Proszę do środka. Mama będzie prasować, tylko to ją jeszcze uspokaja – wyjaśnia i, nieproszony, wskazuje na elewacji, na jaką wysokość woda wdarła mu się do domu dwadzieścia siedem lat temu. – Nad to okno sięgała jak nic. W 2010 r. wody było mniej, za pas, ale my jesteśmy na lekkim wniesieniu. Trzysta metrów stąd, w stronę rzeki, sąsiedzi mieli już pod sufit.
Do sieni wchodzimy przez szeroką, ale niską, sięgającą ledwie kolan barykadę worków z piaskiem, które bronią wejściowych drzwi. Mieszkańcy terenów zalanych w 1997 i 2010 r. z doświadczenia wiedzą, że przez taką osłonę woda przesiąka wolniej. Wał wysoki na metr, jeśli nie ma solidnej podstawy, nie zatrzyma żywiołu nawet jeśli woda nie przeleje się górą. Przekładanie co cenniejszych rzeczy na górne półki też – jak twierdzą – nie ma sensu. Człowiek siedzi potem godzinami w takim domu postawionym do góry nogami, a koniec końców przychodzi woda i tak wyższa od tej z najgorszych wyobrażeń. W Jelczu-Laskowicach w kontekście powodzi mieszkańcom przechodzą do głowy tylko złe scenariusze.
Siadamy przy stole w kuchni rodzinnego domu dr. Michała Piekarskiego, który na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Wrocławskiego zajmuje się badaniem kultury strategicznej państwa polskiego, czyli m.in. zdolnością jego instytucji do zapobiegania i zwalczania różnych zagrożeń. Zza okna dobiega warkot śmigłowca. Piekarski znów nerwowo zerka na zewnątrz. Wygląda na zmęczonego i zestresowanego.
– Wał na razie trzyma, ale czy przetrwa najbliższe dwie doby, aż Jelcz-Laskowice minie fala kulminacyjna? – rzuca. – Przepraszam, o co pan pytał?
– Chciałbym się dowiedzieć, jaki obraz funkcjonowania państwa polskiego widzi pan w tych dniach z okien swojego domu i jak to się ma do teorii, którą się pan zajmuje?
– Chodźmy na wały – proponuje Piekarski. – Porozmawiamy po drodze.
Państwo polskie w czasie powodzi
Droga początkowo wije się wśród domów, ale za kościołem odbija w lewo i dalej biegnie głównie przez pola. Na skrzyżowaniu przy kapliczce mija nas mężczyzna na quadzie. Zatrzymuje się, wita z moim gospodarzem, zamieniają kilka słów o sytuacji nad rzeką. Quad odjeżdża. Za chwilę minie nas ponownie w przeciwnym kierunku, ciągnąc przyczepkę wypełnioną workami z piachem.
– Pytał pan o państwo. Ono jest gdzieś tam. I tam – ciągnie Piekarski, wskazując ręką na wał i niebo, po którym przelatuje właśnie kolejny wojskowy śmigłowiec. – Podczas tej powodzi państwo jest na pewno bardziej zauważalne niż w 1997 r. Dozoruje na wałach, wskazuje miejsca do naprawy, często kieruje do tych zadań wojsko i ciężki sprzęt. Instytucje publikują wiarygodne dane pogodowe i pomiary wysokości wody. 27 lat temu weszło do gry znacznie później niż teraz, bardziej chaotycznie. Ale czy widzi pan tu teraz przedstawiciela państwa? Ja od kilku dni nie widziałem nawet naszego dzielnicowego. Rozumiem, że to nie Wrocław. Ale tutaj też jest co i kogo bronić.
Znajdujemy się może kilometr od wału, który w każdej chwili może nie wytrzymać naporu fali powodziowej. Za naszymi plecami, w niespełna 16-tysięcznym Jelczu-Laskowicach działa fabryka mająca w ciągu kilku lat wyposażyć polską armię w setki ciężarówek, na których zostaną posadowione m.in. baterie systemu obrony powietrznej Narew oraz nowoczesna artyleria rakietowa rodziny Homar. Kilka kilometrów dalej we wsi Łęg fabrykę silników ulokowała Toyota.
– O, właśnie napisali, że potrzeba ludzi do wzmocnienia wału na nowym odcinku – wyjaśnia Piekarski, spojrzawszy w telefon. – Samorząd wezwał mieszkańców, ludzie się skrzykną, zbiorą materiał i uszczelnią wyrwę. Działamy z grubsza właśnie w takim modelu. Państwo dość sprawnie identyfikuje zagrożenia. Bierze na siebie najgroźniejsze zadania, a resztę ceduje na samorządy i obywateli.
– Chyba nie da się inaczej przy katastrofie tej skali? – pytam.
– Być może. Tylko czy działamy tak, bo sobie to w ten sposób zaplanowaliśmy, czy dlatego, że inaczej się nie da?
Ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej
16 września rząd błyskawicznie przyjął projekt ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej, która ma zapełnić lukę w przepisach spowodowaną wejściem w życie – jeszcze za poprzedniej władzy – ustawy o obronie ojczyzny. PiS skasował po 2022 r. starą ustawę o obronie cywilnej, a w jej miejsce miała wskoczyć megaustawa o ochronie ludności, w której rząd Morawieckiego zamierzał połączyć zarówno kwestie obrony cywilnej, zarządzania kryzysowego, jak i skutków likwidacji zdarzeń kryzysowych. W projekcie pojawiło się jednak dużo rozwiązań kontrowersyjnych, m.in. nowe stany nadzwyczajne, które pozwalały władzy centralnej tymczasowo przejmować kontrolę nad samorządami. Ostatecznie projekt nie trafił do Sejmu przed końcem poprzedniej kadencji.
Dokument przyjęty 16 września koncentruje się na siedmiu kluczowych zadaniach: od nałożenia na organy państwa obowiązku bieżącego monitorowania różnych zagrożeń, przez opracowanie planów ewakuacji ludności i stworzenia sieci schronów, szkolenia dla instytucji i obywateli, aż po finansowanie tych wszystkich zadań, które co roku ma pochłaniać co najmniej 0,3 proc. PKB. Ustawa ma za jednym zamachem porządkować dwie rzeczywistości: państwa pokoju i państwa czasu wojny. Te same struktury, rozwiązania i przepisy, które na co dzień będą służyć ochronie ludności, w trakcie ewentualnego konfliktu zbrojnego miałyby się przekształcać w obronę cywilną.
Z puntu widzenia przeciętnego obywatela najważniejszą zmianą jest narzucenie samorządom przygotowania szczegółowych planów ewakuacji i przyjęcia ludności. Dokumenty będą musiały nie tylko zaplanować obie operacje, ale od razu wyznaczyć do tego odpowiednie środki i narzędzia. To spora zmiana, bo dotychczasowe przepisy mówiły jedynie, że ewakuację należy zorganizować, ale nie zobowiązywały już do zaplanowania realizacji tego zadania.
– U nas ewakuację ogłosili w poniedziałek – mówi Michał Piekarski. – Gmina podstawiła autobusy, bo akurat mamy komunikację miejską. Ale w sąsiednich wsiach zarządzenie dobrowolnej ewakuacji sprowadziło się do jej ogłoszenia. Gmina nie miała czym jej zrealizować, a czasu na znalezienie samochodów zabrakło. Gdyby sytuacja była na tyle poważna, że ludzie chcieliby naprawdę wyjechać, skończyłoby się sąsiedzkimi podwózkami i apelami do firm o wypożyczenie aut.
Na szczęście, jak mówi ze śmiechem Piekarski, polski porządek prawny nakazuje samorządom przygotowanie się do zagrożenia, jakim jest powódź. Ustawa o zarządzaniu kryzysowym przewiduje stworzenie krajowego planu zarządzania kryzysowego, który jest dokumentem częściowo tajnym. W oparciu o te założenia państwo planuje scenariusze reakcji na rozmaite zagrożenia, wskazuje dla każdego z nich instytucję wiodącą, na tyle, na ile to możliwe na papierze, wyznacza też granice kompetencji między rozmaitymi służbami i instytucjami. Własne plany zarządzania kryzysowego, skorelowane z centralnym, muszą mieć województwa i samorządy. Wszystko to pozwala nie najgorzej przygotować się na najczęściej spotykane zagrożenia, o ile oczywiście władze lokalne podejdą do sprawy z rozsądkiem.
– Bo niestety wciąż się zdarza, że w gminie ktoś do planu lokalnego po prostu przekleja fragmenty planu krajowego – mówi Michał Piekarski. – Przy katastrofie dużej skali chaos jest wówczas nieunikniony.
Pomoc dla powodzian
14 września w Głuchołazach mogło być gorzej. Na ścianie kościoła przy tutejszym rynku na wysokości około dwóch metrów zaznaczono poziom wody podczas powodzi z lipca 1903 r. W niedzielę 15 września woda w rynku sięgała metra. Pozostało po niej błoto, ale brunatną powierzchnię poprzecinały już dziesiątki linii wyznaczonych przez opony rowerów i tysiące odcisków stóp. Miasto szybko wraca do życia.
Pod starą lipą na środku rynku z polowej kuchni wydaje mieszkańcom grochówkę jedna ze śląskich organizacji pozarządowych. Kolejka liczy kilkadziesiąt osób, w większości bez dachu nad głową. Fala, która przeszła przez Głuchołazy, pozbawiła domu ok. siedemset rodzin. Rozmowa z czekającymi na pierwszy tego dnia ciepły posiłek mieszkańcami szybko skręca więc w stronę pretensji.
Część brzmi niepokojąco, choćby opowieści o starszych mieszkańcach pobliskiego Bodzanowa, którzy w ogóle nie dowiedzieli się o ewakuacji, bo władze gminy miały ogłosić ją tylko w mediach społecznościowych. Większość oddaje jednak raczej stan ducha ludzi, którzy chcieliby jak najszybciej wrócić do normalności.
„W urzędzie pytali, na jaką wysokość woda wlała mi się do domu. A co, miałam mieć ze sobą centymetr?”. „W punkcie z darami dla powodzian dają tylko zwykły ryż i makaron, ja mam dziecko chore na bezgluten, a woda zabrała samochód”. „U mojej siostry już włączyli wodę, a u mnie, trzy ulice dalej, będzie za pięć dni”.
Kolejka nie ma wątpliwości, że państwo sobie nie radzi. Nad głowami latają wprawdzie helikoptery, wojsko stawia przeprawę pontonową, która zastąpi zerwane mosty, a w pobliskiej Nysie ruszył szpital polowy. Urzędy przyjmują w uproszczonym trybie wnioski o zasiłki powodziowe. Ale zdaniem kolejki to za mało.
W trzeciej dobie po przejściu fali powodziowej państwo nadal ogranicza się do doprowadzenia Głuchołazów do stanu, w którym mieszkańcy będą mogli przejąć miasto. A że ludzie nie mają dostatecznie dużo żywności i niemal żadnych leków? Czy to nie dziwne, że po powodzi rząd zaczyna od sprzątania gruzów, ale nie wpadnie mu do głowy, że na miejscu przydałaby się wojskowa kuchnia polowa?
Pamięć o roku 1997 trochę łagodzi gorycz. Wtedy, jak mówią mieszkańcy, przez trzy dni w zasadzie byli bez żadnej pomocy. Pierwsi pojawili się zresztą wolontariusze. Być może państwo – zastanawiają się kolejkowicze – przywykło więc do tego, że powódź uruchamia lawinę ludzkiej solidarności, i uważa, że może ludziom zostawić wszystko, co nie wymaga użycia ciężkiego sprzętu?
Powodzianie z doświadczeniem
Kilkaset metrów od rynku, przy korycie Białej Głuchołaskiej, pracują dźwigi i spychacze. Tu warstwa błota naniesionego przez powódź jest grubsza i wciąż trzyma wilgoć.
W jednym z zagłębień resztkami sił szamoce się rybka, która przegapiła powrót rzeki do koryta. – Odniósłbym cię, kochana, do wody, ale w tej chwili nie da się tam dojść przez gruzy. Wybacz, takie życie – niespodziewanie zwraca się do niej Jan Ćwiek.

Ćwiek, były głuchołaski radny, do swojego miasta dotarł dwie doby po przejściu fali. Powódź złapała go w podróży służbowej. Wracając nocą, nie wiedział, co zobaczy o świcie. – Mieszkam blisko rzeki, cieszyłem się, że dom przynajmniej przetrwał. Tej powodzi nie ma nawet sensu porównywać z dwiema poprzednimi. W 2010 r. w rynku prawie nie mieliśmy wody – zaznacza.
W sobotę 14 września burmistrz zaapelował o ewakuację. Posłuchała go garstka mieszkańców, co wzbudziło potem masę niezdrowych emocji w mediach. Rzecz w tym, że – jak zauważa Ćwiek – mieszkańcy kierowali się dokładnie tym, czego media oczekiwały również od władz zalanych miejscowości, czyli wnioskami wyciągniętymi z poprzednich powodzi.
– W 2010 r. też ogłoszono ewakuację, woda okazała się niska i większość ewakuowanych szybko wróciła do domów. W sobotę wielu zostało więc u siebie, wychodząc z założenia, że i tym razem będzie podobnie. No i wiemy już, że to był błąd. Tylko że skali tego kataklizmu nie dało się przewidzieć – zapewnia.
Głuchołazy miały Aleję Orderu Uśmiechu, na cześć pochodzącej stąd Ewy Chrobak, która jako dziecko stworzyła projekt graficzny tego odznaczenia. Brązowe tablice z nazwiskami kilkunastu laureatów wpasowano w chodnik, na wzór alei gwiazd w Los Angeles.
– Każda tablica to było ze dwadzieścia kilo czystego brązu, a pod tym był jeszcze kawał betonowego cokołu. Łącznie po kilkadziesiąt kilo. Woda wyrwała nawet to – opowiada szef głuchołaskiego domu kultury Tomasz Kanas. – Teraz znajdujemy je w różnych miejscach. Jedną zawlekło na skrzyżowanie, z półtora kilometra od miejsca, w którym była wmurowana.
Dlatego – wtóruje mu Jan Ćwiek – nie można zarzucać włodarzom miasta, że nie wyciągnęli wniosków z poprzednich powodzi. Przeciwnie, to właśnie tamte kataklizmy były dla władz punktem odniesienia w planowaniu przygotowań na ewentualną powtórkę.
– Po poprzednich dwóch powodziach zrozumieliśmy, że most na Białej jest zawieszony zbyt nisko nad jej korytem i duża woda może go zerwać. Na rzece zrobi się wtedy zator, który przekieruje ją w stronę rynku. Trwały właśnie prace nad jego podniesieniem, ale pogoda nie dała nam szans. W sobotę przyszła fala, jakiej nie spodziewał się tu nikt. Po powodzi z dziewięćdziesiątego siódmego podniesiono z kolei wał na odcinku, który wtedy zawiódł. Tylko że tym razem nurt szedł inaczej i podmył wał w innym miejscu. Tutaj, na Dolnym Śląsku, jesteśmy trochę jak ci generałowie ze znanego przysłowia. Możemy się przyszykować jedynie na wojnę z przeszłości – mówi były radny.
Pięć dekad wstecz
Wieczorem 12 lipca 1903 r. w centrum Breslau nie było słychać ptaków. Pod powierzchnią wody znikł nawet most Uniwersytecki. Kilka godzin wcześniej poziom Odry w mieście przekroczył siedem metrów i jej wody zlały się z wezbraniem pobliskiej rzeki Oławy. Do Breslau dotarła fala powodziowa spowodowana katastrofalnymi opadami w Sudetach, które trwały od 9 do 10 lipca. W drodze na północ woda uderzyła m.in. w Głuchołazy, a w pobliskim Jarnołtówku zabrała ze sobą kościół. We wsi Moszczanka jej łupem padły 32 domy. W Prudniku zalała zakłady włókiennicze. W Racławicach Śląskich zmiotła solidny kamienny most kolejowy.
Powódź z lipca 1903 r. wstrząsnęła Niemcami do tego stopnia, że tuż po przejściu fali Berlin ogłosił plan wielkiej regulacji górnego dorzecza Odry. To wtedy powstała m.in. spektakularna tama w Pilchowicach, zbiornik w Jarnółtówku i zapora w Stroniu Śląskim. Dwie pierwsze konstrukcje wytrzymały napór wody, która spadła kilkanaście dni temu, i obroniły m.in. Głuchołazy przed zagładą. Tama w Stroniu nie sprostała wyzwaniu.
Prof. Artur Magnuszewski, hydrolog z Uniwersytetu Warszawskiego: – Niemcy postawili wtedy na system suchych zbiorników retencyjnych, czyli obiektów, które nie spiętrzają wody na stałe i stanowią jedynie rezerwę na wypadek nagłych opadów. Wysokość każdej tamy i jej wytrzymałość inżynierowie szacowali w oparciu o dostępne im dane o opadach. Problem w tym, że pomiarów ich wielkości dokonywano wówczas może od 50 lat. W tym, że ponad sto lat później wielkiej ulewy nie przetrwał tylko jeden z nich, upatrywałbym raczej dowodu na solidność tych konstrukcji i zapobiegliwość ich konstruktorów.
Czas płynie jednak równie nieubłaganie co fala powodziowa. W zeszłorocznym raporcie IMGW o stanie technicznym 108 budowli na terenie kraju kondycję aż 23 oceniono jako niedostateczną, a 18 opisano po prostu jako niebezpieczne dla okolicy. Część z tych zapór od dawna spiętrza wodę znacznie poniżej stanu przewidzianego przez konstruktorów, bo nie wytrzymałyby większego naporu. Stan techniczny 53 proc. zapór oceniono na dostateczny, a tylko 26 proc. jako dobry. Wśród regionów z infrastrukturą w najgorszym stanie znalazło się Dolnośląskie. Aż osiem z 25 budowli podlegających pod Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu nie spełniało w 2023 r. minimów technicznych, a pięć było uznanych za groźne dla otoczenia.
Biuro Prasowe IMGW nie odpowiedziało niestety na pytanie, czy w tym gronie znalazła się także stuletnia zapora na Morawce w Stroniu Śląskim, która flankowała zbiornik retencyjny mogący pomieścić około miliona metrów sześciennych wody. W 1997 r. tama uchroniła jeszcze Stronie przed zalaniem. W niedzielę 15 września napór wody okazał się już dla niej zbyt wielki.
Polowanie na winnych powodzi
Piątek, 20 września. Na obszarze dotkniętym powodzią nadal nie działa 439 szkół, przedszkoli i żłobków, a cztery odcinki biegnących po nim dróg krajowych pozostają nieprzejezdne. Blisko 9 tys. osób ewakuowano z miejsc zamieszkania, a do 15 tys. domów i mieszkań wciąż nie przywrócono dostaw prądu. Policja potwierdziła siedem ofiar śmiertelnych.
W liczących niespełna 14 tys. mieszkańców Głuchołazach wiceburmistrz Roman Sambor szacuje, że straty miasta przekraczają 250 mln złotych. W pięciotysięcznym Stroniu Śląskim woda wystawiła samorządowi i mieszkańcom rachunek opiewający na minimum miliard. W gminie Kłodzko uszkodzenia samej infrastruktury komunalnej szacowane są na 110 milionów. W całym województwie straty mogą sięgnąć 3,9 mld zł.
Jak to wygląda na tle tamtej wielkiej wody? Powódź w 1997 r. odebrała życie 56 osobom. Dach nad głową straciło wówczas 7 tys. ludzi. Kataklizm – jak podaje Instytut Ochrony Środowiska – uszkodził 680 tys. mieszkań, 4 tys. mostów, 613 kilometrów wałów przeciwpowodziowych i pół miliona hektarów upraw. Łączne straty oszacowano na ok. 12 mld zł, co stanowiło wówczas 2,37 proc. PKB. Przy dzisiejszych cenach powódź o takiej skali kosztowałaby ok. 31 mld zł.
Pełny bilans wydarzeń z ostatnich dni poznamy nieszybko, ale już dziś niemal pewne jest to, że znacznie wcześniej ruszy karuzela oskarżeń i wzajemnego przerzucania się odpowiedzialnością. Pomiędzy politykami obozu rządzącego i opozycją – o to, kto i czego zaniechał i nie przewidział. Między instytucjami i urzędami szczebla centralnego i lokalnego, wreszcie między samorządami i rządem – o zakres kompetencji. Bilans powodzi, zgodnie z najgorszymi tradycjami polskiej debaty publicznej, może się zmienić w zbiorowy akt oskarżenia.
Polowanie na winnych już ruszyło. Wody Polskie odnotowały kilka przypadków napaści na swoich pracowników. W Kanale Zero Robert Mazurek przypomina z kolei egzotyczną koalicję Anny Zalewskiej z PiS oraz Moniki Wielichowskiej z PO, które w 2019 r. nagle połączyła walka o zatrzymanie budowy dziewięciu zbiorników retencyjnych w Kotlinie Kłodzkiej. Inwestycję zamrożono po wybudowaniu zaledwie czterech, bo w roku wyborczym odpowiadało to zarówno politycznym interesom PiS, który nie chciał kończyć inwestycji zapoczątkowanej przez poprzedników, jak i samej Platformie – która realizację własnego pomysłu w wykonaniu następców nazwała „pisowską gigantomanią”.
System zbiorników retencyjnych w Kotlinie Kłodzkiej padł więc faktycznie ofiarą kampanii wyborczej, a odpowiedź na pytanie, czy winna tego była bardziej PO, czy PiS, nie jest dziś nikomu potrzebna. Mało ważne wydaje się teraz nawet wskazanie winnych tego, na co w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” skarży się burmistrz Kłodzka, który o przerwaniu zapory w Stroniu Śląskim miał dowiedzieć się dopiero cztery godziny po tym zdarzeniu. Owszem, do opisanej sytuacji nie powinno dojść. W interesie publicznym bardziej leży jednak zrozumienie, jak do niej doszło, niż napiętnowanie winnych.
W Jelczu-Laskowicach przestały przychodzić apele o pomoc w uszczelnieniu wałów, wracamy więc z Michałem Piekarskim do jego domu. – Życzyłbym sobie – mówi nagle gospodarz – żeby podsumowaniem tej powodzi stał się rządowy raport utrzymany w stylu sprawozdań komisji badających wypadki lotnicze. Coś, co skoncentruje się na opisie działania instytucji i wskaże popełnione błędy, ale po to, żeby uniknąć ich w przyszłości.
Przygotowania do powodzi: co poszło źle?
Burmistrz Kłodzka Michał Piszko w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” podkreśla, że o zerwaniu tamy w Stroniu Śląskim dowiedział się od dziennikarzy, choć taką wiadomość powinno mu przekazać regionalne centrum zarządzania kryzysowego. „Pytanie jest: czy ono taką informację miało. Z tego, co wiem dziś, też oficjalnie o tym nie wiedzieli. Informacja od operatora zbiornika – Wód Polskich – do nich nie przyszła” – mówił burmistrz.
– Tyle że opóźnienie mogło nie wynikać z braku poszanowania procedur, lecz z tego, że to właśnie procedury narzuciły taki obieg informacji – zauważa Piekarski. – Wyobrażam sobie scenariusz, w którym komunikat o zdarzeniu pracownicy na miejscu przekazują zwierzchnikom, ci zgodnie z procedurą podają ją dalej i być może dopiero w Warszawie ktoś w Wodach Polskich powiadamia np. służby wojewody dolnośląskiego, które kontaktują się z burmistrzem Kłodzka. Jeśli zbadamy ten przypadek wyłącznie pod kątem błędów i zaniechań, może się okazać, że nikt ich nie popełnił. W logice administracji sprawa będzie wtedy do zamknięcia, bo przecież nie ma winnych, choć ewidentnie doszło do sytuacji zagrażającej życiu obywateli – kwituje Piekarski.
Przekleństwem polskich instytucji od lat pozostaje swoiście pojmowany perfekcjonizm, który sprowadza się głównie do usilnego tuszowania własnych niedoskonałości. Urzędy i służby zgodnie z unijnymi wytycznymi systematycznie przeprowadzają więc różnorakie stress testy, dbając przy tym starannie, by, Boże broń, nie odsłoniły one żadnych niedoróbek. W ten sposób traci się okazję do relatywnie taniej i bezpiecznej nauki na własnych błędach.
Kultura perfekcji nie przewiduje jednak nagrody za poprawę, lecz kary za pomyłki. Komendant powiatowej straży pożarnej raczej nie zarządzi więc ćwiczeń, które ukazałyby realne przygotowanie jego podwładnych do walki z wielką wodą. Prędzej zorganizuje teatrzyk zakończony kolejnym sukcesem podwładnych, po którym można będzie zaraportować górze o pełnej gotowości. Ćwiczenia na serio mogłyby ujawnić braki kompetencyjne i sprzętowe, na które „góra” niekoniecznie zareaguje wsparciem i zrozumieniem.
Znaczna część strażaków i policjantów, którzy pełnili kierownicze stanowiska w 1997 r., jest już na emeryturze, a w większości powiatów dotkniętych dzisiejszą powodzią policją i strażą pożarną nie dowodzą już nawet ludzie pamiętający wielką wodę sprzed 14 lat. Bezcenne doświadczenia, jakie wynieśli z tamtego kataklizmu, w oczach zwierzchników nie były atutem, który przemawiałby za pozostawieniem ich na stanowisku.
Na stronie komendy policji w Oławie wisi komunikat o ćwiczeniach „Powódź”, które 7 i 8 września br. odbyły się na terenie powiatu z udziałem struktur zarządzania kryzysowego oraz innych służb. Mieszkańcy, którzy chcieliby się dowiedzieć, czego tym razem nauczyli się ludzie odpowiedzialni za ich bezpieczeństwo, muszą obejść się smakiem. Komunikat kończy się zapewnieniem, że „wszyscy uczestnicy profesjonalnie zrealizowali wszystkie założenia”.
Trzeci Wietnam
Trudno jednak dziwić się służbom, że wolą nie obnosić się publicznie ze swoimi słabostkami. Żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej do dziś pamiętają dziennikarzom Onetu notkę o ćwiczeniach „Powiat 2023”, podczas których pruszkowscy terytorialsi ćwiczyli scenariusz ataku dywersyjnego. „Kompromitacja WOT” – grzmiał portal, opisując przebieg szkolenia, podczas którego żołnierze faktycznie kilka razy przegrali potyczkę z grupą cywilów udających dywersantów.
– Po klęsce w Wietnamie – mówi Piekarski – amerykańska armia całkowicie zmieniła swój model szkolenia. Stworzono ośrodki, których personel specjalizuje się w odgrywaniu nieprzyjaciela, studiuje taktykę wrogich armii, czasem nawet posługuje się ich wyposażeniem. Żołnierze jednostek, którzy trafiają tam na ćwiczenia, niemal zawsze przegrywają pierwsze starcia, ale nikt nie robi z tego sensacji i nie degraduje dowodzących nimi oficerów, bo przecież chodzi właśnie o bezpieczną naukę w warunkach możliwie najbliższych realiom pola walki.
– Chce pan powiedzieć, że ta powódź może stać się dla polskiego państwa takim „Wietnamem”? – pytam na pożegnanie. – Chciałbym w to wierzyć – odpowiada Piekarski, znów nerwowo spoglądając w górę, w stronę kolejnego śmigłowca. – Tylko że to już trzeci taki „Wietnam” w moim życiu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















