Czy internet dla ludzi ma przyszłość? Szukamy śladów życia w sieci przejętej przez boty

Nasza sieć została zagarnięta przez wielkie korporacje i zaśmiecona przez AI. Czy jest jeszcze możliwy internet z podmiotowym traktowaniem użytkowników i etycznymi algorytmami?
Czyta się kilka minut
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Czasami rzeczywistość wymaga określeń, które mogą wydać się rażące. Nieczęsto jednak wchodzą one do języka profesjonalnych dyskusji, a tak stało się w przypadku kryzysu internetu – zarówno w jego technicznej, jak społecznej i ekonomicznej warstwie. W 2022 r. kanadyjski pisarz, publicysta i aktywista Cory Doctorow użył w tym kontekście słowa „gównowacenie” (ang. enshittification). 

Czym jest „gównowacenie” internetu

Rok później pojęcie to stało się słowem roku według American Dialect Society, a potem na stałe weszło do języka naukowego. Gównowacenie internetu to, w myśl Doctorowa, integralna praktyka wielkich aktorów późnego cyfrowego kapitalizmu: „Oto jak umierają platformy: najpierw są dobre dla swoich użytkowników; potem ich wykorzystują, by być dobrymi dla swoich klientów biznesowych; na koniec wykorzystują tych klientów, by odzyskać całą wartość dla siebie. A potem umierają” (przeł. Jan Jęcz).

W takiej strategii platformy są pośrednikami równoważącymi potrzeby użytkowników i podmiotów chcących na nich zarabiać, ale utrzymywanie tej równowagi okazuje się pozorne. Facebookowi już dawno przestało zależeć na użytkownikach i można się zastanawiać, czy wciąż zależy mu na reklamodawcach, skoro zasięgi i interakcje z reklamami spadają. 

Google’a nie interesuje powszechna niechęć do umieszczania AI wszędzie, gdzie się tylko da – zamiast jakościowych wyników wyszukiwania dostajemy podejrzane maszynowe podsumowania. Spotify nie chodzi ani o moją wygodę konsumowania fajnej muzyki, ani o interesy twórców, ale o to, żeby nie dało się słuchać muzyki inaczej niż przez streaming, albo przynajmniej, żeby rynkowa pozycja platformy nie była zagrożona.

Praktyka tych firm zmierza do zagrabienia całej wartości, jaką dawać może komunikacja online. W imię wygody użytkowników i przychodów reklamodawców, oczywiście.

Uruchamianie odtwarzacza...

Jak się nie dać Spotify

Opiszę ten proces na prostym przykładzie: bardzo lubię gdański zespół Nagrobki. Słuchałem go czasem na Spotify, raz byłem na koncercie, kupiłem czapkę z logo, potem jeszcze koszulkę, zamiast której przyszła płyta winylowa. Nie mam jej na czym odtwarzać, ale w porządku, nie była to przecież rynkowa transakcja. Obserwuję też Nagrobki na Facebooku, choć ostatnio niewiele informacji z ich profilu trafiało na mój niekończący się stream.

Kilka dni temu w końcu zobaczyłem ich post. Okazuje się, że w grudniu byli w trasie „Goodbye Spotify”, o której nie wiedziałem, bo przecież nie widziałem ich postów. Napisali, że usuwają swoje piosenki z tej platformy. Nie byłem zachwycony: płacąc abonament za Spotify, chciałem aplikacji, na której znajdą się fajni artyści, a ja swoimi odsłuchami będę mógł im – pośrednio – zapłacić kilka złotych. Niewiele zostało z tych obietnic.

Spotify płaci autorom na podstawie ich udziału w łącznej liczbie odtworzeń wszystkich kawałków na platformie, co uprzywilejowuje wielkie gwiazdy. Taki system przekładał się – według szacunków z 2013 r. na 0,007 dol. za pojedyncze odtworzenie, a w 2025 – już tylko na 0,003 dol. 

Najpopularniejsze piosenki, które ostały się jeszcze na profilu Nagrobków, mają od 60 do 300 tys. odtworzeń, co daje w najlepszym przypadku ok. 900 zł za całą wieloletnią obecność utworu na platformie, i to jeszcze bez odliczania kosztów pośrednich. A to nie wszystko.

– Platformy często nie chcą już dzielić się przychodami z prawdziwymi artystami i stawiają na „produkcję” własnych zespołów – mówi Joanna „frota” Kurkowska, kierowniczka działu strategii w ZAiKS Lab. – Wrzucają ich piosenki na generyczne playlisty, co pozwala uniknąć wypłacania należności twórcom i twórczyniom grającym fair play. Dochodzi do tego problem muzyki wypluwanej przez AI.

Kurkowska przywołuje niepokojące zjawisko zastępowania ludzkich wykonawców przez maszynowe wytwory: 

– Na miejsce artysty, pod tą samą nazwą, pojawiają się niskiej jakości produkcje obniżające reputację oryginalnych twórców. Taka sytuacja miała miejsce po odejściu z jednej z platform zespołu King Gizzard & The Lizard Wizard. Parę dni później na ich przejętym profilu pojawiły się AI-owe covery.

Czy kiedyś w sieci było lepiej

Naturalnie znajdą się tacy, którzy krytykę skierują nie tam, gdzie trzeba. Oto Jacob Bacharach w opublikowanej na łamach „The New Republic” pod koniec 2025 r. recenzji książki Doctorowa twierdzi, że opisywany przez niego proces opiera się na założeniu, że kiedyś, dawniej, internet był technologicznym cudem, ale przyszły złe korporacje i zniszczyły go swoją zachłannością.

„Internet staje się podobny do tradycyjnych mediów masowych, a co za tym idzie, przejmuje ich negatywne cechy: obniżanie poziomu przekazywanych treści, ukierunkowanie na masowego (w negatywnym rozumieniu tego słowa) odbiorcę, tendencje do tabloidyzacji, nadmiar reklam, jednostronność komunikacji (użytkownicy stają się bowiem biernymi konsumentami)” – to nie cytat z kolejnego komentarza do teorii Doctorowa, ale podsumowanie wypowiedzi „ojców polskiego internetu”, którzy w początkach lat 90. podpinali Polskę do globalnej sieci.

Rozmowy z nimi przeprowadziła Marta Juza, a jej książka jest świetnym przykładem, że na internautów narzekano zawsze. Zebrane przez badaczkę opinie tworzą obraz nie tylko leniwych, niewyedukowanych i niekulturalnych użytkowników, którzy nie dorośli do internetu, ale też zbędnego oprogramowania, którego wykorzystywanie przynosi złe skutki dla całego medium.

W polskich czasopismach komputerowych tamtego czasu przeczytać można było narzekania na… kobiety, które za łatwo i za szybko łączą się z internetem, klikając w ikonkę Internet Explorera w Windowsie 95, przez co łatwo zaśmiecają sieć swoimi komentarzami, a wielkie firmy komercjalizują sieć, tworząc dla nich jakieś niepoważne portale.

Kto naprawdę zepsuł Twittera

Wciąż można się natknąć na podobne komentarze. Wydaje się jednak, że zmieniają się w nich akcenty. O ile użytkownicy nadal mogą być niedojrzali czy leniwi, o tyle platformy i produkty cyfrowe pozostają neutralne, za ich prowadzeniem stoją bowiem racjonalne cele komercyjne w ramach gry na wolnym rynku. Wszystko musi być tam dopięte na ostatni guzik, inaczej nie mogłyby skutecznie konkurować, prawda?

Pamiętam, jak mówiło się, że „politycy zepsuli Twittera”. A co jeśli Twitter od zawsze był zepsuty, sama zaś koncepcja platformy krótkich wpisów i bezpośrednich interakcji była błędna, bo podbijała widoczność pieniaczy, zwolenników chłopskiego rozumu i kolesi, którzy najtrudniejsze problemy społeczne potrafili zredukować do kilku bon motów? 

„Co robią Twoi znajomi” było sloganem Twittera w 2006 r., 20 lat później jego twarzą jest Elon Musk, a wieczorne wpisy polityków cytowane są w poważnych mediach. Czy to wina użytkowników?

Wielkie platformy, dawne symbole innowacji cyfrowych, po prostu przestają działać.

„Airbnb pobiera od ciebie 150 dolarów opłaty za sprzątanie, ale jednocześnie wymaga, by mieszkanie zostało pozostawione w idealnym stanie. Zapłacisz dodatkowo, jeśli pościel nie zostanie zdjęta z łóżek, a zmywarka nie będzie opróżniona. Kierowca Ubera gubi się, bo jego aplikacja nie została zaktualizowana i wciąż każe mu skręcać w ulice, które już nie istnieją. Mimo to dajesz mu pięć gwiazdek. Twoja mama wysyła ci link do pilnej wiadomości, ale artykuł jest za paywallem, więc przechodzisz na portal, za który płacisz, żeby czytać wiadomości, tyle że nie ma tam o tej historii ani słowa” – jeśli przykład ze Spotify wciąż nie pozwolił wam rozpoznać w swoich doświadczeniach opisywanego przez Doctorowa procesu, fragment eseju „Heat Death of the Internet” Gregory’ego Bennetta może wam to ułatwić.

Ostatecznie gównowacenie internetu nie jest wyłącznie procesem technologicznym, ale też społecznym, obejmuje wszystkie przestrzenie, na które internet może mieć wpływ. 

Od wiary w postęp do technologicznego zmęczenia

W efekcie, kiedy czytacie o nowym start-upie, rewolucyjnych narzędziach AI albo człowieku na Marsie, wzruszacie ramionami. Doświadczenie upadającej sieci przekłada się na brak nadziei i być może jesteśmy w miejscu, w którym kończy się jeszcze XVIII- czy XIX-wieczna wiara w wynalazki. Musi to być intensywny proces, skoro wiara ta przetrwała dwie wojny światowe, a dziś jest w entropii. Trudno nas pozytywnie zaskoczyć, trudno zainspirować. 

Być może dzieci nie chcą już być astronautami, bo przyzwyczailiśmy się do ciągłego postępu w technice, poza tym wystarczy być bogatym, żeby kupić sobie taką wycieczkę. Do tego są lepsze przyziemne alternatywy. Naprawdę lecisz w kosmos? Ja nabiłem super poziom w grze „Path of Exile 2”, a tego nawet Musk ze wszystkimi swoimi pieniędzmi nie potrafił zrobić.

Krewetkowy Jezus i triumf maszynowego slopu

To jednak nie tyle zwycięstwo tych, których niszowe pasje zostały społecznie znormalizowane, co dowód na słabość wielkich opowieści o technologii. Najlepszym przykładem jest oczywiście „sztuczna inteligencja”. 

Jeśli metaforą internetu lat 90. była globalna wioska, nieskończona biblioteka i ocean zasobów gotowych do odkrycia, metaforą internetu lat 2000. potencjał użytkowników, otwarte społeczności i dobrowolna współpraca, tak sieci roku 2026 patronuje przerażający krewetkowy Jezus, idealny przykład niepokojącego, angażującego i niskiej jakości maszynowego wytworu (tzw. slopu).

Krewetkowy Jezus nie wziął się jednak z ekscentrycznych eksperymentów, nie jest nawet efektem jakiejś akcji obrażania uczuć religijnych. Jak piszą dziennikarze magazynu 404 Media, „setki stron spamowych generowanych przez AI publikują dziesiątki [podobnych – MW] postów dziennie i są za to nagradzane przez algorytm rekomendacji Facebooka

Ponieważ spam generowany przez AI działa, coraz bardziej absurdalne treści stają się wiralowe, a następnie polecane osobom, które wchodzą z nimi w interakcję. Niektóre strony, które początkowo wydawały się nie mieć innego celu niż zgromadzenie dużej liczby obserwujących, zaczęły przekierowywać ruch na inne strony, czasem także generowane przez AI i zasypane reklamami albo sprzedające jakieś tanie produkty lub będące jawnymi oszustwami”.

Co Netflix radzi scenarzystom

Polski użytkownik sieci, który zaczął być online w połowie lat 90., wiedział z doświadczenia, że państwu nie można ufać, za to korporacje proponują najlepiej dopracowane, użyteczne i atrakcyjne produkty. Dość przypomnieć oczekiwania liberalizacji rynku telekomunikacyjnego wobec monopolu Telekomunikacji Polskiej albo dyskusje z początków Facebooka, podkreślające mizerię i przaśność uruchamianej niemal równolegle Naszej Klasy czy większości blogów.

Jesteśmy wychowani do wiary w to, że korporacja dostarcza lepsze rozwiązania, bo ma technologie, know-how, zasoby i najlepszych ludzi. A na wolnym rynku wygrywają najlepsze rozwiązania, bo przecież ludzie naturalnie chcą korzystać z najlepszych rozwiązań. 

– Głośne ostatnio zalecenia Netfliksa dla scenarzystów: pisania takich dialogów, które umożliwiają jednoczesne śledzenie serialu i scrollowanie social mediów w telefonie, powinny być dzwonkiem alarmowym. Oto normalizujemy sytuację, w której kultura popularna oficjalnie okazuje się nieustannym przepływem chaotycznych i w coraz większej mierze reklamowych, tzn. manipulacyjnych bodźców – mówi poeta i programista Piotr Czerski, który w jednym ze start-upów rozwija nowy system bardziej przyjaznych rekomendacji kulturowych. 

– Domyka się pętla sprzężenia zwrotnego: rozpędzone algorytmy rekomendacji powodują brain rot, do czego dostosowuje się algorytmy tworzenia treści. – dodaje ekspert.

Gównowacenie platform ma więc wymiar nie tylko technologiczny i społeczny, ale też biologiczny, okazuje się bowiem, że 

nie tyle sami wybieramy, co przyzwyczaja się nas do wybierania, a całym procesem rządzą dość podstawowe bodźce.   

Właściwie dziś już nikt nie kwestionuje, że taki efekt nie jest dziełem przypadku, błędów w konstrukcji platform i algorytmów, ale racjonalnego planowania. Nie jest to jednak racjonalność polegająca na wyborze rozwiązań najlepszych dla użytkownika.

Niektórzy zobaczą w tym strategię uzależniania użytkowników od konkretnych usług i utrwalania pozycji niezbędnego pośrednika między odbiorcami a reklamodawcami. Inni, oświetlając sobie twarze męczącym światłem ekranów, włączają myślenie i zadają pytania, czy nie jest to przypadkiem część jakiegoś Planu.

Czy internet jest już martwy

Internet miał być martwy już w 2021 r. „Fałszywi ludzie. Nie, nie NPC-e [postaci w grach, niezależne od użytkownika, stanowiące tło rozgrywki – MW]. Ludzie z YouTube’a, którzy opowiadają o tym czy o tamtym – a całkiem możliwe, że także wielu polityków, aktorów i innych – mogą w rzeczywistości w ogóle nie istnieć. W istocie jestem tego pewien. CGI i deepfaki są znacznie bardziej zaawansowane, niż nam się to przedstawia, i nie możemy już ufać własnym oczom. Wiele osób, wydarzeń, wiadomości i tym podobnych może być całkowicie fikcyjnych” – pisał na niszowym wtedy forum Agora Road’s Macintosh Cafe, anonimowy autor IlluminatiPirate.

Wizja internetu jako przestrzeni martwej, wypełnionej botami, przez lata zyskała na popularności, choć w kulturowej i naukowej ewolucji Dead Internet Theory nie mogło zabraknąć oczywiście elementów spiskowych, charakterystycznych dla pierwotnego źródła.

Dość powiedzieć, że IlluminatiPirate przekonywał, że kobiety trans to efekt zapotrzebowania na specyficzny rodzaj pornografii online, a światowe rządy formatują rzeczywisty świat pod to, jak opisywany on jest na forach takich jak 4chan (albo specjalnie jest tam tak opisywany z nadania władz USA i wielkich korporacji).

Przejęta przez dziennikarzy i badaczki teoria martwego internetu „tak naprawdę nie twierdzi, że większość twoich osobistych interakcji w sieci jest fałszywa. Jest jednak interesującą perspektywą, przez którą można patrzeć na internet. Chodzi o to, że nie jest on już dla ludzi ani tworzony przez ludzi – w tym sensie internet, który znaliśmy i kochaliśmy, jest »martwy«” – pisali w 2022 r. autorzy magazynu „The Conversation”. 

Ilu z nas to boty

Według raportu firmy Imperva, zajmującej się analizą i zabezpieczaniem ruchu sieciowego, w 2024 r. za ponad połowę ruchu w globalnej sieci odpowiadały boty. Analizy firmy Graphite przekonują, że ponad połowa treści dostępnych online jest wygenerowana maszynowo. 

Wciąż jednak nie znamy dobrych sposobów na rozpoznawanie maszynowych wytworów. Nawet OpenAI, wydawca ChatGPT, mająca ogromne zasoby i know-how, udostępniała przez jakiś czas narzędzie do sprawdzania tego, czy dany tekst albo grafika zostały wytworzone maszynowo. Projekt zamknięto po kilku miesiącach, bo jego efektywność była niska.

Funkcjonując w sieci w 2026 r., chyba nigdy nie możemy mieć pewności co do natury konsumowanych treści – w wymiarze społecznym powszechnie przegrywamy test Turinga.

Boty były zresztą w sieci od zawsze: gromadziły dane do wyszukiwarek takich jak AltaVista albo Yahoo, archiwizowały zasoby WWW w Internet Archive. Dziś korzysta się z nich powszechnie do automatyzacji rozmaitych procesów gromadzenia informacji, ale też do ordynarnego przemielania stron, witryn i postów do danych treningowych dla AI. 

Nowe hierarchie bytów

Nie w botach leży jednak problem. Powinniśmy się do nich przyzwyczaić, nauczyć się nimi zarządzać, co zresztą już się dzieje – nie tak dawno Europeana wydała raport „Publishing cultural heritage in the age of AI”, w którym proponuje rozwiązania dla bibliotek, muzeów i archiwów udostępniających zbiory online. Dbając o wygodny dostęp dla ludzkich użytkowników, powinny racjonalnie planować dostęp dla użytkowników nie-ludzkich.

Rajmund Sabunde (1385-1436), kataloński teolog i medyk, w dziele „Theologia naturalis seu liber creaturarum seu de homine proponował rozmaite kategorie istnienia, decydujące o pozycji w hierarchii bytów. Jak opisuje to Małgorzata Kowalewska, obok ludzkiej zdolności do rozróżniania (discemere) i wolnego wyboru (velle libere), ustawiającego nas możliwie wysoko, są kategorie niższe, np. zdolność do istnienia (esse) albo życia (viere). 

Dawne hierarchie bytów mogą być ciekawą interpretacją relacji między ludźmi a botami, przy czym nie chodzi o upodmiotowienie tych ostatnich, ale uznanie ich zdolności do współtworzenia tego medium i przygotowanie się na ich obecność w przestrzeniach, które dotąd uznawaliśmy za wyłącznie nasze.

Przykładowo w badaniach nad Wikipedią pisze się nie tylko o kształcie społeczności edytorów czy regułach edycji, ale też roli botów, które – wspólnie z ludźmi – poprawiają hasła i walczą z wandalizmem, a więc w pewnym sensie są jej autorami. 

Niestety, wciąż nie zbudowaliśmy języka pozwalającego na opisywanie bytów i aktywności maszynowych, które coraz mocniej wpływają na nasze poznawanie i rozumienie rzeczywistości – potrzebne są nowe miejsca w praktycznie rozumianej drabinie jestestw.

Być może martwy internet to zjawisko nie tyle groźne, co oczyszczające, bo kwestionujące naiwne zaufanie, że ktoś zrobi wszystko za nas, i wiarę, że robi to wyłącznie dla nas. Nie da się dziś nieironicznie przeglądać postów na LinkedInie albo z wypiekami ekscytować nowym narzędziem AI.

Za to wciąż można zachwycać się skarbami odkrywanymi w zbiorach bibliotek, muzeów i archiwów, zdigitalizowanymi i udostępnianymi, również w mediach dawniej zwanych jako społecznościowe, i także… przez boty. Przykłady?

Kilka dni temu na koncie w rozproszonej sieci Fediwersum, otwartej alternatywy dla Twittera/X, gdzie użytkownicy mają szansę poczuć się podmiotowo traktowani, znalazłem bota Medieval Illumination, który raz dziennie udostępnia miniatury zebrane kiedyś przez Łukasza Kozaka w ramach projektu „Discarding Images”.

Szkoda oczywiście, że kryzys wielkich platform odbiera instytucjom kultury przestrzenie, w których mogłyby upowszechniać swoje zbiory, zwłaszcza w taki codzienny i bezpośredni sposób. Wciąż próbują to robić na Facebooku czy Instagramie, ale nie mogą mieć pewności, że ich wpisy zobaczą nawet ci użytkownicy, którzy wprost wyrazili kiedyś zainteresowanie poprzez kliknięcie „obserwuj”.

Wszystko to jednak dzieje się przy rosnącej liczbie dostępnych online zasobów kultury i dziedzictwa – według danych GUS w 2024 r. liczba obiektów zdigitalizowanych tylko przez polskie biblioteki wzrosła o 5,7 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Czy zanurzając się w tę nową przestrzeń można poczuć jakąś nadzieję, że internet – także w jego warstwie społecznościowej – ma jeszcze przyszłość? Bez centralnego zarządzania, jak to było nam obiecane na początku lat 90., z podmiotowym traktowaniem użytkowników i etycznymi algorytmami?

Jeśli chcemy taką nadzieję pielęgnować, powinniśmy zrezygnować ze schematów, które wbiły nam do głowy dekady zabójczej konkurencji na rynku komercyjnych platform, portali i usług online oraz opowieści heroiczne o Zuckerbergu czy Musku, które właśnie upadają. Fediwersum nie musi stać się monopolem, żeby ostatecznie wygrać. Być może już nigdy nie będzie „tej jednej wielkiej platformy”.

Ostatnio dużo słucham radia Kampus, pracują w nim wspaniali ludzie. Wybierają i polecają muzykę. Znajduję ją na Spotify, dodaję do playlisty. Czasem rozmawiam z nimi podczas audycji na komunikatorze. Świetnie, że mogę to robić. Internet wciąż jest fajny, jeśli nie chce się od niego zbyt wiele.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czy internet ma przyszłość