Na progu zimy krajobraz nad Białą Lądecką wydaje się bardziej ogołocony niż na równinach rozciągających się na północ od gór. Brzegi rzeki, która pod koniec lata wylała się z koryta, w większości są uprzątnięte. Dawno nie było tu tak czysto. Dawno nie było tu tak pusto. Drzewa i zarośla, niegdyś panoszące się nad wodą, w wielu miejscach zniknęły. Z daleka wzrok przyciągają pomarańczowe plamy – wnętrza ściętych przy samej ziemi olch.
Kotlina Kłodzka po powodzi
Wyżej w górach w nocy spadł śnieg. Gdzieniegdzie widać przewrócone płoty, których przez trzy miesiące nikt nie podniósł. Jednak krok po kroku życie wraca do dawnego rytmu. W sobotnie przedpołudnie mieszkańcy Żelazna i Ołdrzychowic oddają się codziennej krzątaninie; ich spojrzenia wyglądają na spokojne. Słychać śmiechy, można też dostrzec świąteczne dekoracje i ulec złudzeniu, że atmosfera jest tu taka sama, jak w tysiącach innych miast i wsi, gdy rok gładko wpada w znajome koleiny grudnia. Tylko blaknące zacieki na niektórych domach zdradzają, jak wysoko sięgała woda. Na większości budynków tynki zostały skute, zaświadczając, że ich właściciele się nie poddali, walcząc o domy, w których wielu z nich nie chce dłużej mieszkać. Ale gdzieś mieszkać przecież muszą.
Zatrzymuję się w Trzebieszowicach. W sobotni wieczór 14 września musiałem zostawić tu samochód, bo droga na Lądek była już nieprzejezdna – od tamtego dnia upłynęła epoka. Całą jesień trwało wielkie sprzątanie i walka z materią, która przypłynęła gwałtownie, czyniąc niewyobrażalne spustoszenie. Ten chaos jest dziś już „tylko” w pamięci.
Na moście spotykam faceta, który przygląda się pracy koparki. Przez chwilę patrzymy razem w milczeniu, jak maszyna unosi w górę ziemię i kamienie. Większość terenów nad rzeką została już wyrównana przez wojsko, ale wydaje się nienaturalnie naga, jak gdyby oczekując na wypełnienie treścią. Nie tak dawno wszystko wokół było pod wodą, brunatną i rwącą. Dziś płytka rzeka jest krystalicznie czysta, wręcz błękitna od przecierającego się nieba. Ostatnie słowa wypowiadam na głos.
– Seledynowa – poprawia mnie mężczyzna obok. W jego głosie słyszę obojętność.
Ruszam dalej w górę rzeki. W stronę Radochowa, Lądka, Stronia, nadrzecznej krainy, gdzie rany jeszcze się nie zabliźniły.
Dom bez ściany
Przy jednym z wjazdów do Radochowa, w zwiędłej trawie, wciąż tkwi wrak samochodu, który stał się ofiarą rozjuszonej rzeki. W całej dolinie były ich dziesiątki, jeśli nie setki. Niektóre, pogięte w fantastyczne kształty, wyglądały jak po najcięższych crash testach. Z tych, które dostały się w sam środek nurtu, rwąca woda zdarła niemal cały lakier. Ich budzące grozę szkielety lśniły potem w słońcu.
Tegoroczna jesień była wyjątkowo łaskawa dla powodzian. Słyszę to z ust niemal każdego, z kim rozmawiam. Gdyby nie kilka suchych i ciepłych tygodni, zima byłaby dużo trudniejsza. Choć i tak będzie trudna.
W dolnej części Radochowa, w okolicy dawnego gospodarstwa rybnego, wciąż zieje szeroka na kilkadziesiąt i długa na dwieście metrów wyrwa. Nic nie zostało z wału przeciwpowodziowego ani pokrytej asfaltem drogi. Uwagę od razu przykuwa dom, którego ściana szczytowa zawaliła się, odsłaniając skryte przez przeszło sto lat wnętrza. Zaglądam do widmowych sypialni, pokoi, kuchni. Być może właśnie tu dramat objawia się najmocniej: w brutalnym odsłonięciu tego, co w każdym życiu najbardziej prywatne.
Jeden z mieszkańców opowiada o ostatnich miesiącach, które spędził w przydzielonym przez gminę mieszkaniu w Lądku-Zdroju. Choć otrzymał już część pieniędzy obiecanych przez rząd, a ubezpieczyciel wypłacił – zaniżone, ale jednak – odszkodowanie, blisko 70-letni człowiek nie potrafi powiedzieć, co dalej. Mówi, że sam nie wie, po co tutaj przyjeżdża. Na odchodnym rzuca, że po 1997 r. niemal wszyscy wzięli sobie do serca słowa ówczesnego premiera i się poubezpieczali, przynajmniej tyle. Gdy pytam, czy jest za budową zbiornika, który mógłby zapobiec kolejnej katastrofie, przystaje i przez chwilę milczy. W końcu odpowiada, że jest mu wszystko jedno, bo na pewno tutaj nie wróci. Ciężko mu będzie pożegnać się z tym miejscem, ale jeszcze trudniej byłoby tu zostać.
– Jestem jak ten dom – mówi, wsiadając do auta.
Wokół ciężko doświadczonych domów
Tuż po powodzi w całej dolinie przez długie tygodnie można było spotkać poszukiwaczy przygód i skarbów. Razem z żołnierzami WOT i strażakami, kierując się jednak odmiennymi pobudkami, przetrząsali okolicę. Jeszcze w listopadzie, kilka kilometrów w górę rzeki, spotkałem dwóch. Spojrzeli na mnie nieufnie i wrócili do metodycznego przerzucania głazów i otoczaków.
Na początku grudnia nad rzeką ostały się już tylko resztki, które na nic nikomu się nie zdały: stary podbierak, przemoczony materac, napuchnięty regał, zniszczone książki. Podnoszę jedną, jest bez okładki, krój czcionki zdradza, że zaadresowana była do dzieci. Przewracam kilka kartek, są posklejane, przybrudzone. Mój wzrok przykuwa obrazek krasnala na tratwie. Odczytuję pierwsze zdanie bajki: „Szef krasnali spacerował brzegiem Odry”. Sam po chwili idę dalej piaszczysto-kamienistym brzegiem rzeki, której szum dobiega mnie od strony pobliskiego urwiska. I ono zostało podmyte, odsłaniając przed ciekawskimi oczami czarne, ziemiste wnętrze wzniesienia.
Wieś tonie w ciszy. Dolina zasnuta jest dymem z ognisk i kominów. Ci, którzy musieli zostać – albo ci, których los oszczędził na tyle, że zostać mogli – korzystają z pogody i wykonują drobne prace wokół ciężko doświadczonych domów. Stoję przed drewnianą chałupą z końca XVIII wieku, pozbawioną fundamentów; trzy miesiące temu ogromna woda uniosła ją i przesunęła o kilka metrów. Nadaje się już tylko do rozbiórki.
Dolina, którą nieźle znałem, przestała istnieć. Przed odjazdem z belki nad połamanymi drzwiami wejściowymi odbijam scyzorykiem tabliczkę z numerem. Radochów 69 przechodzi do historii.
Martwe miejsca w Kotlinie
Jadę do Lądka. Poniżej szosy, nad samą rzeką, ciągnie się ulica Langiewicza. W tle widać ośnieżone szczyty Śnieżnika i Czarnej Góry. Większości z raptem kilku budynków, które ostały się po powodziach w 1997 i 2010 r., nikt już nie będzie ratował. I tu nieistniejące ściany odsłoniły to, co powinno pozostać zasłonięte.
Jeden z mieszkańców – którego dom jakimś cudem nie ucierpiał tak bardzo jak pozostałe, mimo że woda wlewała się do środka oknami, a nurt wyłamał drzwi z kuchni do przedpokoju – za otrzymane w ramach ubezpieczenia i pomocy państwa pieniądze zdążył już kupić mieszkanie w centrum miasteczka. W miejscu, którego woda nigdy nie dosięgnie. Choć dzięki jego zapobiegliwości los obszedł się z nim lepiej niż z wieloma innymi, w wypowiadanych słowach i zachowaniu dostrzegam cień rezygnacji.
– Zostały mi psy – mówi poruszony, wskazując na dwa nieduże mieszańce, poszczekujące przyjaźnie zza siatki ogrodzeniowej. – Codziennie przyjeżdżam je karmić. Śpią w domu. Wstawiłem im tapczan, żeby miały wygodniej.
Mężczyzna, który całe życie przeżył w promieniu kilkunastu kilometrów, wyciąga zza pazuchy roboczego płaszcza plik zdjęć z poprzednich powodzi. Zabrał je ze sobą do urzędu, by udokumentować skalę strat. Pokazuje mi m.in. fotografię czerwonego malucha, którego w 1997 r. woda przewróciła na dach. Pytam, czy ma nadzieję. Mówi, że tak. Przeżył 84 lata i nadal kocha życie. Wydaje się być zawstydzony tym, jak to powiedział. Kocha życie, ale tutaj wracać nie chce – choć wie, że domu najpewniej nie uda się sprzedać, a nawet jeśli, to za ułamek wartości.
– To jest martwa ulica. Kto chciałby tu mieszkać?
Gdy się rozstajemy, wręcza mi na pamiątkę kilka zdjęć. Na jednym przed domem otoczonym białym płotem stoi elegancka kobieta. Obok niej krwistoczerwony fiacik.
Rynek w Lądku-Zdroju
Na wjeździe do centrum miasteczka moją uwagę przykuwa balustrada mostu drogowego. Sfatygowana i pogięta przez napierającą wodę, po wszystkim jeszcze raz została postawiona do pionu, by do czasu remontu wciąż służyć mieszkańcom. Na środku mostu, w niszy, w której dawniej można było przystanąć, by popatrzeć na rzekę w dole, jaśnieją w słońcu zielonkawe cyfry: 1928.
Lądecki Rynek sprawia wrażenie uprzątniętego. Gdy jednak przyjrzeć mu się bliżej, widać, że to tylko pozór, któremu ulega oko przyzwyczajone do obrazów niewyobrażalnych nieszczęść. Gdzieniegdzie braki w kostce i zacieki na murach zdradzają, co całkiem niedawno miało tu miejsce. W niektórych oknach wciąż brakuje szyb. Upłyną lata, zanim podupadający również i przed powodzią plac rzeczywiście odżyje.
Kieruję się w stronę pierzei, na której swoją siedzibę miał teatr lalkarski. Dawna witryna, z zawieszonym nad wejściem szyldem „Akademia Wyobraźni”, jest dziś zabita na głucho – teatr nie wróci już do swojej siedziby. Kilkanaście kroków dalej mieściła się Herbaciarnia Pod Filarami. Ku mojemu zaskoczeniu widzę, że wznowiła działalność. Za szybą dają się dostrzec sylwetki ludzi. Próbuję otworzyć drzwi, ale ani drgną. Ze środka dobiegają kobiece głosy, żeby pchać mocniej; w końcu drzwi ustępują. Właścicielka tłumaczy, że wypaczyły się od wilgoci. Wewnątrz jest ciepło i przytulnie.
Na pytanie o minione tygodnie, po raz kolejny najwięcej komplementów pada pod adresem strażaków i żołnierzy. Jeśli chodzi o pomoc, państwo zdało egzamin. Ale przede wszystkim zdali go ludzie – zwłaszcza ci anonimowi, którzy tygodniami słali pomoc do dotkniętej kataklizmem doliny. W pewnym momencie darów było tak dużo, że nikt nie wiedział, co z nimi robić. Rozmawiamy o przyszłości. Nikt nie ma wątpliwości, że będzie lepsza. Czy dobra? Nie wiadomo.
Herbaciarnia stanowi jedno z niewielu miejsc, które odżyły; wśród mieszkańców dominuje raczej poczucie niepewności. I nie wszystko – może nawet bardzo niewiele – da się sprowadzić do kwestii czysto materialnych. Jedna z kobiet opowiada o strachu, który wciąż odczuwa.
– Wystarczy, że jeden dzień popada, i wszystko do mnie wraca.
W miasteczku wielu podpisałoby się obiema rękami pod tymi słowami. Na miejskiej tablicy ogłoszeń wzrok przykuwa przypięta pinezkami ulotka, informująca o bezpłatnej pomocy psychologicznej dla powodzian. Choć miasteczko najgorsze ma już za sobą, to niektóre rany goją się długo. I różnią się od siebie rodzajem i głębokością. Na ulicy ktoś mówi do swojej towarzyszki, że to teraz miasto duchów. Zauważalne tu i ówdzie pozostałości upiornego oblicza wielkiej wody na swój sposób zdają się to potwierdzać.
Rana w Stroniu Śląskim
Ruszam w stronę miejsca, w którym wrześniowy dramat się rozpoczął. W Stójkowie dolina Białej Lądeckiej zwęża się miejscami do stu, może stu pięćdziesięciu metrów. Domy położone w dole nad rzeką nie miały szans. Jak w innych miejscach, i tu widać ogrom pracy, jaką po powodzi wykonały służby, przede wszystkim wojsko. Mimo to wiele domów nadal stoi pustych, a ich los jest niepewny. Za sprawą stromych zboczy z całą wyrazistością widać, jak bezwzględnie poziom wody podzielił mieszkańców na tych, którzy stracili niemal wszystko, i tych, których los oszczędził.
I tu brzeg rzeki jest nagi. Śmieci zniknęły, ziemia została splantowana. Przypominam sobie wiśniową skodę 100, zbłąkaną przybyszkę z lat 70., która jeszcze kilka tygodni temu stała pod jedną z wielkich mobilnych lamp, ustawionych w okolicy przez żołnierzy. Rozświetlały mroki odciętych od prądu miejscowości. Trafiłem na to auto któregoś późnojesiennego wieczoru. Na nagiej nadrzecznej ziemi, zanurzona w mocnym świetle reflektorów, skoda sprawiała wrażenie, jakby spoczywała tu poza czasem.
W Stroniu język i wyobraźnia zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Nigdzie ogrom zniszczeń nie był równie duży. Przestały istnieć nie domy, a całe ulice. Nagle tworzyły się widoki i perspektywy, których od dziesięcioleci nikt tu nie widział.
Jadę w stronę tamy na Morawce. Pierwszy most drogowy, na wjeździe do miasteczka, wciąż jest nieczynny. Droga prowadzi wzdłuż budynku dawnej huty szkła kryształowego Violetta. Znam te miejsca od zawsze, ale ich nie rozpoznaję. Jak gdyby zostały podmienione. Nie wiem, dlaczego przypomina mi się biblioteka po drugiej stronie rzeki. Na zawsze zrosła się dla mnie z lekturą „Jesieni patriarchy” Márqueza. Surrealizm niekończącej się agonii.
Większość budynków, które runęły pod naporem wody, jest już rozebrana. Pnę się w górę rzeki i próbuję oswoić wzrok ze Stroniem, które dopiero odzyskuje przytomność po ciosie, jaki spadł na nie w nieodległe niedzielne południe. Nie mam wątpliwości, że miasto podniesie się z ruin. Jak będzie z jego mieszkańcami? Czy wszyscy zechcą mu zaufać i nadal wiązać z nim swój los? Wciąż nic tu nie wydaje się pewne. Matka stojąca obok z córką, która jak ja przygląda się pustym przestrzeniom, na których być może staną nowe domy, wykonuje pełen rezygnacji gest i mówi, że nie ma już siły rozmawiać.
Po kilkunastu minutach stoję na koronie ziemnego wału, który 15 września pękł i sprowadził kataklizm na położone poniżej ulice, domy oraz miejscowości rozłożone na brzegach Białej Lądeckiej. Woda odsłoniła tu fragment czerwonawej skały. Robię zdjęcie, wysyłam bliskiej mi osobie i podpisuję: tama w Stroniu. Być może robię to niedokładnie, bo autokorekta zmienia „tama” na „rana”. Tak. Rana w Stroniu.
******
Zbliża się zachód słońca. Z dna suchego zbiornika nagle podrywa się ptak i odlatuje na południe, w stronę gór. Czapla. Kilka godzin wcześniej, gdy szedłem wzdłuż pozbawionego drzew i jakiejkolwiek roślinności brzegu Białej Lądeckiej, szarego od kamieni, widziałem jeszcze jedną czaplę. Od zawsze można je spotkać w tych stronach. A więc to jedno się nie zmieniło. Choć z ludzkiej perspektywy zmieniło się niemal wszystko. Chłód nadciągającego wieczoru sprawia, że ziemia i woda na powrót zamarzają. Ruszam w drogę powrotną.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















