Dogmaty wiary od dawna nie mają łatwego życia. Czy może być inaczej w nowoczesnym świecie, w którym zacofanie, skostniałość, bezmyślność i bezkrytyczność kwituje się określeniami w rodzaju: „to dogmatyzm”, „jesteś dogmatyczny”?
Ów radykalnie krytyczny osąd dogmatów zakorzenił się na Zachodzie tak głęboko, że w jednym z polskich słowników wyrazów obcych dogmat został zdefiniowany następująco: „zasada teologiczna (...), podana przez Kościół do wierzenia jako niewzruszona prawda, nie podlegająca krytyce ani dyskusji” – i jeszcze jest to: „twierdzenie przyjmowane bezkrytycznie za prawdę tylko na podstawie autorytetu, bez względu na zgodność z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem” (Władysław Kopaliński). A chociaż w takim definiowaniu można dostrzec cienie antychrześcijańskich ideologii, to jednak prawdą jest i to, że wielu ludzi Kościoła – biskupi, księża, katechetki i katecheci, teologowie i teolożki – wydatnie przyczyniło się do kulturowej, religijnej i duchowej degradacji dogmatów.
Jak formułowane są dogmaty
Nie trzeba być wybitnym znawcą historii Kościoła, by wiedzieć, że były czasy, kiedy dogmaty, by tak rzec, odrzucały myślenie krytyczne, nie pozwalały na dyskusję, nie nadążały za życiem, zamieniały się w bat na inaczej myślących czy domagały się ślepego posłuszeństwa. Także dzisiaj właśnie tak jawią się one rzeszy ludzi.
Tymczasem historia dogmatów jest dużo bardziej złożona. Uczy, że ich natura jest zgoła odmienna: praktycznie wszystkie rodziły się w gorących debatach i sporach, w trybach krytycznego myślenia, w intelektualnych starciach nierzadko wybitnych umysłów. Wiele w dogmatach było subtelnych dystynkcji, zmian i dojrzewania, poszukiwania, ale też ograniczeń, pytań bez odpowiedzi i zwrotów akcji. Tak naprawdę dogmaty to „byty” żywe, zmieniające się w czasie ilościowo i jakościowo, niezastygające w swoim kształcie. One były i są w drodze – jak ludzie, dla których powstają.
Z ewolucją dogmatów jest podobnie jak z nowymi przekładami Biblii. Jeśli ma ona przemawiać zrozumiale, musi być nieustannie na nowo tłumaczona, musi zmieniać, czasami radykalnie, swój język, bo wersje wcześniejsze mogą być już nieczytelne. Ale kolejne przekłady starają się być też wierniejsze oryginałowi, lepiej oddawać jego sens, usuwać błędy, szlifować styl.
Co się stało z piątym przykazaniem
Problem w tym, że dla wielu ludzi Kościoła takie rozumienie dogmatu jako „bytu” podlegającego zmianom jest nie do przyjęcia, a wielu ludzi spoza Kościoła wygodnie, bezmyślnie czy bezkrytycznie powiela jego tradycyjne rozumienie. W oczach tych wiernych prawdziwa wiara – wyrażana w doktrynie Kościoła – nie może podlegać zmianom, musi pozostawać niezmienna. Tylko czy będąc taką, w istocie nie oddala się od życia ludzi, które przecież stale i wciąż się zmienia? Przypominają się lata 90. XX i początek XXI w. – i dyskusja, wręcz spór o przykazania kościelne, które dla wielu rzymskich katolików miały rangę dogmatów wiary, a nawet dorastały do wysokości przykazań Bożych.
W 1992 r. ukazał się nowy „Katechizm Kościoła katolickiego” (KKK), autorstwa zespołu biskupów i teologów na czele z kard. Josephem Ratzingerem, ówczesnym prefektem Kongregacji Nauki Wiary (KNW). Część wiernych z wielkim zdziwieniem i jeszcze większą dezaprobatą przecierała oczy, widząc, że jego autorzy mocno zmienili treść obowiązujących przykazań kościelnych. Czwarte (o komunii i spowiedzi) rozbito na dwa, zniknęło piąte, zabraniające urządzania hucznych zabaw w czasach zakazanych. Niektórym katolikom jakby grunt usunął się spod nóg.
Kilka lat później sprawę jeszcze bardziej zagmatwała sama KNW, watykańska strażniczka ortodoksji, która do nowej wersji przykazań kolejny raz wprowadziła zmiany (m.in. pojawiło się przykazanie dbania o potrzeby Kościoła). A oliwy do kościelnego ognia dolał episkopat Polski, który w 2001 r. zaprezentował wersję przykazań w części odmienną od watykańskiej i obowiązującą wyłącznie między Odrą i Bugiem. Okazało się, że w innych krajach można było przyjmować jeszcze inne wersje.
Mocno zakręciło się w niejednej katolickiej głowie. Jakże to – pytano – zmieniać, bez ostrzeżenia, i do tego tak często, coś, co jest niezmienne? Tymczasem KNW i biskupi wyraźnie pokazali, że przykazania kościelne z istoty nie są „bytami” niezmiennymi, bo wielokrotnie w historii Kościoła podlegały zmianom. Nie są jak przykazania Boże ani też nie mają rangi dogmatów wiary. Niektórzy jednak z co bardziej przywiązanych do tradycji wiernych trwożnie pytali, czy wraz ze zmianami przykazań kościelnych nie otwiera się droga do zmieniania samych dogmatów.
Niereformowalne dogmaty wiary
Na dowód, że dogmaty są niezmienne, mogli powołać się na naukę przynajmniej dwóch soborów powszechnych: trydenckiego (XVI w.) i watykańskiego I (XIX w.).
Ojcowie tego drugiego, wspierając się na fundamencie orzeczeń pierwszego, orzekli m.in.: „Nauka wiary, którą Bóg objawił, nie została bowiem podana jako wytwór filozofii, który dałby się udoskonalać mocą ludzkich umysłów, ale została przekazana Oblubienicy Chrystusa jako Boży depozyt, by go wiernie strzegła i nieomylnie wyjaśniała. Dlatego należy nieprzerwanie zachowywać takie znaczenie świętych dogmatów, jakie już raz określiła święta Matka Kościół, a od tego znaczenia nigdy nie można odejść pod pozorem lub w imię lepszego zrozumienia”.
Wniosek: święte dogmaty wiary są irreformabilis, „niereformowalne”, „niezmienialne”.
Rewolucja w nauczaniu o dogmatach
Dzięki Bogu w nauczaniu Soboru Watykańskiego I znalazły się także stwierdzenia, które po prawie stu latach pozwoliły Soborowi Watykańskiemu II (1962-1965) dokonać korekty jego nauczania o dogmatach.
Ten pierwszy w „Konstytucji dogmatycznej o wierze katolickiej” oznajmił zgodnie z wielką tradycją teologiczną: „Boże bowiem tajemnice, z samej natury swojej w tak wielkim stopniu wykraczają poza stworzony umysł, że (...) nadal są ukryte za zasłoną wiary i pozostają ogarnięte niejako mgłą, dopóki podczas tego śmiertelnego życia »pielgrzymujemy z dala od Pana, bowiem pielgrzymujemy w wierze, a nie w widzeniu«” (nr 46).
Ojcowie Soboru Watykańskiego II, bazując na takim nauczaniu i odwołując się do historii doktryny Kościoła, sprowadzili dogmaty na ziemię, pokazując, że są one „bytami” żywymi, podlegającymi ewolucji. Zrobili to ostrożnie, ale wyraźnie, nawiązując do głośnych wówczas słów papieża Jana XXIII: „Czym innym jest sam depozyt, to znaczy same prawdy wiary, a czym innym sposób, w jaki są głoszone, choć takie samo jest ich znaczenie i ta sama zawarta w nich myśl”.
Sobór poszedł jednak dalej: dostrzegając fakt, że współcześnie, inaczej niż w przeszłości, ludzkość stawia na poznanie dynamiczne i ewolucyjne, zachęcił teologów, by „nieustannie poszukiwali lepszego sposobu przekazywania doktryny chrześcijańskiej ludziom swoich czasów” („Konstytucja duszpasterska o Kościele”, nr 5 i 62). Z kolei w kontekście ekumenicznym Sobór nauczał o uprawnionej różnorodności dogmatycznej w różnych Kościołach: „Przekazana zaś przez Apostołów spuścizna została przyjęta w różnej postaci i w różny sposób i dlatego od zarania Kościoła tu i tam różnie ją wyjaśniano, biorąc pod uwagę różnice mentalności i warunków życia. (...) Nic więc dziwnego, że niektóre aspekty objawionej tajemnicy bywają czasem stosowniej ujmowane i jaśniej przedstawiane u jednych niż u drugich” („Dekret o ekumenizmie”, nr 14 i 17). Jak na tamte czasy stwierdzenia te oznaczały prawdziwą rewolucję w nauczaniu o dogmatach.
Psuje się jak manna
Krok dalej w 1973 r. poszła KNW w dokumencie „Mysterium Ecclesiae”. Czytamy w nim, że prawda dogmatu najpierw zostaje sformułowana „w sposób niepełny, chociaż nigdy nie błędny”, a po jakimś czasie „otrzymuje pełniejsze i doskonalsze wyrażenie”. Deklaracja przyjmuje, że język dogmatów nie jest ponadczasowy i uniwersalny, ale należy do kultur konkretnych czasów, a nawet konkretnych szkół teologicznych, odzwierciedlając tym samym partykularne sposoby myślenia, czego nie można pomijać w interpretacji i wykładzie dogmatów. Oznacza to, że ludzie różnych czasów czy różnych miejsc na ziemi mogą potrzebować różnych sformułowań tych samych dogmatów, wyrażonych w języku swoich kultur, z uwzględnieniem ich sposobów myślenia czy ich szkół teologicznych.
Istotne aspekty stanowiska Soboru Watykańskiego II i „Mysterium Ecclesiae” dobrze uchwycił jezuita Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów XX w. i doradca biskupów na Vaticanum II: „Myślenie wcześniejszych pokoleń (nawet wówczas, gdy doszłyby one do wyników w formie soborowych definicji [dogmatów wiary]) nigdy nie jest miejscem odpoczynku dla myślenia późniejszych pokoleń. Definicje [dogmatyczne] są nie tyle końcem, ile początkiem, pewnego rodzaju hic Rhodus, otwarciem. Nic z tego, co zostało rzeczywiście wywalczone, nie zatraca się w Kościele. Nic jednak nie oszczędza teologom natychmiastowej dalszej pracy. To, co jest tylko nagromadzone, tylko przekazane bez nowego, własnego wysiłku (i to ab ovo, ze źródła Objawienia) – psuje się jak manna. Im dłużej żywa Tradycja jest przerywana przez mechaniczne przekazywanie, tym trudniej do niej nawiązać”.
Dogmat o „obcowaniu świętych” (communicatio sanctorum)
Jest dla mnie oczywiste, że podobnie sprawę zmienności dogmatów i w ogóle ewolucji doktryny widzi inny jezuita – papież Franciszek. Z tej racji jest zresztą ostro krytykowany przez liczne grono biskupów, nawet przystrojonych w kardynalskie szaty, księży i świeckich, potępiających jego decyzje dotyczące drogi synodalnej, katolików rozwiedzionych czy osób LGBT. Historia dogmatów stoi jednak po stronie biskupa Rzymu. Oto kilka przykładów ich ewolucji.
Zacznijmy od dogmatu o „obcowaniu świętych” (gr. koinonia ton hagion, łac. communicatio sanctorum), który – jak spora liczba innych dogmatów – znalazł się już w starożytnych wyznaniach wiary. Historyczne zmiany w jego formule i rozumieniu nie wiązały się z wielkimi debatami czy sporami, z koniecznością zwołania soboru czy specjalnym wystąpieniem papieża, z rzucaniem anatem, ale jednak klarownie ukazują sedno tego, o co tu chodzi.
W Symbolu Apostolskim wyznajemy wiarę w „świętych obcowanie”, czyli – w języku bardziej współczesnym – „wspólnotę świętych”. Wypowiadając te słowa, zwykle mamy na myśli, jak się zdaje – po pierwsze – świętych w niebie, których dusze zostały już przyjęte łaskawie do wieczności Boga, oraz – po drugie – żywą więź Kościoła pielgrzymującego na ziemi z Kościołem niebieskim, wspólnotą zbawionych w niebie...
Obawiam się, że gdybyśmy takie znaczenie tego dogmatu zaprezentowali starożytnym wyznawcom Chrystusa, to zostalibyśmy uznani za heretyków. Chrześcijanie pierwszych wieków w communio sanctorum nie widzieli zmarłych w niebie, ale wyłącznie... Eucharystię. „Nazywa się jeszcze Eucharystię rzeczami świętymi (gr. ta hagia, łac. sancta) i jest to pierwotne znaczenie »komunii świętych« (świętych obcowania), o której mówi Symbol Apostolski” (KKK, nr 1331). „Święte” z wyznania wiary to nie „mieszkańcy nieba”, ale „święte rzeczy”, „święte dary” liturgii eucharystycznej: Chleb i Wino, realne symbole Chrystusa, ukrzyżowanego i wskrzeszonego, Świętego, który prawdziwie jest obecny w eucharystycznej wspólnocie wierzących i ich uświęca, zatem „świętymi” są także przystępujący do komunii.
Tymczasem takie pierwotne rozumienie dogmatu o „obcowaniu świętych” w którymś momencie historii Kościoła najpierw przycichło, potem zeszło na dalszy plan, a z czasem praktycznie poszło w zapomnienie. Sam dogmat jednak nie umarł, ale w nowych zmieniających się okolicznościach i kontekstach historycznych zaczął zdobywać nieznane wcześniej znaczenia, a także formuły („komunia świętych”, „wspólnota świętych”, miast „obcowania”).
Dogmaty o Trójcy Świętej
O Chrystusa chodzi także w kolejnym przykładzie ewolucji dogmatów. Chrześcijanie starożytni szybko stanęli przed pytaniem o stosunek Chrystusa, nazywanego Synem Bożym, do Boga Ojca. Po rozlicznych debatach doszli do wniosku, że skoro w Chrystusie dokonało się prawdziwe zbawienie – które nie może być dziełem człowieka, lecz wyłącznie Boga – to trzeba przyjąć w wierze, że Chrystus jest Bogiem.
Ale jak wierzyć w Jego bóstwo, nie zdradzając wiary w jednego jedynego Boga, co było przecież absolutnie oczywiste? Jedni proponowali zatem, by do Obu odnosić grecki termin homoousios – „jednej istoty”, „jednej natury”: Ojciec i Syn są jednej istoty, są współistotni. Tą koncepcją w 268 r. zajął się synod w Antiochii, który ostatecznie potępił ten termin, mając go za heretycki. Tymczasem 50 lat później synod w Nicei (z uwagi na jego wielkie znaczenie nazywany soborem) przywrócił do łask ów potępiony termin. To, co heretyckie, teraz okazało się ortodoksyjne i szybko odniesione nie tylko do Boga Ojca i Syna Bożego, ale także do Ducha Świętego, którzy są jednej natury, współistotni.
Podobnie miały się rzeczy z innym terminem, który chrześcijanie dodali do homoousios, by dogmatycznie wyrazić wiarę w Trójcę Świętą – gr. prosopon, łac. persona – „osoba”: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty, trzy Osoby jednej natury, współistotne. Nieco wcześniej jednak termin prosopon został oficjalnie uznany za heretycki – i z miejsca potępiony, ale w końcu, po ogromnej pracy intelektualno-duchowej, gorących debatach i subtelnej korekcie jego znaczenia, przyjęto go w poczet świętych pojęć.
Ukrzyżowanie potępienia
W ten sposób wyznawcy Chrystusa mogli sformułować dogmat o Trójcy Świętej, udanie wyrażający absolutną specyfikę chrześcijańskiego pojmowania Boga, ale także oferujący światu nieznane wcześniej pojęcie osoby – osoby ludzkiej i jej niezbywalnej godności (tak, antropologiczny fundament cywilizacji Zachodu jest dogmatyczny!).
Mając to wszystko na względzie Joseph Ratzinger, jeszcze jako zwykły ksiądz, we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo”, jednej z najważniejszych książek teologicznych XX w., tak ujął sprawę głębi zmian, którym podlegał dogmat o Trójcy Świętej: „Każde z wielkich podstawowych pojęć nauki o Trójcy Świętej zostało kiedyś potępione; wszystkie te pojęcia zostały przyjęte jedynie poprzez to ukrzyżowanie potępienia; mają one znaczenie jedynie, gdy równocześnie są uznane za bezużyteczne i tak, jako nieudolne bełkotanie – i nic ponadto – zostają dopuszczone. Pojęcie persona (prosopon) zostało (...) niegdyś potępione; najważniejsze wyrażenie homoousios (wspólnej z Ojcem natury), będące w IV wieku sztandarem ortodoksji, było w III wieku potępione; pojęcie pochodzenia [»Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca i Syna pochodzi« – JM] też ma za sobą potępienie, i tak można by jeszcze dalej to wyliczać”.
Bez przesady
Historia dogmatów uczy, że one ewoluują, podlegają zmianom, zarówno uprawnionym, jak i nieuprawnionym. Z uwagi na tę podwójną możliwość historia Kościoła pełna jest różnego rodzaju potępień – np. tych, które potępiały konkretne poglądy uznane za heretyckie, ale także tych, które potępiały potępienia poglądów za heretyckie uznanych.
Z takiego kształtu historii dogmatów zdaje się płynąć przynajmniej jedna ważna lekcja: w Kościele nie ma co przesadzać z potępieniami, wszak same potępienia także mogą być potępione.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















