego siebie.

– Sam wolę trzymać się z dala od władzy, bo boję się, że mógłbym jej nadużywać – mówi ks. Strzelczyk. – Czasami patrzymy na człowieka i mówimy: „Ten by się świetnie nadawał”. Ale nie wiemy, jakie wewnętrzne koszty ponosi, żeby tak funkcjonować przy obecnych obciążeniach.

Wielu biskupów pomocniczych było też dobieranych właśnie pod kątem wykonywania zadań pomocniczych. Mogą odnajdywać się w roli wspierających ordynariusza, a jednocześnie mieć ograniczone możliwości samodzielnego kierowania diecezją. Dobrze, gdy są tego świadomi.

Jednocześnie biskupi pomocniczy wiedzą, jakie są możliwości i trudności funkcjonowania w tej właśnie roli. Niektórzy więc chcieliby zostać ordynariuszami właśnie dlatego, by uzyskać realną decyzyjność i wpływ. Inni wolą zostać nieco bardziej w cieniu.

Choć żaden biskup – także pomocniczy – w cieniu nie zostaje.

Czy każdy ksiądz chce zostać biskupem?

Bp Wołkowicz mówi o „nieszczęściu” i „krzyżu”. Bp Kleszcz twierdzi, że „wolałby, żeby ta nominacja się nie wydarzyła”. Gdy komentuję, że słowa bp. Zalewskiego nie brzmią entuzjastycznie, odpowiada: – Zgadzając się na nominację biskupią, nie do końca wiedziałem, jak to będzie. Wiele dowiedziałem się później. Tak naprawdę nieustannie uczę się tej posługi.

– Gdy będę odchodził z tego świata, nie chciałbym, by ktoś mi zarzucił, że nie podjąłem jakiegoś wyzwania z wygodnictwa czy lenistwa. Zgodziłem się w duchu zaufania, że jeśli Bóg powołuje mnie, to także mnie uzdolni – dodaje po chwili.

Podobnie widzi to bp Kleszcz: – Jeśli Pan Bóg daje zadanie, to ofiarowuje również łaski do poradzenia sobie z nim. Owszem, kiedy się zgodziłem, pomyślałem sobie: „Co ja najlepszego zrobiłem?”. I wciąż jestem przytłoczony zadaniami, ale pamiętam, że nie jestem w tym sam. Skoro więc nominacja się pojawiła, to z odpowiedzialności za Kościół podjąłem się zadania.

A bp Wołkowicz opisuje: – Jestem przekonany, że Pan Jezus wie, co robi, i doświadczam, że pójście za tym, czego chce Pan Bóg, jest dużo piękniejsze niż szukanie tego, co ja chcę. Bałem się tego i wciąż się boję, ale ufam.

Czy to tylko społeczna norma nakazująca biskupom twierdzić, że biskupami być nie chcieli (a przynajmniej niuansować, powołując się na Pierwszy List do Tymoteusza, w którym św. Paweł pisał: „jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania”)?

Gospodarek twierdzi: – Na ile znam księży, to rzadko zdarza się, że któryś szczerze nie chciałby być biskupem. Wielu z nich z tyłu głowy ma poczucie, że to upragniona ścieżka awansu.

Skoro jednak odmowy zdarzają się częściej niż kiedyś, to coś jest na rzeczy. Jak to lapidarnie ujął w rozmowie na potrzeby „Pastwiska” ks. Matteo Campagnaro, wówczas sekretarz kard. Nycza, dziś rektor Seminarium Misyjnego „Redemptoris Mater”: – Dzisiaj być biskupem? Nie, dziękuję. Młody chłopak sto razy zastanowi się, czy chce iść do seminarium. A ksiądz sto razy się zastanowi, czy chce zostać biskupem.

Biskupstwo to obciach?

Ksiądz rozważający, czy zostać biskupem pomocniczym, jest świadom kilku rzeczy.

Po pierwsze, że to duża odpowiedzialność przy coraz bardziej ograniczonych możliwościach efektywnego działania. Wśród kleru rośnie świadomość tego, że autorytet urzędowy biskupów zanika, osobisty zaś wyrobić sobie znacznie trudniej, zwłaszcza w napiętej sytuacji społeczno-politycznej, także wewnątrzkościelnej.

Abp Galbas mówił mi: – To, co kiedyś być może mogło być ponętne w tej posłudze, bo wynikało z mechanizmu: „Jesteś ważny, bo jesteś biskupem”, zniknęło. Na szczęście.

Bp Stułkowski: – Biskupom się przykłada. Z różnych stron, słusznie i niesłusznie.

Bp Wołkowicz: – Wyzwania są większe niż kiedyś. Wystarczy posłuchać o skandalach, zarzutach, ludziach, którzy odchodzą z Kościoła, protestach. Sytuacja społeczna się zmienia.

Bp Kleszcz: – Pozycja społeczna biskupa, a także księdza, się zmieniła. Kiedyś wystarczyło wyjść na ulicę w sutannie czy habicie i z automatu uzyskiwało się szacunek. Teraz trzeba sobie na szacunek zasłużyć: biskup musi być bratem, który słucha i rozmawia.

Bp Zalewski: – Jeśli ktoś jeszcze widzi w byciu biskupem sposób na uzyskanie pozycji, to się myli. To już nie działa. Sytuacja społeczna i wizerunek duchowieństwa nie zachęcają do podjęcia tej drogi. Takie decyzje, choć niełatwe, należy podjąć również w duchu odpowiedzialności za Kościół.

Jeden z moich duchownych rozmówców nazywa rzecz lapidarniej: – To nie całkiem sprawiedliwe, ale z perspektywy zwykłych ludzi, zwłaszcza młodych, bycie dziś biskupem to po prostu obciach.

Harówka bez władzy

Po drugie, jako biskup pomocniczy ma się niewiele do powiedzenia. – Bycie pomocniczym to bardzo trudna funkcja – komentuje jeden z księży. – Nie masz realnej władzy, bo jak wikariusz podlega pod proboszcza, tak ty podlegasz pod ordynariusza.

A większość biskupów pomocniczych nigdy nie zostanie biskupami diecezjalnymi.

Działanie utrudnia też brak zaufania w Kościele. Abp Galbas w „Pastwisku” wspominał: „Kiedy miałem przyjąć święcenia biskupie, jeden z kolegów księży powiedział mi: »Teraz już nikt nie powie ci prawdy«”.

Po trzecie, kandydat na biskupa pomocniczego wie, że to funkcja bardzo pracochłonna. Pewien duchowny opowiadał mi o rozmowie z biskupem pomocniczym: – Powiedział, że chyba był durny, że się zgodził. Na nic nie ma czasu, co chwila wizytacja, bierzmowanie i jeszcze kolejne zadania tego samego dnia. Ciągle w drodze.

Niektórym księżom jest więc lepiej tam, gdzie są. Nie musi to – choć może – oznaczać wygodnictwa, ale także rozeznanie, w jakim miejscu efektywniej przysłużą się wspólnocie Kościoła. Bp Stułkowski przyznawał mi np., że został biskupem pomocniczym właśnie wtedy, kiedy realnie zaczął „więcej rozumieć z funkcji rektora seminarium”. Bp Zalewski mówi zaś: – Jako proboszcz jednej z ełckich parafii czułem się na swoim miejscu.

– A gdy czujesz się na swoim miejscu, że to, co robisz, ma sens, przynosi dobro, że jesteś akceptowany, to nie musisz aspirować do pełnienia funkcji może i wyżej w hierarchii, ale jednocześnie pozbawionej realnego sprawstwa – komentuje jeden z duchownych.

Ks. Strzelczyk zaś puentuje: – Złośliwi mówią, że ci, którzy powinni zostać biskupami, tego nie chcą, a ci, którzy chcą, nie powinni. Niektórzy o tym marzą, a niektórzy zupełnie tego nie pragną, bo mają świadomość, jaka odpowiedzialność się z tym wiąże, zwłaszcza obecnie, albo czują, że są na swoim miejscu, a do tego nie chcą objąć funkcji bez wpływu na cokolwiek.

Kandydat optymalny

Ci, którzy decydują się zabiegać o biskupstwo lub o nim marzą, też mają trudniej niż kiedyś. Przez lata dominowały precyzyjne ścieżki robienia kariery w Kościele: przez seminarium, kurię lub Rzym (ewentualnie łącząc te drogi). Dziś częściej niż kiedyś biskupami zostają proboszczowie, a różnorodność doświadczenia, z jakim duchowni zostają biskupami, rośnie z pożytkiem dla Kościoła. 

Niedawno mianowanych biskupów zapytałem także o korzyści z dotychczasowej pracy dla ich nowej funkcji.

– Dzięki pracy w seminarium znam bardzo wielu księży, mam nawiązane z nimi relacje, również oni mnie znają: zarówno od lepszej, jak i gorszej strony. To ułatwia moje bycie dla nich – odpowiada bp Wołkowicz.

Bp Kleszcz odwołuje się do zakonnego doświadczenia: – Będę namawiał księży na parafiach, by wspólnie się modlili, by choć raz w tygodniu odmówili razem jutrznię. Mam też nadzieję, że franciszkańskie doświadczenie pozwoli mi utrzymać prostotę bycia i przekazu Ewangelii.

A bp Zalewski wskazuje: – Dzięki temu, że sam byłem proboszczem, wiem, z jakimi problemami spotykają się księża na parafiach, ale też znam realia życia wiernych, w tym młodych, którzy odchodzą z Kościoła. Myślę, że dotychczasowe doświadczenie i posługa duszpasterska pozwala mi lepiej rozumieć, co przeżywają wierni.

Mimo zwiększającej się różnorodności wciąż da się naszkicować portret optymalnego kandydata na biskupa pomocniczego. Obejmowałby on studia w Rzymie, doświadczenie i wykładowcy, i duszpasterza, najlepiej proboszcza, ortodoksję w sprawach doktrynalnych, przywiązanie do spuścizny Jana Pawła II, ale też otwartość na niektóre pomysły papieża Franciszka, np. synodalność, oraz czystą kartę w sferze tuszowania przestępstw seksualnych wśród duchownych.

I choć wyjątki – jak w Krakowie przy nominacji bp. Chrząszcza – się zdarzają, to jednak wciąż najwięcej do powiedzenia przy nominacji biskupa pomocniczego ma ordynariusz. Papież powołuje dwóch-trzech biskupów każdego dnia, więc nie jest w stanie realnie ocenić ani kandydatów, ani potrzeb diecezji, w których będą funkcjonować. Przy braku zainteresowania sytuacją w Polsce – tym bardziej.

O składzie terno niektórzy ordynariusze decydują samodzielnie, inni konsultują się ze współpracownikami, kolejni – z duchowieństwem. Gdy został arcybiskupem warszawskim, kard. Nycz rozesłał ankietę do wszystkich księży, prosząc ich o wskazanie spośród siebie kandydatów na biskupów pomocniczych. Powołani za jego rządów Rafał Markowski, Józef Górzyński i Michał Janocha pojawiali się w odpowiedziach często, a sam Nycz w „Pastwisku” przekonywał, że „nie zawiódł się na tej zbiorowej intuicji” i „że nie musi się wstydzić za biskupów, których wskazał”.

Zwrócenie oczu ku duszpasterzom i zależne od woli ordynariusza konsultacje nie są jednak ani systemowym sposobem zapewnienia różnorodności doświadczeń wśród hierarchów, ani tym bardziej udziału wspólnoty lokalnego Kościoła w wyborze biskupów. A może także to byłoby sposobem na znajdowanie kandydatów zarazem najlepszych i gotowych do przyjęcia nominacji?

IGNACY DUDKIEWICZ jest redaktorem naczelnym Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Krótka ławka w Episkopacie