Powódź 2024: dlaczego rzeki w Polsce znowu wylały?

W południowo-zachodniej Polsce rzeki wystąpiły z brzegów i zalały liczne drogi. Pod wodą znalazły się: Kłodzko, Lądek-Zdrój, Stronie Śląskie, Nysa, Jelenia Góra. Rzeka Biała Głuchołaska przelała się przez wały i zmyła mosty, a potem wdarła się do Głuchołazów.
Czyta się kilka minut
Powódź w Polsce: dlaczego rzeki znów wylały?
Powódź w Kłodzku. 15 września 2024 r. // Fot. Wojciech Kozioł / Forum

W niedzielny wieczór Regionalny Zarząd Wód Polskich we Wrocławiu informował o krytycznej sytuacji na tamtejszych zbiornikach przeciwpowodziowych, m.in. w Sobieszowie, Cieplicach i Mysłakowicach. Premier Donald Tusk zapowiedział wprowadzenie stanu klęski żywiołowej.

Dlaczego w Polsce doszło do kolejnej powodzi?

Kataklizm wywołany został przez cykliczny niż genueński, układ niskiego ciśnienia tworzący się nad północnymi Włochami i przynoszący środkowo-wschodniej Europie deszcz i śnieg. Opolszczyzna i Dolny Śląsk patrzyły na weekendowe prognozy pogody z rosnącymi obawami. Zapowiadane sumy opadów były bezlitosne i przynosiły na myśl tragiczne powodzie z lat 1997 i 2010. Z tamtych kataklizmów polski system przeciwpowodziowy wyszedł odmieniony. Powstały między innymi numeryczne modele terenu, pozwalające przewidzieć kierunki wezbrań. W dorzeczu Odry wybudowano tzw. suche zbiorniki retencyjne, mogące przyjąć falę powodziową (w tym Racibórz Dolny, największy w tej części Europy, który w niedzielę pierwszy raz rozpoczął pracę operacyjną), jazy oraz wały. Na prawym brzegu Wisły w Warszawie powstał tzw. mur oporowy.

Wydaje się, że pewne rzeczy musimy sobie wciąż powtarzać: w realiach klimatycznej katastrofy suma rocznych opadów atmosferycznych się nie zmienia. Zupełnie inna jest jednak ich struktura. Długotrwałe okresy suszy przeplatane są krótkimi, ale bardzo intensywnymi opadami. Normą stają się deszcze nawalne, gwałtowne, podczas których przez kilka godzin z nieba spaść może tyle wody, co dawniej w dwa miesiące.

Powodzie były, są i będą. To zjawisko, którego nie da się uniknąć. Co innego neutralizowanie ich skutków. 

Czego brakuje polskim rzekom?

Dzika rzeka wylewa o wiele częściej niż uregulowana. Zdarza się, że dzieje się to kilka razy w roku. Są to jednak powodzie przewidywalne i wywołujące znikome straty – pod warunkiem, że nikt nie buduje się na terenach zalewowych. Jednak polskie rzeki to w większości cieki proste i wybetonowane. Przypominające rynny, których zadaniem jest jak najszybsze odprowadzenie wody. Pozbawione naturalnych terenów zalewowych, obudowane wałami oraz drogą infrastrukturą, rzeki są bezbronne wobec kataklizmu. Urządzenia regulujące – zbiorniki przyjmujące fale, wały, jazy – są skuteczne tylko do pewnego stopnia. Prędzej czy później kumulacja żywiołu musi dać opłakane skutki. Z czasem wody będzie tyle, że żadna infrastruktura nie da rady powstrzymać fali. Każdy mur czy wał, nieważne jak wysoki, w końcu okaże się zbyt niski (i to w czasie, kiedy większa część Polski – północny zachód, centrum i cała ściana wschodnia – mierzy się z suszą).

Czy można powstrzymać powodzie

W takich chwilach należy kibicować służbom ratowniczym i organizować pomoc. Ale nie sposób nie zwrócić też uwagi na to, o czym naukowcy i przyrodnicy grzmią od lat. Naturalna retencja krajobrazowa w Polsce ledwo dycha. Kolejne rządy budują betonowe zbiorniki, jednocześnie ignorując identyczne zastosowanie istniejących już mokradeł. Zamiast renaturyzować rzeki, łożą miliony złotych na tzw. „prace utrzymaniowe”, sprowadzające się do pogłębiania i udrażniania ich nurtu.

Jak przekonywał w 2020 r. w wywiadzie dla „Tygodnika” dr hab. Wiktor Kotowski, biolog z UW i Centrum Ochrony Mokradeł, fundusze wydawane na przeciwdziałanie powodziom w rzeczywistości przeznaczane są na coś odwrotnego. „Na prace utrzymaniowe na rzekach, które likwidowały lokalne wezbrania, natomiast potęgowały kolejne fale powodziowe. Ten proces trwa do dziś” – tłumaczył. W innym wywiadzie hydrolog dr Artur Magnuszewski tłumaczył nam, że rzeki naturalne, choć generują koszty i problemy, opłacają się człowiekowi o wiele bardziej niż te uregulowane. Renaturyzacja rzek to dziś w zachodniej Europie trend, polskie zarządzanie wodami śródlądowymi niestety się w niego nie wpisuje.

Ostateczny bilans powodzi na Opolszczyźnie i Dolnym Śląsku jest niewiadomą. Na falę wezbraniową wciąż czeka Wrocław. W pamięci jego mieszkańców silnie obecna jest powódź tysiąclecia z 1997 r. i jej konsekwencje dla miasta. Ze swoimi dramatami mierzą się również Czechy, Rumunia i Austria. Według prognoz na Dolnym Śląsku padać przestanie dopiero w nocy z poniedziałku na wtorek.

Powódź w Polsce: skala sił natury

Kiedy wody Morza Śródziemnego na skutek zmian klimatu parują intensywniej, i to w porach – mamy przecież wrzesień – kiedy zbliża się kalendarzowa jesień, zjawiska podobne do niżu genueńskiego przenoszą je aż do nas, powodując kataklizm. Nikt nie wątpi, że sytuacja jest w wielu miejscach tragiczna. Są jednak takie skale sił natury, którym cywilizacja w swoich wszelkich emanacjach nie może dać rady. I wcale nie dlatego, że są niewyobrażalne. Czasem są tylko niewiele większe niż granice, które możemy im postawić. Ale to „niewiele” robi kolosalną różnicę w losach ludzi, którzy muszą za to zapłacić.

Patrząc na nich, kiedy walczą o przetrwanie swojego świata, nie sposób nie myśleć, że mogliśmy zrobić więcej dla ich bezpieczeństwa. Ale nie myślmy też, że wobec zmian klimatu potrafimy żyć całkowicie bezpiecznie. Beton i technologie, typowe środki zaradcze antropocenu, nie wystarczą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Skąd przychodzi woda