Naszą ulicą płynie teraz rzeka. Reportaż z Lądka-Zdroju uderzonego falą powodziową

Na moście drogowym, tuż przy Rynku, cała nawierzchnia została zerwana, ale konstrukcja wytrzymała. Pełen obaw ruszam w stronę najstarszego mostu, kamiennego. Pamiętam, ile czasu było potrzebne, żeby Lądek podniósł się po poprzedniej wielkiej powodzi. Jak będzie teraz?
z Lądka-Zdroju
Czyta się kilka minut
Zniszczony przez powódź most św. Jana Nepomucena z XVI wieku w Lądku-Zdroju. 16 września 2024 r. // Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter
Zniszczony przez powódź most św. Jana Nepomucena z XVI wieku w Lądku-Zdroju. 16 września 2024 r. // Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter

Samochód zostaje nad wsią, przy dawnym przejeździe kolejowym, nieopodal głównej drogi z Trzebieszowic do Lądka-Zdroju. Jest sobotni wieczór, 14 września. Zapada zmrok.

Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy to już Biała wystąpiła z brzegów, czy jedynie przelał się rów melioracyjny. Wycieraczki pracują na najwyższych obrotach, tnąc obraz za szybą na mętne kadry. Gdy z oddali wyłania się manewrująca chaotycznie terenówka straży granicznej, zanurzona po podwozie, zawracam. Niecałą godzinę później, już na piechotę, docieram w to samo miejsce.

Pięcioro pograniczników usiłuje przepchnąć unieruchomione auto na położony trochę wyżej podjazd do gospodarstwa. Nikt nic nie wie. Wszyscy chcą wydostać się stąd jak najszybciej.

Most św. Jana Nepomucena z XVI wieku w Lądku-Zdroju – stan przed powodzią. 12 września 2023 r. // Fot. Marcin Rutkiewicz / Reporter

Tu, gdzie rzeka w 1997 r. zmyła drogę, znów płynie woda

Od dwóch dni woda spływa z gór każdą polną drogą, każdą najdrobniejszą koleiną, często po prostu po trawie. Na drodze wojewódzkiej numer 392 na razie sięga do kostek. Napotkany mężczyzna ma nadzieję, że sklep w centrum wsi wciąż jest czynny. Mówi, że zalało go już w południe. Na razie na podwórzu ma dwadzieścia, może trzydzieści centymetrów wody, ale powoli zaczyna się ona wdzierać do domu.

Po chwili rzuca, że jest mu już wszystko jedno, chce się tylko napić. Mówi to nawet dosadniej, zdesperowany i beztroski równocześnie.

– Jak tak dalej pójdzie, będzie kaplica – dodaje.

Pod sklepem grupka ludzi. Rozprawiają o czymś przy bladożółtym cielsku miejscowego Lewiatana. Pawilon ze wszystkich stron otoczony jest wodą. Niepocieszony facet wykrzykuje dwa słowa wściekłej niezgody i znika w ciemności.

W miejscu, w którym rzeka w 1997 r. zmyła drogę, znów płynie woda. Na razie niemrawo. W świetle wciąż palących się latarni widać na jej powierzchni delikatne zmarszczki. W pierwszym odruchu myśl o świetle dodaje otuchy. Ale latarnie przypominają, że tuż obok wody płynie prąd. Znów trzeba zawrócić. Pójść w górę, pod las. Może uda się przedostać dalej nasypem nieczynnej od lat linii kolejowej. Jeśli nie, trzeba będzie brnąć w ulewnym deszczu, po kolana w błocie, przez zaorane po żniwach pola.

Przyjechałem do Kotliny pracować nad esejem o poezji Teda Hughesa. Nieodparte poczucie nierealności świata.

Drzwi zabezpieczone workami z piaskiem. Na razie nic im nie grozi

Co się dzieje z rybami podczas powodzi? Jaki spotyka je los, gdy wartka, ale przecież kameralna Biała Lądecka zamienia się w śmiercionośny żywioł? Kolega z dzieciństwa tuż po powodzi tysiąclecia, jak ją później nazwano, z wciąż wzburzonego nurtu wyłowił pięćdziesięciocentymetrowego pstrąga. Miałem wtedy trzynaście lat.

Mrok, szum deszczu i krwi. Krok za korkiem, z powrotem nad rzekę. Po drodze widać spokojne jeszcze domy. W większości pali się światło. Drzwi i wjazdy do garaży pozastawiane workami z piaskiem. Rzeka jest jakieś sto, dwieście metrów dalej. Na razie nic im nie grozi.

Z powrotem szosa. Na niej wóz straży pożarnej, która kilka minut wcześniej oficjalnie zamknęła drogę w stronę Trzebieszowic.

– W kierunku na Lądek nadal jest otwarta, można śmiało iść – mówią.

No to idę, niemal z lekkim sercem. Dzwonię do najbliższych, że tę noc uda mi się spędzić pod dachem.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Zniszczony przez powódź most św. Jana Nepomucena z XVI wieku w Lądku-Zdroju. 16 września 2024 r. // Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter

Między blokami widać rozjuszoną rzekę

Rano nie ma zasięgu. Ale za oknem wszystko bez zmian. Pod blokiem naprzeciwko parkują samochody. Może tylko wolnych miejsc jest trochę więcej niż zwykle.

Od kilku dni wszyscy powtarzają, że nawet w 1997 r. nie było tu wody. Gdyby nie rozlegający się raz po raz dźwięk syren, nikt by się nie domyślił, że Lądek-Zdrój właśnie przygotowuje się na przyjęcie ciosu. Przestało padać – po raz pierwszy od kilku dni. Nadal jest prąd, woda i gaz też.

Ulica wydaje się podejrzanie cicha. Za blokiem, koło miejskiej biblioteki, spore rozlewisko. Z pnia ściętego drzewa, który wystaje kilkanaście centymetrów ponad jego powierzchnię, widać już w prześwicie między blokami rozjuszoną rzekę.

Poprzedniego wieczoru, gdy dotarłem do miasteczka, poszedłem jeszcze rzucić na nią okiem. Sprawdziłem stary kamienny most z rzeźbą Jana Nepomucena. Już wtedy wody było bardzo dużo, ale wciąż jeszcze mieściła się w murowanym korycie. Dziś rozlewa się na ulice, na razie podtapiając jedynie piwnice kamienic stojących najbliżej brzegu. Nie wiadomo, co myśleć. Wczoraj zdawało się, że miasto czeka katastrofa. Ale na razie nie wygląda to tak źle, jak się zapowiadało.

Większość niechętnie stosuje się do apeli strażaków

W tych okolicznościach mieszkanie zdaje się absurdalnie bezpieczne. Ale zgasł zegar na kuchence. I nie ma wody. (Dyżurny żart przyszłych powodzian: „Macie wodę?”. „Wody akurat nie brakuje”.)

Nagle słychać podniesione głosy. Wzdłuż krawężnika ulicy Ogrodowej, do której – jak powtarzali sąsiedzi – nigdy jeszcze nie doszła powódź, płynie żwawa strużka zaskakująco czystej wody. Ludzie wybiegają z domów. Raz po raz ktoś rusza w stronę ostatnich samochodów. Wszyscy z niepokojem przekazują sobie zatrważające, choć niepotwierdzone wieści, napływające wraz z wodą ze Stronia Śląskiego.

Jeśli tama na Morawce rzeczywiście nie wytrzymała, oba miasteczka czeka kataklizm.

Woda rozlewa się coraz szerzej. Na powierzchni pojawiają się pierwsze przedmioty. Drobne śmieci, gałęzie, sucha trawa. Ludzie patrzą po sobie. W zdezorientowanych spojrzeniach widać strach.

Kilka minut później straż pożarna ogłasza z megafonów, że zarządzona została całkowita ewakuacja do budynków pobliskiego liceum i przedszkola. Nie wiadomo, co robić. Poza mieszkańcami parteru nikt nie chce opuszczać domu. Czy fala, choćby i największa, będzie w stanie nam zagrozić?

Strażacy widzą, że mało kto bierze ich apele na poważnie. Podbiegają do debatujących grupek. Słowa wykrzyczane do ucha przez żywego człowieka bardziej działają na wyobraźnię. Większość niechętnie wraca do bloków po niezbędne rzeczy.

Woda tymczasem przybiera. Po jakichś piętnastu minutach od pojawienia się na Ogrodowej płynie już całą szerokością jezdni. Pośrodku wzbierającego nurtu mężczyzna w sile wieku wyławia kawałki drewna.

– Samo do mnie płynie! Będzie na działkę – woła.

Po kilku dalszych minutach rozlega się kakofonia syren i komunikatów nadawanych przez megafony. Między blokami uwija się quad straży pożarnej. Siedzący na miejscu pasażera siwy strażak jedną ręką trzyma się kurczowo uchwytu za plecami, w drugiej ma mikrofon.

– Pękła tama w Stroniu! Ewakuacja na wyższe kondygnacje! – krzyczy.

Rzeka zagarnęła ulicę

Woda przybiera teraz błyskawicznie. Ulica się wyludnia. Tylko jeden starszy mężczyzna nie rusza się z miejsca. Stoi na chodniku i patrzy przed siebie, w punkt, z którego nadpływa woda. Co chwilę podjeżdżają do niego strażacy i krzyczą, żeby uciekał.

– Słyszałem – odkrzykuje poirytowany i nie rusza się z miejsca.

Strażacy podejmują ostatnią próbę.

– Dajcie mi spokój – odpowiada.

Dopiero gdy woda sięga mu do połowy uda, wycofuje się niepewnym krokiem do swojego bloku.

Z okien wszystkie pokolenia lądczan, dziesiątki twarzy, spoglądają na nową rzekę, która zagarnęła ulicę. Wielu trzyma w dłoniach telefony.

Przy kilku samochodach, których nikt na czas nie przeparkował, zaczynają się tworzyć zatory z niesionych przez wodę przedmiotów. Nurt jest teraz bardzo szybki. Potężne kłody, porwane gdzieś w górze rzeki, uderzają w karoserie. Jedno z drzew zatrzymuje się na latarni. Ta zgina się miękko, jak zrobiona z plasteliny.

Po chwili oko oswaja się z kataklizmem. Ktoś w sąsiednim oknie woła „Ale popłynął!”. Śmiechy. Wszyscy patrzą, jak woda unosi ze sobą jeszcze jedno auto. Jak wszystko miesza się w rwącym, brunatnym nurcie.

Ktoś mówi, że Stronie Śląskie przestało istnieć

Dwie godziny po przejściu fali kulminacyjnej woda opada na tyle, że można wyjść z domów. Wszędzie zalega szlam. Kto może, rusza zobaczyć, jak wygląda miasteczko. Na ulicach piętrzą się stosy drewna, zwały błota i żwiru, kamienie. Trawniki sprawiają wrażenie, jakby ktoś je uczesał. Gdzieniegdzie widać płaty asfaltu, które nurt rzeki porwał i owinął wokół drzew. Złamana latarnia. Kilkaset metrów dalej kolejna, na której zatrzymał się pogięty wrak czerwonego cinquecento. Ktoś mówi, że Stronie Śląskie przestało istnieć. Nie chce się wierzyć.

Na Rynku ujawnia się cały ogrom zniszczeń. Brodząc po kostki w wodzie, patrzę na strzaskane witryny teatru w podcieniach, zaglądam przez uchylone drzwi kawiarni w dawnym domu Michała Klahra Starszego. Jego rzeźby – podobnie jak i syna – przez kilkaset lat kształtowały wyobraźnię mieszkańców tych ziem. W sieni muzeum rumowisko. Pamiętam, ile czasu było potrzebne, żeby Lądek podniósł się po poprzedniej wielkiej powodzi. Zastanawiam się, czy teraz wystarczy dekada.

Sprzątanie po wodzie. Siła mieszkańców zadziwia

Na moście drogowym, tuż przy Rynku, cała nawierzchnia została zerwana, ale konstrukcja wytrzymała. Pełen obaw ruszam w stronę najstarszego mostu, kamiennego.

Już z rogu Słodowej i Krótkiej widać, że kilkusetletnia wizytówka miasta ucierpiała bardziej – bo symbolicznie. Nie ma śladu po rzeźbie. Jako jedyne ostały się kamienne łuki.

Przypomina mi się fragment „Głowy z gliny” – jednego z wierszy tego Anglika, Teda Hughesa, o którym miałem tu pisać: „Z pewnością zabrała ją rzeka. Z pewnością / Rzeka stała się jej kaplicą. I przechowuje ją w sobie”.

Czy Biała Lądecka przechowuje w sobie figurę Jana Nepomucena, patrona przepraw i mostów, orędownika powodzian? A może rzeźba została w ostatniej chwili zabezpieczona?

– Widzi pan, nawet Jan Nepomucen nie pomógł. Nie dał rady – powie jakiś czas później sąsiadka, pani Maria.

Mieszkańcy miasteczka godzinę po tym, jak woda z bezwzględną siłą wdarła się do ich mieszkań – do ich życia – zabierają się za sprzątanie. Ich siła zadziwia. Jak gdyby chcieli przekonać samych siebie, że wszystko to się nie wydarzyło. Jak gdyby chcieli tu i teraz przywrócić stan sprzed godziny zero.

Wielka woda przyniosła sterty śmieci. Zabawki, opony, drewno we wszelkiej postaci, kawałki styropianu, butelki; całe bogactwo nadrzecznego życia. Na trawniku widać nagle podłużny, smukły kształt. To głowacz. Gdy byłem chłopcem, nieraz się im przyglądałem, jak zastygały w bezruchu w nawet najbystrzejszym nurcie. Ten leży na plecach z otwartym pyszczkiem, martwy. Jego szarobrązowe ciało zadziwiająco dobrze komponuje się z zielenią obmytej trawy.

Dwieście metrów dalej szumi rzeka, która już niemal wróciła do koryta.

JULIUSZ PIELICHOWSKI jest poetą i tłumaczem, urodził się w Gliwicach, absolwent polonistyki UJ. Z Kotliną Kłodzką związany jest od dziecka, był tam również w 1997 r. Obecnie pracuje nad książką eseistyczną poświęconą tamtym stronom.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł