„Symfonia o umieraniu”: oczyszczające studium rodziny ponowoczesnej w kinie

Okazuje się, że szorstkie, prawie ogołocone z konwencji i metafor kino, może być zabawne. Nawet jeśli nie wszystkim odpowiada humor rozpaczą podszyty.
Czyta się kilka minut
„Symfonia o umieraniu”, reż. Matthias Glasner, Niemcy 2024 r. // Fot. Peter Hartwig / materiały prasowe Aurora Films
„Symfonia o umieraniu”, reż. Matthias Glasner, Niemcy 2024 r. // Fot. Peter Hartwig / materiały prasowe Aurora Films

„Nigdy cię nie lubiłam” − to chyba najgorsze słowa, jakie może usłyszeć dorosły syn od matki. Zwłaszcza że w tym momencie obwieszcza mu ona, że choruje na raka, lecz przecież ważniejsze są sprawy praktyczne, związane z pogrzebem czy dziedziczeniem. To bez wątpienia najmocniejsza ze scen „Symfonii o umieraniu”, trwająca kilkanaście długich minut, aczkolwiek porównanie jej do znanego dowcipu rysunkowego Marka Raczkowskiego wcale nie byłoby nadużyciem. 

W filmie Matthiasa Glasnera nagie okrucieństwo podane jest często w taki sposób, że zamienia się w absurd. I choć jesteśmy w świecie, gdzie wszystko: rodzina, sztuka, praca bywają źródłem cierpień i „nawet sens nie ma sensu”, ten film w mało spodziewanych momentach przynosi wyzwolenie od bezsensu. 

Rzeczywiście, trudno polubić Toma. Nie tylko dlatego, że gra go Lars Eidinger, jeden z czołowych dziś aktorów niemieckich, wspaniale odgrywający śliskie, nieodgadnione do końca postacie. Tym razem jego bohater zajmuje się dyrygenturą w młodej międzynarodowej orkiestrze berlińskiej i wydaje się zbyt pochłonięty pracą, by przejmować się telefonami od matki (Corinna Harfouch), która alarmuje, że choremu na demencję ojcu właśnie się pogorszyło.

W pierwszej z pięciu części filmu oglądamy tę samą sytuację widzianą z punktu widzenia matki, coraz bardziej zniedołężniałej, zdanej na sąsiedzką pomoc i opiekę społeczną. Lecz Glasner komplikuje ten obraz rodzinnej znieczulicy uprawianej przez młodsze pokolenia, bo w tym samym czasie Tom potrafi rzucić wszystko i asystować przy porodzie swojej dziewczyny sprzed lat. Czyżby chodziło o działanie zastępcze lub ucieczkowe? I że niby zawsze lepiej być bliżej życia niż umierania? Gdyby film dawał gotowe i banalne odpowiedzi, nie byłby wart poświęcenia mu aż trzech godzin.

„Symfonia o umieraniu” to jedna z tych opowieści, która na każdym kroku bliska jest spektakularnej wywrotki. 

Operuje wszak ciężką materią (choroba, starość, samotność, depresja, śmierć), a muzyczny koncept (przygotowania do prapremiery tytułowej symfonii) nadają mu ryzykownie bombastyczną oprawę. Zwłaszcza że Bernard (zasłużenie nagradzany Robert Gwisdek), czyli neurotyczny kompozytor utworu, znajduje się na skraju załamania, przy okazji zadręczając innych swoim artystycznym niespełnieniem. 

Takich zapalnych punktów jest w filmie dużo więcej. Na przykład istną bombą z opóźnionym zapłonem wydaje się młodsza siostra Toma, Ellen (Lilith Stangenberg), pogubiona alkoholiczka z zaprzepaszczonym talentem wokalnym, pracująca jako asystentka w gabinecie stomatologii holistycznej. Trudno jednak się nie roześmiać, kiedy dziewczyna i jej kochanek, żonaty lekarz, omawiają nad znieczulonym pacjentem swoje bardzo intymne sprawy.

Glasner i jego aktorzy mistrzowsko ustawiają sceny skrajnie niewygodne, wręcz zawstydzające, zawieszone na krawędzi jakiejś wizerunkowej katastrofy. Jednocześnie owa „cienka linia”, o której rozprawiają muzycy, a która ma oddzielać coś głęboko dotykającego od kiczu udającego dotkliwość, nigdy nie zostaje tu przekroczona, nawet w najbardziej brawurowych momentach.

Oglądając „Symfonię”, można mieć skojarzenia z kinem Ingmara Bergmana – tak ostentacyjnie bywa nagie, zarówno w sferze psychologii, jak i fizjologii. Nie przypadkiem podczas samotnej wigilii jeden z bohaterów odpala sobie film „Fanny i Aleksander”, dość specyficzny w kategorii świątecznych otulaczy, tak jak specyficzna bywa „familijność” tej historii. 

Bo Glasner pracuje na otwartych ranach, krążąc wokół toksycznych rodzin, oziębłych związków, brutalnych gestów, ale stara się nie dopuścić do całkowitego zakażenia. Uruchamia w swoich bohaterach nietypowe mechanizmy autoimmunologiczne, w miejsce poluzowanych więzi znajduje bardzo nieoczywiste połączenia, zaś najokrutniejsze, trudne do wytrzymania konfrontacje okazują się w jego filmie niezbędne. 

Głównym osiągnięciem niemieckiego reżysera jest to, że szorstkie, prawie ogołocone z konwencji i metafor kino, chwilami do bólu naoczne i dosłowne, może być jednocześnie zabawne – nawet jeśli nie wszystkim odpowiadał będzie humor rozpaczą podszyty. Zwłaszcza że tak zwane sytuacje życiowe zostają tu doprowadzone do ekstremum i czasem wymagają zachowania niezgodnego z powszechnie przyjętą normą. 

Dziwny prolog, w którym nagrana smartfonem dziewczynka wygłasza mądrości o podążaniu za swoim sercem, z czasem wypełnia się własną treścią. Oglądamy ludzi tak zasupłanych w swoich krzywdach i zranieniach, tak zaplątanych w innych ludzi, że działają czasem wbrew sobie samym. Paradoksalnie, w chwilach największego kryzysu, te same osoby stać na rodzaj empatii, do której raczej nie byliby zdolni ci życiowo uporządkowani, pochodzący ze zdrowych rodzin i skupieni na trosce o swoje stadło. 

Na szczęście, jako studium rodziny ponowoczesnej film nie pracuje w trybie domyślnym i z czasem rozmontowuje jej ustawienia systemowe.  Wnika głęboko pod warstwę cywilizacyjnych diagnoz i nie szuka pocieszenia na siłę. Pomijając muzyczną strukturę „Symfonii”, jest w niej jeszcze nieilustracyjna muzyka Lorenza Dangela, piszącego od lat dla kina, teatru czy baletu. 

Gdy podczas próby orkiestry niezadowolony z efektów kompozytor pyta muzyków, co właściwie sądzą o jego eksperymentalnym utworze pod tytułem „Umieranie”, ci narzekają, że za długi, że potrafi zanudzić na śmierć, że brak mu sensu i nadziei. Jest w tym oczywiście autoironia i zarazem ukryta deklaracja, jakim filmem „Symfonia u umieraniu” być nie chce. I w dużej mierze jej się to udaje. 

Wybrzmiewa w symfonicznym finale wszystko, co chciałoby się głośno powiedzieć, nie popadając w sentymentalizm ani cynizm. Na przykład, skąd się bierze obojętność Toma, dlaczego związek jego schorowanych rodziców wygląda w schyłkowej fazie tak, a nie inaczej, albo czemu rockandrollowa Ellen, ponoć ulubienica matki, pakuje się w sytuacje autodestrukcyjne. A trzymając się jej wyuczonej profesji i medycznych porównań: ten długi film o niemiłości i zamrożonej komunikacji jest niczym wyrywanie zęba „na żywca” – bolesne, mało estetyczne, choć przecież oczyszczające. Podobnie jak ta straszna rozmowa matki i syna, po której można już tylko umrzeć, albo otworzyć się wreszcie na prawdziwą pomoc. 

„SYMFONIA O UMIERANIU” („Sterben”) – reż. Matthias Glasner. Prod. Niemcy 2024. Dystryb. Aurora Films. W kinach od 21 marca. 

Matthias Glasner to niemiecki reżyser i scenarzysta znany z filmów „Wolna wola” (2006), „Litość” (2012) czy „Droga do odkupienia” (2017). Pracował także w hamburskiej Operze Narodowej jako twórca projekcji filmowych. W 2024 r. jego „Symfonia o umieraniu” triumfowała na rozdaniu Niemieckich Nagród Filmowych, a na Berlinale otrzymała Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nagie kino