„Dojrzewanie” trafiło w swój czas. Serial ogląda i dyskutuje o nim cały świat

Siła serialu polega na tym, że nie wskazuje winnych tragedii. Zostawia tylko zestaw wskazówek, z których musimy ułożyć sobie sensowną całość sami.
Czyta się kilka minut
Mark Stanley, Owen Cooper i Stephen Graham w filmie "Dojrzewanie", reż. Philip Barantini // Materiały prasowe Netflix
Mark Stanley, Owen Cooper i Stephen Graham w filmie "Dojrzewanie", reż. Philip Barantini // Materiały prasowe Netflix

Zaczyna się od banalnej sceny, która niczym nie zapowiada tragedii, z jaką konfrontuje nas ten czteroodcinkowy serial. Policjant odbiera wiadomość głosową od syna, chłopak skarżąc się na problemy z żołądkiem, próbuje wymigać się od pójścia do szkoły. Funkcjonariusz nie bardzo wierzy w te wymówki, dzieli się swoim sceptycyzmem z siedzącą z nim w radiowozie koleżanką z pracy. 

Potem akcja gwałtownie przyspiesza. Para policjantów w towarzystwie uzbrojonego po zęby oddziału wparowuje do podmiejskiego domku zwykłej rodziny z angielskiej niższej klasy średniej, wyraźnie przerażonej całą sytuacją. Ojciec rodziny tłumaczy, że to pomyłka i nic złego nie zrobił, nie on jest jednak celem akcji, ale jego trzynastoletni syn – podejrzany o zamordowanie nożem swojej koleżanki ze szkoły.

Wielką siłą „Dojrzewania” jest to, jak potrafi połączyć tę dramatyczną historię z pozornie banalnymi obrazami codziennego życia, toczącego się dalej w cieniu tragedii. 

Narracja jest celowo eliptyczna, pomija wiele wydarzeń kluczowych dla rozwoju akcji. Twórców bardziej interesują psychologiczne efekty działań bohaterów niż ich czyny. Dlatego nigdy bezpośrednio nie widzimy sceny kluczowej zbrodni, wokół której zbudowana jest cała historia, oglądamy tylko jej nie do końca jasny – i do pewnego momentu pozostawiający miejsce na wątpliwości, co się tak naprawdę stało – zapis z kamery monitoringu. Twórców ciekawi to, co dzieje się między przesłuchiwanym nastolatkiem Jamiem Millerem a towarzyszącym mu ojcem, Eddiem, gdy wspólnie oglądają taśmę z zapisem nagrania.

Cztery odcinki, cztery ujęcia: wielki popis filmowego warsztatu 

Brytyjska produkcja jest też bardzo głęboko przemyślanym formalnie dziełem. Wszystkie odcinki oparte są na trzech klasycznych jednościach: miejsca, czasu i akcji. Podkreśla je sposób inscenizacji: każdy z odcinków został nakręcony w jednym ujęciu, bez montażowych cięć. Każdy wpisuje się w trochę inną telewizyjną konwencję.

Pierwszy: dramatu policyjnego – obserwujemy aresztowanie Jamiego, wszystkie policyjne procedury konieczne do tego, by bardzo młody człowiek mógł zostać przesłuchany z zachowaniem przysługujących mu praw. W drugim dramat policyjny miesza się z serialem szkolnym. Obserwujemy wizytę dwójki funkcjonariuszy w szkole Jamiego, kamera towarzysząc ich podróżom po szkolnych klasach, korytarzach i dziedzińcach, odsłania przed nami nastoletnią społeczność, ze wszystkimi jej rytuałami, ukrytymi hierarchiami i utrzymującą je przemocą. Trzeci to psychologiczny dramat rozgrywający się między Jamiem – w oczekiwaniu na proces osadzonym w specjalnym ośrodku dla młodocianych – a psycholożką, Briony Ariston, która ma przygotować dla sądu opinię na temat młodocianego oskarżonego.

Wreszcie w ostatnim widzimy, jak upływa przedpołudnie rodziny Jamiego – obraz z życia klasy pracującej, jaki mógłby nakręcić Ken Loach. Eddie, ojciec chłopca, obchodzi urodziny, rodzina próbuje zachowywać się na tyle normalnie, na ile to możliwe w jej sytuacji. Iluzja normalności pęka jednak już przed śniadaniem – nastoletnia córka Eddiego znajduje obraźliwy napis, który ktoś w nocy wysprejował na vanie firmy hydraulicznej, którą prowadzi mężczyzna.

Każde z tych czterech ujęć-odcinków jest wielkim popisem filmowego warsztatu: reżyserii, pracy kamery, choreografii, wreszcie umiejętności aktorskich. Długie, prawie godzinne ujęcie-sekwencja nie pozostawia miejsca na aktorski błąd, który dałoby się zamaskować, sklejając ze sobą kilka dubli. Wymaga też od widza podobnego skupienia jak wizyta w teatrze.

Aktorzy doskonale radzą sobie z tym zadaniem, dwie role ocierają się o wybitność. Stephen Graham – współautor scenariusza razem z Jackiem Thornem – jest rewelacyjny jako ojciec Jamiego. Jego Eddie Miller to mężczyzna ciężko pracujący, by zapewnić rodzinie godny byt. Nagle musi zmierzyć się z sytuacją, która go zupełnie przerasta, tak jak chyba przerastałaby każdego. Miota nim poczucie winy, a przy tym instynkt, by mimo wszystko bronić syna. Pragnie chronić żonę i córkę, a przy tym w całej sytuacji stać wyprostowany. Nie chce okazać słabości, ustąpić lokalnej opinii publicznej, przyznać przed nią, że w jakiś sposób też jest winny – odrzuca propozycję żony, by wyprowadzić się do innego miasta.

Największym objawieniem jest jednak debiutujący na ekranie w roli Jamiego Owen Cooper. W kręconej bez cięć scenie przesłuchania odmalowuje cały wachlarz sprzecznych, skonfliktowanych emocji swojego bohatera. Chłopiec w trakcie rozmowy z psycholożką potrafi w jednej chwili przejść od uniżonej podległości do agresji, jest jednocześnie bezbronny i głęboko skrzywdzony, a przy tym wykorzystujący swoje krzywdy do tego, by wzbudzać poczucie winy i manipulować ludźmi wokół siebie. Widać, że wielokrotnie był krzywdzony przez rówieśników, a przy tym sam pełen jest agresji, pragnienia dominacji, kontroli nad innymi.

Temat „Dojrzewania”: skąd bierze się zło

Rozbicie serialu na cztery ujęcia-sekwencje nie ma przy tym na celu wyłącznie warsztatowego popisu, niesie ze sobą głęboki poznawczy zamysł. Każdy odcinek jest próbą złapania wydarzeń „na gorącym uczynku”, ujęcia wycinka historii Jamiego i jego zbrodni „w biegu”, bez cięć, „na żywo”. Wszystkie cztery odcinki przyglądają się sytuacji z trochę innego punktu widzenia, co sprawia, że stawiają nieco odmienne hipotezy na temat tego, co mogło doprowadzić do tragedii.

Powszechna opinia na temat „Dojrzewania” powtarzana w mediach tradycyjnych i społecznościowych mówi, że to film o toksycznej współczesnej męskości kształtowanej przez internetową subkulturę inceli – mężczyzn budujących swoją tożsamość wokół życia w niedobrowolnym celibacie – oraz influencerów tzw. manosphery, wzywających do powrotu tradycyjnej patriarchalnej męskości konstytuującej się w dominacji nad kobietami, w tym w aktach przemocy seksualnej. Że to serial o agresywnej mizoginii szerzącej się jak choroba zakaźna w mediach społecznościowych, na których wpływ szczególnie wystawieni są ich najmłodsi użytkownicy. Siła serialu polega jednak na tym, że nie wskazuje winnych tragedii, zostawia nam tylko zestaw wskazówek, z których musimy ułożyć sobie jakąś sensowną całość.

Zachowanie Jamiego na pewno sugeruje, że był on wystawiony na cały szereg głęboko toksycznych internetowych subkultur. Chłopiec dopiero wchodzący w okres dojrzewania, mający ciągle przed sobą romantyczne czy erotyczne doświadczenia, powtarza przekaz z incelosfery o tym, że dla „80 proc. kobiet atrakcyjnych jest tylko 20 proc. mężczyzn”. 

Jego rówieśnicy znęcają się nad nim, publikując komentarze pod zdjęciami na Instagramie sugerujące, że jest przegrywem, który nigdy nie zainteresuje żadnej kobiety. W interakcji z psycholożką Briony Ariston Jamie zachowuje się, jakby miał problem z kobietą występującą wobec niego z pozycji władzy. Gdy w reakcji na jego kolejny wybuch złości Briony zachowuje się w sposób mogący sugerować strach, chłopak sprawia wrażenie zadowolonego z siebie.

Serial podsuwa też jednak inne hipotezy na temat tego, co mogło popchnąć Jamiego do zbrodni. Drugi odcinek pokazuje szkołę, gdzie chłopak spędza przecież nie mniej czasu niż w sieci, jako przestrzeń, w której dorośli abdykowali ze swoich obowiązków, a dzieci stworzyły okrutny świat przywodzący na myśl „Władcę much”. Słabsi, odstający od normy, zbyt wrażliwi, brzydcy, społecznie nieporadni są bezlitośnie wyśmiewani, nękani, a nawet fizycznie atakowani przez rówieśników. Nauczyciele nie potrafią utrzymać dyscypliny w klasie, pytani o uczniów na ogół rozkładają ręce i mówią, że nic nie wiedzą. Jakiekolwiek problemy miałby Jamie, cokolwiek złego by się z nim działo, szkoła z pewnością tego nie zauważyła i nie mogła mu pomóc.

W trzecim odcinku widać, że problemy chłopaka z samooceną, poczuciem własnej wartości, agresją nie ograniczają się do sfery seksualnej. Choć szkolne raporty mówią o nim jako o dobrym uczniu, to Jamie jest przekonany, że nie jest w niczym tak naprawdę dobry. Od razu identyfikuje prowadzącą z nim rozmowę psycholożkę jako przedstawicielkę innej, wyższej klasy, do której nie należy i nie będzie nigdy należeć – co budzi w nim wyraźny resentyment. Szkoła nie jest w stanie pomóc chłopakowi rozpoznać własnych talentów, zaszczepić zdrowych aspiracji, dać mu jakiejkolwiek wizji przyszłości, dla której warto by pracować.

Każda z możliwych przyczyn zbrodni coś wyjaśnia, ale nigdy do końca

Dorośli w serialu w ogóle są bezradni  wobec młodszego pokolenia, nie tylko nauczyciele. Rodzice Jamiego, siedząc w pustym pokoju, mówią z żalem i wyrzutem do siebie: myśleliśmy, że kiedy siedział tu sam przed komputerem, był bezpieczny. Nie mieli pojęcia, z jakimi treściami syn codziennie miał kontakt od momentu, gdy po przebudzeniu scrollował ekran smartfona.

Policja błędnie interpretuje interakcje między Jamiem a jego przyszłą ofiarą w mediach społecznościowych, nie rozumie emotikonów, które dla młodych są podstawowym narzędziem komunikacji. Prowadzącemu śledztwo funkcjonariuszowi tłumaczy to dopiero jego syn – sam gnębiony w szkole, z czego ojciec zupełnie nie zdaje sobie  sprawy.

W finale drugiego odcinka policjant zabiera syna na obiad – być może po raz pierwszy od długiego czasu mają okazję dłużej porozmawiać. Jednocześnie „Dojrzewanie” jest zbyt dobrą produkcją, by zostawić nas z banalną konkluzją „gdyby tylko ojcowie częściej rozmawiali ze swoimi synami...”. Serial skłania do zgoła innego wniosku, a nawet dwóch. Po pierwsze, że czasem jesteśmy bezsilni wobec tego, co dzieje się z naszymi najbliższymi i nie potrafimy ich ocalić przed złem, do którego popycha ich własne nieszczęście. Po drugie, że musimy czasem zaakceptować naszą poznawczą bezradność w zetknięciu z drugim człowiekiem, nawet nam najbliższym, z jego motywacjami i czynami.

Każda z możliwych przyczyn zbrodni podana w serialu – mizoginia manosphery, subkultura inceli, media społecznościowe i reprodukujące się w nich mechanizmy nękania, szkoła i rodzina zawodzące młodych ludzi – coś wyjaśniają, ale nigdy nie do końca, uzupełniają się, ale nigdy nie tworzą pełnego obrazu. Świat, w jakim funkcjonują bohaterowie „Dojrzewania”, jest pozornie światem hiperwidoczności i hiperprzejrzystości. Nieustannie filmują go kamery monitoringu – jedna z nich rejestruje zbrodnię – wszyscy, od najmłodszych do najstarszych regularnie umieszczają obrazy ze swojego życia w mediach społecznościowych. 

Ale te obrazy niczego ostatecznie nie wyjaśniają, ich przejrzystość i oczywistość jest złudna. Serial – pokazując nam rozgrywające się na żywo cztery sceny dramatu i zestawiając różne spojrzenia na tragedię jednocześnie – pokazuje, że drugi człowiek pozostaje enigmą, kimś, kogo widzimy odbitego w niemogącym objąć całości zwierciadle.

„Dojrzewanie” nie jest dokumentem ani rekonstrukcją

„Dojrzewanie” bez wątpienia trafiło w swój czas, produkcję ogląda i dyskutuje o niej cały świat. Problemy, o jakich opowiada, dotykają nie tylko brytyjskich chłopców, odczuwają je wszystkie zachodnie społeczeństwa.

Jednocześnie recepcja serialu w mediach społecznościowych w Wielkiej Brytanii – zwłaszcza na platformie X – padła ofiarą tych samych toksycznych mechanizmów, jakie przedstawia. Konta bliskie skrajnej prawicy – często te same, które wcześniej latami najgłośniej narzekały na to, że nikt nie pochyla się nad problemami młodych, białych chłopców z klas pracujących – zaatakowały Grahama i Thorna, zarzucając im, że w imię „politycznej poprawności”, by zablokować poważną dyskusję o migracji, „zmienili rasę” „prawdziwego sprawcy” zbrodni, na której oparty był serial. 

To nietrafiony zarzut, „Dojrzewanie” nie jest dokumentem ani rekonstrukcją konkretnej sprawy, zbiera inspiracje z kilku podobnych wypadków, jakie miały miejsce w Wielkiej Brytanii. Twórcom dostało się też za rzekome „demonizowanie młodych, białych mężczyzn” i uprawianie woke-propagandy.

Można było spodziewać się takich reakcji, zwłaszcza na platformie żyjącej z podsycania polaryzacji i wyolbrzymiania rzeczywiście dzielących zachodnie społeczeństwa podziałów. Cztery godziny nawet najlepszego serialu ich nie skleją. Ale mogą być punktem do rozmowy, do przyznania, że mamy jako wspólnota problem i że nie ma dla niego łatwych rozwiązań. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Cztery sceny