Bački Petrovac to miasto o populacji liczącej niewiele ponad pięć tysięcy osób, leżące w Wojwodinie, regionie zamieszkiwanym przez liczną mniejszość słowacką. Dość nieoczekiwanie to niepozorne miasteczko przyciągnęło ostatnio uwagę mediów z powodu drobnego – jak się wydawało – incydentu, który jednak wywołał ożywioną reakcję w Bratysławie.
Słowacy w Wojwodinie: mała społeczność z wielką tradycją
Położona w północnej Serbii Wojwodina, ciesząca się statusem okręgu autonomicznego, to region o niezwykłej mozaice narodowościowej. Wśród ponad 20 uznanych grup etnicznych, jedną z najstarszych i najbardziej znaczących mniejszości stanowią Słowacy.
Pierwsi słowaccy osadnicy przybyli na te tereny w XVIII w. w czasie kolonizacji południowych ziem monarchii habsburskiej. Cesarzowa Maria Teresa i później cesarz Józef II zachęcali ludność z północnych prowincji do osiedlania się na zniszczonych przez wojny terenach naddunajskich. Słowacy zamieszkali głównie w regionie Bačkiej i Banatu, a największe skupiska Słowaków powstały w miejscowościach takich jak Kovačica, Bački Petrovac, Padina czy Stara Pazova.
Według ostatniego spisu ludności z 2022 r., w Serbii mieszka około 41 tys. Słowaków, z czego ponad 90 proc. w Wojwodinie właśnie. Chociaż liczba ta wykazuje trend spadkowy (jeszcze w 2002 r. było ich ponad 60 tys.), społeczność słowacka wciąż pozostaje aktywna i dobrze zorganizowana.
Największym ośrodkiem życia słowackiego w Serbii jest opisywane w artykule miasteczko Bački Petrovac, gdzie funkcjonują liczne instytucje kulturalne, szkoły z językiem słowackim oraz redakcje gazet i czasopism. Bački Petrovac jest również siedzibą Narodowej Rady Mniejszości Słowackiej – organu reprezentującego interesy społeczności na poziomie państwowym.
Na początku sierpnia doszło tam do konfrontacji pomiędzy zwolennikami rządzącej Serbskiej Partii Postępowej (SNS) a organizatorami wystawy fotograficznej, dokumentującej trwające od wielu miesięcy antyrządowe protesty. Kameralna wystawa, którą – zaznaczmy – zorganizowano w ramach Słowackiego Festiwalu Narodowego, najważniejszego w roku wydarzenia kulturalnego w życiu mniejszości słowackiej w Wojwodinie, została zniszczona przy bierności policji przez popierających SNS i prezydenta Aleksandara Vučicia Serbów.
I choć Słowacy i Serbowie na ogół żyją w Wojwodinie w zgodzie, w przeszłości zdarzały się między nimi incydenty – jak dwa lata temu, gdy na drzwiach jednego z kościołów w regionie umieszczono listę z nazwiskami Słowaków do wydalenia z kraju.
Słowacka opozycja wspiera protestujących w Serbii
Wydarzenia w Bačkim Petrovacu odbiły się szerokim echem na Słowacji, skłaniając Michala Šimečkę, lidera opozycyjnej wobec słowackiego rządu Roberta Ficy liberalnej partii Postępowa Słowacja (PS), do wizyty w serbskim miasteczku. Jak napisał on w poście na Facebooku: „Słowacy w Serbii czują się całkowicie opuszczeni, pozostawieni na łasce lokalnych chuliganów i bandytów”.
Šimečka wezwał Ficę oraz słowackiego ministra spraw zagranicznych Juraja Blanára do niezwłocznej interwencji. Premier Fico, jak można było się spodziewać, podczas konferencji prasowej skrytykował Šimečkę i oskarżył go o ingerowanie w wewnętrzne sprawy Serbii, a całą opozycję o podżeganie do analogicznych protestów na Słowacji.
Ponadto wyparł się wiedzy o rzekomych przypadkach łamania praw mniejszości słowackiej w Wojwodinie, sugerując zarazem, że sprawa jest wyłącznie faktem medialnym, który ma na celu zdyskredytowanie suwerennych, legalnie wybranych rządów – tak na Słowacji, jak w Serbii.
W odpowiedzi opozycja zorganizowała w Bratysławie kilkusetosobowy marsz solidarności z protestującymi w Serbii. Należy się spodziewać, że w kolejnych tygodniach sprawa ta będzie powracać, tak ze względu na realne napięcia pomiędzy Słowakami i Serbami w Wojwodinie, jak i na polityczny interes słowackiej opozycji.
Protesty na ulicach serbskich miast trwają od listopada
Posiadające dodatkowy, międzynarodowy wymiar wydarzenia w Bačkim Petrovacu zaświadczają także – a może przede wszystkim – o tym, że fala protestów w Serbii zeszła na poziom, którego w poprzednich miesiącach władze w Belgradzie zapewne się nie spodziewały.
Protesty na ulicach serbskich miast odbywają się od przeszło dziewięciu miesięcy. Przypomnijmy, że początek dała im katastrofa budowlana w Nowym Sadzie, gdy zawalił się dach nowo wyremontowanego dworca kolejowego. Tragedia, która w listopadzie 2024 r. pochłonęła życie 16 osób, stała się zarzewiem społecznego sprzeciwu wobec powszechnej korupcji i słabego nadzoru nad infrastrukturą publiczną.
W pierwszych miesiącach po tragicznych wydarzeniach protesty miały charakter pokojowy. Studenci organizowali symboliczne blokady ruchu ulicznego, milczące hołdy dla ofiar, okupowali uniwersytety, żądając pociągnięcia do odpowiedzialności winnych – między innymi publikacji dokumentów związanych z budową zniszczonego dworca, przejrzystego śledztwa, a także – co przez niektórych zostało odebrane jako próba wykorzystania sytuacji do własnych celów – zwiększenia budżetu na edukację o 20 proc. Studenci przyjęli nawet manifest „We Deserve Better” („Zasługujemy na więcej”).
Z upływem czasu pokojowe protesty przekształciły się w masowy ruch społeczny, wykraczający poza środowisko akademickie, wymierzony w sprawującą od kilkunastu lat władzę Serbską Partię Postępową (SNS) oraz Aleksandara Vučicia, zdradzającego autorytarne skłonności prezydenta Serbii.
Zaskakująca skala wydarzeń
W obliczu narastającej presji społecznej, w styczniu tego roku ustąpił premier Miloš Vučević, licząc na uspokojenie sytuacji, jednak demonstracje nie ustały, bo i niezmienny pozostał główny adresat protestów – Aleksandar Vučić. Rosnącemu w siłę ruchowi społecznego sprzeciwu poparcia udzieliło wiele środowisk – od związków zawodowych po artystów, pisarzy i instytucje kulturalne. Na reakcję władzy nie trzeba było długo czekać. W pierwszych miesiącach tego roku dochodziło do przypadków prowokacji organizowanych przez zwolenników SNS, ale także (drobnych zazwyczaj) zajść na uniwersytetach.
W marcu wybuchły ogromne, masowe manifestacje. Już wtedy było jasne, że tegoroczna fala protestów to coś więcej niż tylko reakcja na katastrofę budowlaną w Nowym Sadzie. Blokady uliczne, jakie paraliżowały Belgrad i inne miasta na przełomie czerwca i lipca, były niejako zapowiedzią wydarzeń, które dziś wstrząsają Serbią. Wydarzeń, dodajmy, których skala i intensywność – zwłaszcza gdy chodzi o brutalność policji – jest zaskoczeniem także dla samych protestujących. Do konfrontacji z władzą w letnich miesiącach dochodziło także w niedużych miastach i miasteczkach, właśnie takich jak Bački Petrovac w Wojwodinie.
Konfrontacja staje się brutalna
Sierpniowe konfrontacje protestujących Serbów z policją oraz zwolennikami SNS i Vučicia są z pewnością nowym rozdziałem w fali sprzeciwu, nadając jej zarazem trudnej do utrzymania w ryzach dynamiki. Opór wobec władzy nie jest już tylko sprawą mieszkańców wielkich miast w Belgradzie, Niszu czy Kragujevacu. Tak obecny rząd, jak i Vučić, muszą się mierzyć z rosnącym niezadowoleniem – by nie powiedzieć wściekłością – w miejscach, w których nawet jeśli zdarzały się wcześniej protesty, miały one charakter pokojowy i nie zakłócały życia tradycyjnie popierającej rząd prowincji.
Powszechne oburzenie wywołały wydarzenia, jakie we wtorek 12 sierpnia miały miejsce w niewielkich miastach Vrbas i Bačka Palanka. W wyniku konfrontacji z siłami popierającymi obóz władzy w Vrbas rannych zostało co najmniej 50 osób. Nie mniej wstrząsający przebieg miały zamieszki, do jakich kilka dni później doszło w Valjevie – jeszcze jednym stosunkowo niewielkim mieście, tym razem w środkowo-zachodniej Serbii. Po początkowo pokojowej demonstracji, część demonstrantów przypuściła atak na lokalne biuro SNS, wybijając w nim okna i wzniecając ogień.
Jak donoszą organizatorzy manifestacji, protestujący na serbskich ulicach często nie wiedzą, czy walczą z policją, czy z paramilitarnymi oddziałami SNS. W mediach społecznościowych mnożą się nagrania, na których widać zorganizowane grupy zamaskowanych młodych mężczyzn, uzbrojonych w pałki, atakujących demonstrantów. Wśród zwolenników SNS ma nie brakować ludzi o ponurych życiorysach i bogatych kartotekach kryminalnych. Niepokój budzi także rosnąca brutalność policji, która coraz częściej stosuje wobec protestujących gaz łzawiący i przemoc fizyczną. Dochodzi także do masowych aresztowań.
Prezydent oskarża o próbę zniszczenia państwa
Sytuacja w Serbii zaczęła także przyciągać uwagę międzynarodową. Niemcy, jedno z kluczowych państw wspierających drogę akcesyjną Serbii do Unii Europejskiej, publicznie zażądały wyjaśnień dotyczących przemocy wobec demonstrantów i dziennikarzy. Również Rada Europy i Komisja Europejska domagają się poszanowania prawa do zgromadzeń i wolności słowa, ostrzegając zarazem, że ewentualne niestosowanie się do standardów demokratycznych może doprowadzić do impasu w procesie integracji z Unią Europejską.
Wydaje się, że ostatnia konfrontacja serbskiego społeczeństwa obywatelskiego z obozem władzy osiągnęła punkt, z którego bardzo ciężko będzie powrócić do względnej normalności bez rozpisania nowych wyborów – choć na tym etapie Vučić raz jeszcze jednoznacznie odrzucił taką możliwość i zapowiedział surową reakcję służb porządkowych na kolejne protesty. Jednocześnie kategorycznie zaprzeczył, jakoby rozważał wprowadzenie stanu wyjątkowego.
Na niedawnej konferencji prasowej oskarżył studentów i część obywateli o próbę zniszczenia państwa, przyrównując ich do faszystów i nazistów. Dodał także, że to tylko kwestia dni, zanim ktoś zostanie zabity. Do ostatecznej konfrontacji może dojść we wrześniu i październik, gdy wielu Serbów, w tym studenci, powróci z wakacyjnych podróży do swoich zrewoltowanych już dziś miasteczek i miast.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















