Przypadek ks. Puzewicza: zło przebrane za dobro jest szczególnie niszczące

Sądziłem, że jestem już zaimpregnowany na takie informacje o jakimkolwiek duchownym. A jednak reportaż o księdzu Puzewiczu był dla mnie jak uderzenie obuchem.
Czyta się kilka minut
Ks. Mieczysław Puzewicz podczas wręczenia Nagrody im. Jana Pawla II „Veritatis Splendor". Kraków, 15 października 2018 r. // Fot. Marek Lasyk / REPORTER
Ks. Mieczysław Puzewicz podczas wręczenia Nagrody im. Jana Pawla II „Veritatis Splendor". Kraków, 15 października 2018 r. // Fot. Marek Lasyk / REPORTER

Poznałem go, gdy miałem 19 lat. Lubelszczyznę nawiedziła powódź, pojechaliśmy do Wilkowa, by usuwać jej skutki. Pomoc koordynował ks. Mieczysław Puzewicz, twórca lubelskiego Centrum Wolontariatu. Już wówczas – „człowiek-instytucja”.

Potem przeprowadziłem z nim wywiad dla Magazynu „Kontakt” – o wolontariacie, bliskości, wrażliwości, nieoczywistych sposobach pomocy. Jego słowa o byciu obok, towarzyszeniu, programie resocjalizacji młodocianych przestępców poprzez wspólną wędrówkę i rozmowę z doświadczonym towarzyszem zmieniły mój sposób myślenia o świecie.

Śledziłem, jak pomaga więźniom, uchodźcom, migrantom, młodzieży, osobom w kryzysie bezdomności. Jak wokół siebie gromadzi ludzi chcących lepszego świata. Czytywałem czasem, w jaki sposób pisze o Ewangelii – prosto, dobitnie, przejmująco.

Uruchamianie odtwarzacza...

To wszystko prawda. Ale okazało się, że fatalnie niepełna. Reportaż Pawła Piotra Reszki w „Gazecie Wyborczej” był jak uderzenie obuchem w łeb. Trafiłem na niego przypadkiem. I choć nie padło w nim nazwisko księdza, na podstawie informacji z tekstu wywnioskowaliśmy, o kogo chodzi, albo w kilka sekund wyszukaliśmy je w internecie. Mieczysław Puzewicz. To on wykorzystywał seksualnie kobiety. To on się wszystkiego wypierał (po dziesięciu dniach wydał oświadczenie, w którym przyznał się do zarzucanych mu czynów i przeprosił). To on okazał się zręcznym manipulantem i wirtuozem wizerunkowego zakłamania. Mój Boże, on?

Zadzwoniłem do bliskiej mi osoby, niewierzącej, ale świetnie zorientowanej w tematyce działalności społecznej. Też była w szoku. Niedługo później napisała mi: „Nie mogę się pozbierać”. Ja też nie mogłem.

Sprawa ks. Puzewicza – utrata zaufania i duchowa pustka

Sądziłem, że jestem już zaimpregnowany na takie informacje o jakimkolwiek duchownym. Pisząc „Pastwisko”, książkę o władzy w Kościele w Polsce, wypracowałem sobie strategię obronną – emocjonalną tarczę na wszelki wypadek. Jak się okazało, nie całkiem skuteczną.

Zastanawiam się więc, czemu.

Najprościej byłoby powiedzieć, że nie chodzi jedynie o rozczarowanie osobą – tym bardziej że księdza Mieczysława znałem tylko pobieżnie. Chodzi o rozczarowanie znakiem i figurą. To naiwne, ale przecież ludzkie. Chodzi o rozczarowanie światem, w którym jakiś punkt odniesienia, nawet jeśli głównie symboliczny, upada. Tego typu relacja jest w mniejszym stopniu oparta na poznaniu, a bardziej na zaufaniu, wręcz przymierzu. Gdy ono pęka, jest nie tylko zawód – ale pustka.

Nie chodzi tu bynajmniej o figurę księdza. Poznawanie systemowych problemów Kościoła – nie tylko w Polsce – skutecznie leczy z klerykalizmu. Jestem wystarczająco świadomy tego, że mamy strukturalny problem z relacjami między księżmi a wierzącymi, nadużywaniem pozycji (nie zawsze skutkującym przemocą seksualną, czasem emocjonalną czy paternalizmem), dorabianiem do bycia księdzem ideologii zawierającej się w przekonaniu, że jest to stan uprzywilejowany, lepszy, bardziej obdarzony Bożą łaską. Klerykalizm to w istocie system opowieści, w ramach którego ksiądz staje się właśnie symbolem, reprezentacją – i przez to przestaje być rozliczany jako osoba. To rodzaj idolatrii. Mechanizm dotyczy nie tylko księży – choć z przyczyn strukturalnych ich w sposób szczególny. Wiem to wszystko, więc nie chodzi o figurę duchownego, nawet takiego, o którym nie pomyślałoby się, że mógłby seksualnie wykorzystywać innych.

W przypadku ks. Puzewicza zadziałał archetyp silniejszy, ważniejszy dla wierzącego: świadka Ewangelii. Nie chodzi o jego kapłaństwo. Ale o przekonanie, możliwe dotąd do żywienia przeczucie, wrażenie, że jest w nim jednia, spójność, konsekwencja. Dlatego nie odczuwam rozczarowania instytucją (nie sposób już we mnie tego uczucia wzbudzić), nawet nie osobą. To utrata pewnej części duchowego świata. Bo wydawał się – podobnie jak choćby Jean Vanier – jednym z chodzących dowodów na to, że się da. Że w ciemności jest światło. Że Ewangelia może być realizowana w praktyce.

Czy mam przestać w to wierzyć?

Duchowa trucizna: skoro on, to może już każdy?

Simone Weil – upraszczając – przekonywała, że największe zło dokonuje się wtedy, gdy człowiek spotyka się z przemocą, brutalnością i krzywdą tam, gdzie szukał świętości, nadziei, ratunku. Że szczególnie niszczące jest zło, które działa w imieniu dobra, za dobro przebrane. To bowiem sytuacja, gdy pęka coś w samym sensie, w miejscu, które miało być czyste i przejrzyste. A to powoduje duchowe spustoszenie.

Widzimy to często w opowieściach osób skrzywdzonych seksualnie w Kościele. Również w opowieściach kobiet skrzywdzonych przez ks. Puzewicza. Ich krzywda jest nieporównywalnie większa niż kogokolwiek innego w tej sprawie, w oczywisty sposób najważniejsza. Ale ten „święty kapłan”, nagradzany, wskazywany, świadczący, będący dla ludzi znakiem i drogowskazem, skrzywdził – choć w innej skali – także innych. Skala rozziewu między wizerunkiem, ale przecież także realnym dobrem, które czynił (i które w żaden sposób nie usprawiedliwia, nie umniejsza i nie relatywizuje krzywdy molestowanych kobiet), a mrokiem, który w sobie niósł i który rozsiewał, uderza szerzej.

Dotknęła innych księży, którzy już i tak noszą piętno związku z instytucją systemowo ukrywającą przestępców seksualnych. Dotknęła wierzących i wierzące. I znów: nie chodzi o żaden zniszczony wizerunek. Chodzi o miłość, zaufanie, wiarę w możliwość życia Ewangelią, w braterstwo i siostrzeństwo.

Nie ma wątpliwości, że opieranie podobnych zawierzeń i zaufania na ludziach, zwłaszcza słabo poznanych, nie jest mądre. Ale wszyscy to przecież po części robimy: w życiu rodzinnym, społecznym, politycznym, zawodowym, religijnym.

Dlatego nie mam dziś pewności, czy właśnie sprawa ks. Puzewicza nie zmieniła na zawsze czegoś w moim spojrzeniu. Czy już ostatecznie nie zasiała we mnie wątpliwości, że skoro on, to być może już każdy?

A wiem przecież, że nie każdy. Wiem, że nie tylko księża – widziałem wszak, jak ciężko zbierały się z szoku duchowe dzieci Jeana Vaniera. Rozumiem, że niezgoda na obecność w jednej biografii dobra i zła to dziecinada. Rzecz w skali tego dobra i zła, a więc także w rozmiarze pęknięcia w samym środku. Ewangelia obiecuje, że „po owocach ich poznacie”, tymczasem te owoce mogą być pomieszane i zatrute.

W moim oku jest już opiłek lustra. Znając proporcję, można powiedzieć, że to jak z dopingiem w sporcie. Skoro szprycował się nawet Lance Armstrong, kolarski idol nad idole, to może bezpieczniej, słuszniej i rozsądniej jest zakładać, że wszyscy kolarze brali? Brało przecież wielu, o których nie wiemy i nigdy się nie dowiemy.

Właśnie teraz zaczynam rozumieć tych, którzy w kontakcie z Kościołem zawsze wolą zakładać możliwość spotkania seksualnego przestępcy. Zaczynam zastanawiać się, czy jeszcze kiedykolwiek będę miał poczucie, że zapraszając czy zaprowadzając moje dzieci do kościelnej przestrzeni, mogę mieć pewność, że są bezpieczne. Czy poza nielicznymi wyjątkami bliskich relacji z duchownymi, których naprawdę dobrze znam, warto próbować? Może zresztą mi się tylko wydaje, że ich znam?

To trucizna, wiem.

Ale działa.

Duchowość oparta na iluzji to budowanie na piasku

Jeśli więc nie chcę, by opiłek lustra utknął w moim oku na zawsze, muszę coś z tym doświadczeniem zrobić. Tylko co? Czy jako Kościół – wspólnota, pojedynczy ludzie – mamy język do jego opisu? Rytuał do jego przeżycia? Przestrzeń na przepracowanie utraty? Bez zamiatania pod dywan, bez relatywizacji, bez umniejszania, z poważnym potraktowaniem?

Póki nie, to próbuję przynajmniej przypominać, utrwalać, powtarzać sobie, że wiara nie może opierać się ani na czystości struktur, ani na świętości świadków, bo wówczas zawsze runie. Że jeśli ma trwać, to musi opierać się na trwaniu przy świetle, nawet gdy ono się ukrywa lub jest brutalnie zakrywane. Powtarzać za Weil, że miłość do Boga nie oczekuje ani nagrody, ani bezpieczeństwa, ani nawet sensu. Wszystko to może pęknąć i runąć, a miłość pozostaje.

W tym sensie sprawy takie jak ks. Puzewicza to też impuls do oczyszczania duchowości, do trzebienia z siebie resztek klerykalizmu, do zakwestionowania wzorów, punktów odniesienia, do uwalniania się od potrzeby „świętych ludzi”, do uświadamiania sobie, że szukanie inspiracji i świadectw w życiu innych może być owocne, ale opieranie swej duchowości – choćby w części, wszak ksiądz Mieczysław był mi punktem odniesienia odległym – na kimkolwiek innym niż Bóg to budowanie na piasku.

To duchowość ostatecznie bardziej uwolniona od iluzji, więc trwalsza. Nawet jeśli bardziej samotna. To zgoda na pustkę, ale pustkę, w której po kolejnym odczarowaniu obrazów Kościoła i ludzi – także samego siebie – można być bliżej Boga.

IGNACY DUDKIEWICZ jest redaktorem Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Opiłek w oku