Jak odpoczywać w niespokojnym świecie

A gdyby o odpoczynku pomyśleć inaczej? Bez rozumowania w kategoriach zysków i strat, korzyści, optymalizacji, bez zastanawiania się nad słusznością i jakością? Oto pytanie na rok 2024.

02.01.2024

Czyta się kilka minut

Ilustracja Kasia Kozakiewicz dla „TP"
Ilustracja Kasia Kozakiewicz dla „TP”

Argument dla patriotów: pierwsze zdanie w języku polskim, zapisane w Księdze Henrykowskiej z 1270 r., dotyczy prawdopodobnie odpoczynku. „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj” – miał powiedzieć swojej żonie rycerz Boguchwał, wyręczając ją w mieleniu zboża. Argument dla wierzących: jak mówi Księga Rodzaju, sam Bóg odpoczywał po stworzeniu świata, więc przykład płynie z góry. Argument na chłopski rozum: silnik czy procesor nie może pracować bez końca, czasem trzeba go schłodzić, żeby nie wysiadł. Argument dla legalistów: obowiązkowy odpoczynek został uwzględniony w prawie pracy. Dla ufających jedynie nauce: bez wystarczającej ilości odpoczynku narażamy się na choroby serca, cukrzycę i inne poważne nieprzyjemności.

Jeśli nie dojdziemy do takich konkluzji sami, prędzej czy później we znaki da się nam psychosomatyka. Zgrzytanie zębami w nocy, bolące stawy, sztywna szyja, niekończące się bóle brzucha. Nerwowość, kłótnie z bliskimi, irytowanie się o drobiazgi. Głupie, lecz kosztowne w skutkach pomyłki z nieuwagi i rozkojarzenia, może nawet wypadek – wreszcie poważny kryzys, który wymusza jakąś zmianę.

Wielka umiejętność

To nie luksus, lecz konieczność – można byłoby posłużyć się zgrabnym sloganem z dawnych lat. Dlaczego w takim razie odpoczywanie, czyli realizowanie naturalnej, ludzkiej potrzeby, przychodzi nam z takim trudem?

Bohater „Ostatniego rozdania” Wiesława Myśliwskiego dobrze rozpoznaje ten stan: „Gdy postanawiam odpocząć choćby te pół godziny, godzinę, jakiś niepokój mnie nawiedza, zaczynam niemal fizycznie odczuwać, jak przepływający przeze mnie czas przyspiesza, zagarniając mnie ze sobą, a nie widzę niczego, o co mógłbym się zaprzeć lub czego przytrzymać” – przyznaje, wzdychając: „O, to wielka umiejętność umieć odpoczywać”. Umiejętność, a więc albo niedany każdemu jednakowo talent, albo coś, co trzeba w sobie wyćwiczyć – czyli nie inercja, w którą mimo woli popadamy, czy, by już na samym początku naszej refleksji nad odpoczywaniem wypędzić widmo negatywnej aksjologii – zdecydowanie nie lenistwo.

Jedna ze słownikowych definicji słowa „odpoczynek” brzmi: „pozbywanie się zmęczenia”. A czy przyznajemy się do zmęczenia? Globalnie i lokalnie, owszem. Nie mówimy tu oczywiście o zmęczeniu po spełnionym zadaniu, któremu towarzyszy satysfakcja, jak po zdanej sesji egzaminacyjnej, po długiej wędrówce w lesie czy samodzielnym pomalowaniu pokoju dla dziecka. Mowa o zmęczeniu, które nie ustaje, lecz ciągle brzęczy w głowie jak stara świetlówka, sabotuje, wyżyma.

Spójrzmy na kilka raportów z ostatnich, popandemicznych lat: według badań przeprowadzonych na zlecenie firmy farmaceutycznej STADA w 14 krajach Europy to Polacy najczęściej deklarują, że czują się na skraju wyczerpania (26 proc. dorosłych). Raport firmy BenefitSystems (znanej m.in. z opracowania popularnego programu MultiSport): 35 proc. spośród badanych pracowników odczuwa silne zmęczenie po pracy, a aż 19 proc. jeszcze przed jej rozpoczęciem. Firma szkoleniowo-doradcza Human Power zatytułowała swoje badania dobitnie: „Zmęczeni zmęczeniem”. Wynika z nich, że aż 41 proc. z nas nie doświadcza odpoczynku w czasie wolnym, a ze zmęczeniem mierzy się aż 8 na 10 badanych. Oczywiście, wspomniane badania trudno uznać za całkowicie „niewinne” – jako że zostały przeprowadzone na zlecenie komercyjnych firm, możemy przypuszczać, że przydają się do uzasadniania oferowanych produktów i usług. Jednak nawet z tą świadomością trudno nie przyznać, że coś jest na rzeczy. Niezależnie od skuteczności proponowanych rozwiązań, powtarzające się deklaracje coś ujawniają, wskazują na realną, dokuczliwą potrzebę.

Ostatni kawałek tortu

„Osiem godzin pracy, osiem godzin odpoczynku, osiem godzin snu” – taki podział doby zaproponował w XIX wieku przedsiębiorca, filantrop i utopista, pionier spółdzielczości Robert Owen. To wówczas pojawiła się kategoria hobby, zajęć podejmowanych z wyboru w wolnym czasie, a ojczyzna Owena, Wielka Brytania, zaczęła zmierzać w kierunku narodu „hobbystów, miłośników znaczków i hodowców gołębi”, jak sto lat później nazwie to George Orwell.

W swoim czasie rewolucyjny (praca w przemyśle trwała zwykle dłużej) pomysł Owena z grubsza pozostał z nami do dziś. Ośmiogodzinny dzień pracy to standard w typowej umowie etatowej (przynajmniej na piśmie), osiem godzin snu przyjęło się traktować jako optimum dla zdrowia. Co jednak z czasem pozostającym na regenerację? Część wciąż zjada nam, rozumiana na rozmaite sposoby, praca. Współcześnie – wszystko jedno, czy pracujemy w fabryce, czy przy komputerze, na ogół żyjemy w bardziej rozproszonych, rozlanych społecznościach niż w epoce rewolucji przemysłowej, musimy więc doliczyć dojazdy i powroty. Nie zawsze możemy też mentalnie wyjść z pracy wraz z opuszczeniem jej siedziby. Kolejną część pozostającej nam doby zajmują obowiązki domowe, rodzinne i towarzyskie; jeśli mamy odrobinę szczęścia i naszych zasobów pogody ducha nie podgryza już nieustanna nerwowość i pośpiech, to one mogą zapewnić nam nieco odprężenia (wyobraźmy sobie wspólne robienie kanapek czy spokojny wieczorny spacer z psem zamiast odbębniania rytualnego siku). Bywa jednak i tak, że również ta część życia trafia do kategorii „praca”; takie zachwianie równowagi nosi w psychologii nazwę spillover. Wtedy z całego „tortu” zostaje nam maleńki kawałek, który desperacko chcemy wykorzystać jak najlepiej.

Ktoś, kto tkwi w wyczerpującej, obmierzłej sytuacji zawodowej, która zużywa go jak tymczasową część zamienną, zapewne będzie marzyć o odmóżdżeniu, o resecie; wszystko, żeby na chwilę nie musieć wracać do chomiczego kołowrotka. Będzie odzyskiwał swoje życie wściekle, może dionizyjsko: zapomni się w imprezowaniu, ogłuszy piwem, zarwie noc dla serialu, którego nawet nie lubi, nie wyłączy telefonu do świtu, przewijając społecznościówki aż do bólu kciuków. Chińczycy, pracujący w wykańczającym systemie 966 (72 godziny tygodniowo, od 9 rano do 9 wieczorem), nazwali tę praktykę „opóźnianiem snu w akcie zemsty”. Chodzi o poczucie, że choć odrobina życia należy do nas samych – i dla tej maleńkiej autonomii jesteśmy gotowi szkodzić samym sobie. Trudno nazwać to odpoczynkiem, raczej krótkoterminową ulgą.

Kto inny będzie traktować ten wycinek jako pole do inwestycji: skoro mam tak niewiele dla siebie, nie mogę tego zmarnować, niechże ten czas mnie wzbogaci. Tu z pomocą przychodzą rozmaite usługi samorozwojowe, zorganizowane weekendy, kursy efektywnego odpoczywania. Jeśli sport, to taki, po którym widać, że się staram. Jeśli hobby, to pożyteczne, rozwijające. Dążenie do inwestycyjnego odpoczynku karmi się poczuciem winy, że możemy zmarnować cenny czas lub zostać posądzeni o próżnowanie. To odpoczynek traktowany jak szlifowanie cnót. Nasze podejście do czasu wolnego to dziedzictwo nowoczesności, ale być może – to luźna hipoteza – jako społeczeństwo wiejskiego pochodzenia jesteśmy w Polsce bardziej podatni na tego rodzaju propozycje, wszak w gospodarstwie zawsze jest coś do zrobienia i bezczynnie łatwiej poczuć się nieswojo.

Nie ma oczywiście przepisu na odpoczynek mniej czy bardziej właściwy, pożądany. Rzut oka na niedawną historię pokazuje, że i w pozornie prostszych czasach nie była to sprawa oczywista. Ubiegłoroczna wystawa we wrocławskim Muzeum Architektury, poświęcona infrastrukturze wypoczynkowej, przypominała, że w epoce PRL władze, chcąc rozszerzyć dostęp do wczasów na klasy pracujące, ignorowały różnice w potrzebach i przyzwyczajeniach. W efekcie robotnicy urlopy przez pewien czas postrzegali jako kłopotliwy podarunek, a może wręcz rodzaj wysiłku, do którego trzeba się specjalnie przygotować, a w jego trakcie odgrywać nienaturalne role. Zamiast zorganizowanych turnusów, jak deklarowali, woleli krótsze, lecz częstsze wypady poza miasto czy do ogródka działkowego.

Magia liczb

Gdy piszę ten tekst (a także kiedy piszę w ogóle – cywilizacyjne bolączki sprawdzam na własnej skórze), korzystam z aplikacji, w której animowany króliczek pomaga mi utrzymać skupienie i „uczy się”, kiedy ja piszę (nie mogę mu przeszkadzać!). Poszczególne sesje „nauki” przerywane są reklamami. Ponieważ algorytm dobrze wie, o czym ostatnio czytałam, czyli o zmęczeniu i odpoczynku – podpowiada mi kolejne rozwiązania online, służące optymalizacji mojego samopoczucia.

Jedno z nich podpowiada mi sekwencje działań, wraz z pomiarem czasu, które mają nadać codziennym zajęciom niespieszną płynność, docelowo wprowadzając spokój ducha. Gdy próbuję, przynosi to odwrotny rezultat; nawet w zamierzeniu przyjemne czynności z zakresu tzw. self care (termin-wytrych odnoszący się do szeroko pojętej troski o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne), czyli dbanie o urodę, regularne posiłki czy gimnastyka, w obecności aplikacji przysparzają mi jedynie dodatkowych nerwów i odbierają smak życia.

Wszystko trzeba zmierzyć, ze wszystkim nadążyć, wszystko odhaczyć. Mam poczucie, że w moją codzienność wkrada się bezlitosna tayloryzacja i tyrania wydajności, co potencjalne chwile relaksu zamienia w wysiłek i pościg za niewidzialną marchewką. Powołuję się na ten osobisty przykład, bo przypominam sobie, co napisał kiedyś socjolog Anthony Giddens: „Radzenie sobie w sytuacjach życia codziennego wymaga od wszystkich uczestników życia społecznego ciągłej i nieprzerwanej pracy”. Coś sprawia, że życie nie może po prostu się dziać – pomimo tak wielu złotych rad, lifehacków i gotowych rozwiązań podsuwanych na tacy trudno odpocząć, gdy czujemy się zmęczeni.

William Davies, sceptyczny wobec idei wellness autor książki „Przemysł szczęścia”, uważa, że problem leży w fałszywej obietnicy, w którą masowo wierzymy, bo wydaje się zniewalająco prosta: będziemy sprawnie, bezbłędnie działać, jeśli wdrożymy w nasze życie różne behawiorystyczne metody. Idealne rutyny, podział czasu na bloki i segmenty, obserwowanie poziomu skupienia i energii w ciągu dnia, próby działania w regularnych cyklach – wszystkie te metody opierają się na założeniu, że możemy stać się niezawodni. Mierząc, wyliczając i monitorując nasze zachowania znajdziemy w końcu algorytm szczęścia i wydajności – obiecuje nam magia liczb.

Utożsamiając niejako jedno z drugim, wiele firm stara się inwestować w dobrostan pracowników, oferując im zajęcia sportowe, praktyki relaksacyjne i rozrywki w miejscu pracy. Również sami dla siebie stajemy się „menedżerami dobrostanu”, jak w moim opisanym powyżej, na szczęście szybko przerwanym eksperymencie. Choć marzenie o uniwersalnym sposobie radzenia sobie ze stresem i groźbą wypalenia pozostaje niezmiernie kuszące, jak na razie próby jego realizacji przekonują w umiarkowanym zakresie (może to i lepiej).

Badania przeprowadzone przez międzynarodowy zespół naukowców pod kierownictwem dr. Miguela Fariasa z Uniwersytetu Coventry i opublikowane na łamach „Acta Psychiatrica Scandinavica" sugerują, że proponowane czasami jako uniwersalne rozwiązania praktyki medytacji i mindfulness nie gwarantują spokoju ducha dla każdego. Ludzie, którzy mają problem z poważnym lękiem czy objawami depresji, mogą wręcz pogorszyć swoje położenie przez głębokie zanurzenie w tym stanie.

Gdy kończy się radość

„Odkryłam, że moje życie wymaga większej liczby osi, wokół których ma się kręcić”, wyznała amerykańska dziennikarka Anne Helen Petersen, często podejmująca tematykę pracy i wypalenia zawodowego. Sama zresztą, do czego przyznała się niezbyt chętnie, doświadczyła tego ostatniego. Była w stanie podejmować niektóre wyzwania, nie załamała się całkowicie, lecz zauważyła, że coraz więcej neutralnych, wręcz banalnych zajęć budzi w niej coraz większą niechęć i wstręt. Jako przyczynę wskazała nie tylko przeładowanie pracą na własny rachunek, ale także fakt, że w jej życiu zabrakło miejsca na czynności, które nie będą przynosić zysku czy służyć budowaniu wizerunku w internecie.

Pomógł jej powrót do zajęć, które kiedyś lubiła, i pogodzenie się z faktem, że nie osiągnie w nich poziomu zawodowca ani nie będzie mogła ich sprzedać – narciarstwo i uprawianie ogródka, praktykowane anonimowo i bez relacjonowania w internecie. Amatorsko, wręcz tak sobie. Metoda okazała się skuteczna, choć nie przyszło jej to bez oporów.

Ten przykład pokazuje, że coraz trudniej wyobrazić sobie bezinteresowne hobby. To wręcz dobro luksusowe. Internet, zapewne bardziej niż kiedykolwiek, umożliwił przynajmniej częściową profesjonalizację prywatnych pasji, obiecując przy okazji gratisy: czasem korzyści finansowe, czasem sławę, a na pewno choćby małą społeczność, wierne grono kibiców. Hobby zyskuje wtedy dodatkowe uzasadnienie, czujemy się pożyteczni. Oczywiście i wcześniej możliwe było przeobrażenie swojej pasji w źródło dochodu (pomyślmy o krewnych i znajomych robiących na zamówienie piękne swetry na drutach), ale chyba nigdy wcześniej awans z hobbysty-amatora na artystę czy rzemieślnika nie następował tak szybko.

Niewątpliwie fakt, że ktoś docenia nasze fotografie, postępy w sporcie czy makijaże daje wiele satysfakcji, podbudowuje samoocenę, czasem pozwala nawiązać przyjaźnie, jednak wiąże się z ukrytymi kosztami. Posiadanie publiczności oznacza oczekiwania, którym trzeba sprostać, by ją utrzymać: publikować regularnie, odpowiadać na wiadomości, moderować komentarze. Stąd tak liczne historie o ludziach, którzy po dłuższym okresie prowadzenia jakiegoś lubianego profilu w mediach społecznościowych nagle znikają bez słowa albo oświadczają, że nie mogą prowadzić go już dłużej, nawet niezobowiązująco i od czasu do czasu. Padają słowa: „zbyt wiele mnie to kosztuje”. To, co dawało przez pewien czas tyle satysfakcji, przeobraża się w jeszcze jeden obowiązek, aż w końcu wytraca swoje pierwotne paliwo: bezinteresowną radość.

Celem pracy jest czas wolny

A gdyby o odpoczynku pomyśleć nieco inaczej niż jako o umownej kategorii pomiędzy pracą a snem? Bez rozumowania w kategorii zysków i strat, korzyści, optymalizacji, bez zastanawiania się nad słusznością i jakością? Zaskakująco radykalny pomysł przybywa do nas nie z rejonów np. anarchizmu czy myśli utopijnej, a z zupełnie przeciwległego bieguna. Podpowiedział go niegdyś nieco obecnie zapomniany filozof-tomista Josef Pieper, którego dla współczesnego czytelnika odświeżyła amerykańska eseistka Jenny Odell. Podjął on myśl Arystotelesa, że „celem pracy jest czas wolny, tak jak pokój jest celem wojny”. Czas wolny, czyli schole – dla starożytnych przestrzeń na kontemplację, filozofowanie, obserwowanie świata, swobodny rozwój intelektu i ducha. Możemy postrzegać go jako odmianę czasu sakralnego. Usunięcie tego wymiaru z naszego życia, twierdzi Pieper, sprawia, że praca staje się celem samym w sobie, czy urasta do rangi kultu. Zamiast przyglądać się światu i podziwiać go, chcemy odruchowo mierzyć, szacować, zmieniać, skazani na wieczne niezadowolenie i jałowe ucieczki. Stajemy się więźniami aktywności dla samej aktywności, a nasza relacja ze światem tępieje, nabiera rysu smutnej pragmatyczności. Gdy jednak pozwalamy sobie na kontemplacyjny odpoczynek, mamy szansę zmniejszyć swój lęk i frustrację, przełamać niekończące się zmęczenie, a i sama praca może nabrać więcej sensu.

To umiejętność, o której marzy bohater „Ostatniego rozdania”. Z pozoru rada ta brzmi prosto, jednak wyobrażam sobie, że wdrożenie jej w życie musi oznaczać pokonanie licznych strachów: przed własną bezczynnością, przed widmem potencjalnych strat, przed poczuciem porażki, przed odpadnięciem w rywalizacji, realnej lub wyobrażonej. Czy warto pomimo to próbować – nie mnie oceniać, z pewnością widzę jednak jedną wymierną zaletę: skorzystanie z potencjału, który już i tak jest w nas, kosztuje równe zero złotych.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Badaczka i pisarka, od września 2022 r. felietonistka „Tygodnika Powszechnego”. Autorka książek „Duchologia polska. ­Rzeczy i ludzie w latach transformacji”, „Wyroby. Pomysłowość wokół nas” (Nagroda Literacka Gdynia) oraz rozmów „Czyje jest nasze życie” ­(… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Jak odpoczywać w niespokojnym świecie