Dlaczego tęsknimy za dawnym internetem

Trzydzieści lat temu sieć była czystsza, a strony bardziej osobiste. Istniało złudzenie globalnej wioski. Dziś w internecie możemy mniej, niżbyśmy chcieli.
Czyta się kilka minut
Od lewej, strony internetowe: Microsoft, 1994 r.; MySpace, 2004 r.; McDonald’s, 1996 r.; Apple, 1995 r. // Microsoft, McDonald’s, Myspace, Apple
Od lewej, strony internetowe: Microsoft, 1994 r.; MySpace, 2004 r.; McDonald’s, 1996 r.; Apple, 1995 r. // Microsoft, McDonald’s, Myspace, Apple

„Nazywam się IP 212.76.37.14. Akty mojego poznania wyraża klikanie” – pisał w opublikowanym w roku 2002 zbiorze „Liternet” Włodzimierz Karol Pessel, wówczas student, dziś profesor w Instytucie Kultury Polskiej UW.

Lektura tekstów z pierwszego polskiego opracowania o relacjach literatury i internetu wywołuje we mnie jakiś rodzaj smutku i tęsknotę. Wcale nie za powolnymi łączami, korzystaniem z internetu tylko w bibliotece (bo w domu za drogo) czy za brakiem polskich liter na stronach WWW, o którym rapował Łona na płycie „Absurd i nonsens”.

Uruchamianie odtwarzacza...

Smutno mi i tęsknię, bo dziś wobec internetu nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet cząstki tej ekscytacji, jaką wobec współczesnej sobie sieci mieli autorzy „Liternetu” ponad dwadzieścia lat temu. 

Tęsknota za dawnym internetem

W roku 2025 sieć jest scentralizowana, skomercjalizowana i poddawana politycznej kontroli. Rządzi nią GAFAM (Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft). I to tak skutecznie, że nawet pisanie o ich negatywnych praktykach, choćby w wymiarze prywatności czy przejrzystości algorytmów, wymaga korzystania z ich infrastruktury. 

Bardzo dobrze wie o tym również „Tygodnik”, któremu jesienią zeszłego roku – podobnie jak innym polskim mediom – Facebook radykalnie ograniczył sposób wyświetlania linków do własnych treści. „Facebook poszedł na wojnę z polskimi mediami. Jesteśmy karani za zmiany w prawie autorskim, które nie podobają się Big Techowi” – pisał, oczywiście na Facebooku, szef Onetu i przewodniczący Rady Polskich Mediów, Bartosz Węglarczyk.

Ale zwykli użytkownicy także mają dość. Ci, którzy biernie konsumują treści mediów społecznościowych, narzekają na zmęczenie, rozproszenie uwagi, boją się o dzieci, które rosną z twarzą przy ekranie. Łatwo wpadają w pułapki dopaminowe, co skutkuje godzinami przeglądania bezsensownych treści.

Ci, którzy chcą aktywnie współtworzyć sieć, martwią się spadającymi zasięgami swoich treści, zniechęcają polityką algorytmów i coraz mniejszą podmiotowością wobec wielkich graczy. „Mamy dość współczesnego cyfrowego świata. Coraz więcej osób o tym pisze, każda z własnej perspektywy” – notuje komentator na platformie Hacker News, jednym z najciekawszych dziś miejsc w internecie. „Ludzie odkrywają możliwości wyjścia z pułapki dopaminowej, uciekają od piętna nieskończonego scrollowania, sztucznych algorytmów i szybkich jak fast food filmików”. Gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji domyka ten ponury obraz, przynosząc ze sobą obawy o możliwość rozróżniania prawdy od fałszu, ale też koszty środowiskowe czy eksploatację twórczości.

Bez wątpienia żyjemy więc w odpowiednim czasie, aby wspominać z nostalgią dawny internet, nawet jeśli sami go nie doświadczyliśmy. Nostalgia to przecież nie tyle przywoływanie tego, co rzeczywiście się wydarzyło, ile gra wyobraźni, której celem jest ucieczka z nieprzyjemnego tu i teraz, bardzo intymny opór. Fakty nie zawsze mają w tej grze znaczenie.

Strony domowe nigdy nie były głównym nurtem WWW

Czas osobistych stron internetowych dawno przeminął. Dzisiejsza nostalgia za wczesnym internetem (netstalgia) rozmywa jednak jego istotę i fakt, że tak naprawdę nigdy nie miały one swojego czasu. Pisze o tym w eseju „From My to My” Olia Lialina, artystka i badaczka mediów z Merz Akademie w Stuttgarcie. Chociaż tęsknimy za różnorodnością i amatorskim, kreatywnym sznytem stron domowych z połowy lat 90., zawsze były one krytykowane i nigdy nie stały się głównym nurtem WWW. 

Jak przypomina Lialina, ironiczne podejście do chałupniczego dizajnu cechowało nie tylko wczesnych internetowych przedsiębiorców i profesjonalnych webmasterów, dążących w publikowaniu internetowym do jak największej wydajności, efektywności i zgodności ze standardami. Sam twórca WWW, Tim Berners-Lee, w 1996 r. krytykował autorów amatorskich stron za ekshibicjonizm i porównywał je do kiczowatych krasnali ogrodowych.

Pierwsza polska strona WWW powstała w sierpniu 1993 r. na Wydziale Fizyki UW. Był to właściwie nieplanowany efekt dostępności lepszych komputerów na uczelni. Fizycy z UW, ale także pracownicy naukowi AGH i UMK, tworzyli zręby polskiej infrastruktury sieciowej i jej zasobów. Jednym z nich był prof. Włodzisław Duch, dziś jedna z najbardziej aktywnych postaci w polskiej dyskusji o sztucznej inteligencji

„Kiedyś człowiek miał nowy pomysł i nie wiedział, że na drugim końcu świata ktoś go już dawno rozwinął. Zamiast kręcić się w kółko, wreszcie można było iść do przodu” – mówi dziś prof. Duch. „Tak, to była rewolucja. Ale widząc, jak ludzie tracą czas na TikToku, ile jest oszustw i wyłudzeń, czasami żałuję, że od początku nie wprowadzono jakichś sposobów weryfikacji tożsamości” – przyznaje twórca pierwszej polskiej strony.

Zjawisko Eternal September: „Internet jest już pełny. Idźcie sobie stąd!”

Taki brak zaufania do sieci też nie jest niczym nowym. Nostalgia za dawnym internetem nie pozwala zobaczyć, że dla wielu środowisk otwieranie się tego medium na nowych użytkowników wcale nie było dobrą wiadomością. Witano ich z nieufnością, jeśli nie z niechęcią. 

Krakowska badaczka Marta Juza rozmawiała z osobami, które w połowie lat 90. rozwijały w Polsce internet (jej rozmówcami są wyłącznie mężczyźni). W wypowiedziach pojawiają się oskarżenia o brak wiedzy technicznej, nierespektowanie netykiety i akademickiej kultury dyskusji. Mężczyźni wyrażają też (w połowie lub pod koniec lat 90.!) tęsknotę za dawnym internetem, dostępnym przez czarne terminale wyłącznie w ośrodkach akademickich, z nieliczną i homogeniczną grupą użytkowników. 

Już wtedy, jak czytamy w jednej z wypowiedzi, w internecie „kończył się czas elit, a zaczął czas jelit”. Oczywiście Polska nie była tu wyjątkiem, między 1993 a 1994 rokiem wśród najbardziej doświadczonych amerykańskich użytkowników internetu zaczęło pojawiać się pojęcie Eternal September, opisujące negatywne doświadczenia kontaktu z nowymi użytkownikami sieci, którymi – dzięki ofercie uczelni – stawali się młodzi ludzie rozpoczynający naukę.

Efekt „wiecznego września” wzmocnił się w kolejnych latach, kiedy w internecie pojawili się użytkownicy łączący się z domu w ramach komercyjnych ofert amerykańskich pośredników, zwłaszcza koncernu America Online (AOL). Hasło Wikipedii poświęcone temu pojęciu ilustruje zdjęcie koszulki z wymownym hasłem: „Internet jest już pełny. Idźcie sobie stąd!”. Internet rozwijał się dalej, mimo nieufności i niechęci tych, którzy byli w nim od początku, albo po prostu wcześniej przed innymi. I to wszystko działo się na długo przed pojawieniem się „dzieci Neostrady”, które dziś dla wielu stały się synonimem najgorszych cech użytkowników sieci.

Yahoo przejmuje wirtualne miasta

Stęsknieni za dawnym internetem nie chcą pamiętać ograniczeń w dostępie do sieci, wysokich kosztów korzystania z niej czy braku kompetencji cyfrowych. W tej grze wyobraźni nawet przeciągły dźwięk modemu łączącego się pod numer dostępowy Telekomunikacji Polskiej nie jest miejscem pamięci o niezdolności państwa do skutecznej cyfryzacji kraju, ale duchem dawnego internetu, który miał być bardziej osobisty, bezpośredni i zrozumiały. I po części taki właśnie był. 

„Kiedy ludzie zaczęli korzystać z internetu, czuli się bardzo blisko tego medium i blisko siebie nawzajem” – mówi dziś Olia Lialina. Jeśli ktoś budował mozolnie własną stronę WWW, cała odpowiedzialność za jej strukturę, wygląd i treści zależała od jego decyzji. Jednocześnie nie tylko budował swoje miejsce online, ale też współtworzył tym samym całą sieć, powiększając jej zasoby i pozwalając, aby opublikowane przez siebie obiekty, takie jak kolorowe animacje GIF czy pstrokate tła, mogły być swobodnie użyte przez innych. Linkowanie czy tworzenie web ringów, wzajemnie polecających się sieci witryn, było, jak podkreśla Lialina, autonomiczną decyzją twórców.

Jednym z takich autonomicznych, najbardziej popularnych miejsc we wczesnej sieci był serwis GeoCities, w którym użytkownicy grupowali swoje strony domowe w wirtualne miasta, poświęcone określonym tematom i hobby. „Kiedy firma Yahoo przejęła w 1999 r. GeoCities, natychmiast zaczęto zalewać użytkowników gotowymi szablonami, zasadami i pomysłami na to, jak wszystko powinno być zorganizowane” – przypomina Lialina. „To był proces tworzenia dystansu, jakby przekonywano: kwestie techniczne i dizajn twojej strony to już nie twoja sprawa, po prostu dostarczaj treść. Nie zastanawiaj się, jak strona powinna wyglądać i działać. Ta przepaść z czasem stawała się coraz większa”.

W nostalgii za wczesnym Webem tkwi więc nasza tęsknota za podmiotowością. „Pierwsza fala netstalgii pojawiła się mniej więcej dekadę temu. Ludzie zaczęli wspominać czasy, gdy robili w sieci coś własnego. Na przykład na MySpace” – mówi Lialina. „Rzeczywiście dało się tam zmieniać np. kolor i rozmiar tekstu. I teraz, z perspektywy czasu, wspominamy to tak, jakbyśmy byli co najmniej programistami. Fakt: dziś w internecie możemy zrobić coraz mniej. Dlatego nawet te małe rzeczy, które kiedyś robiliśmy samodzielnie, wydają się czymś wielkim”.

Jaki mamy dzisiaj problem z internetem

W 1994 r. Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski jako pierwsza instytucja kultury w Polsce opublikowało własną stronę internetową. Jej autorką była Marta van der Haagen, pierwsza polska webmasterka, absolwentka warszawskiej ASP. „Internet był pełen idealizmu i optymizmu. Dawał głos, poczucie międzynarodowej łączności” – mówi dziś van der Haagen. „Sieć wydawała się czystsza. Wszystko było bardziej osobiste, a dużo osób znało się również ze świata realnego. Istniało złudzenie globalnej wioski”.

Jarosław Lipszyc, do niedawna szef fundacji Wolne Lektury, osoba od lat działająca na rzecz otwartego internetu, używa frazy z wiersza Marcina Świetlickiego do opisu mechanizmów komunikacji we współczesnej sieci. Wedle Lipszyca coraz powszechniejsze „ogrody koncentracyjne” skonsumowały ludzką komunikację i zaczęły ją kształtować w sposób, który maksymalizuje zyski biznesowe i polityczne, a nie służy zaspokajaniu potrzeb komunikacyjnych i budowaniu społeczności. 

Być może tak właśnie, korzystając z frazy Świetlickiego, warto przetłumaczyć obecne w literaturze przedmiotu pojęcie walled garden, opisujące zamknięte ekosystemy mediów społecznościowych. Wobec dominacji platform „czysta sieć”, o której wspomina Marta van der Haagen, to już tylko wspomnienie. 

Dla Lipszyca dawny internet blogów, RSS-ów, forów internetowych był medium znacznie lepszym, bardziej etycznym i lepiej dostosowanym do realnych potrzeb ludzkich, ponieważ ich nie eksploatował: „To nie były maszyny do zarządzania wydzielaniem dopaminy i wyciskania zysku z ruchu gałek ocznych, tylko miejsca zaprojektowane pod prawdziwe interakcje. Emancypacyjna rola internetu w dużej mierze została skutecznie zrealizowana. Problem, jaki mamy z internetem dzisiaj, polega na tym, że przestał być otwarty”.

Z grupą na Facebooku trudno się identyfikować

Ostatnim tekstem zamieszczonym w tomie „Liternet” był artykuł Lipszyca opisujący internet jako długo oczekiwane medium swobody dla literatury. „W 2002 r. można było patrzeć na sieć jak na bardzo bogaty świat, w którym funkcjonowały społeczności tworzące pewne wspólnoty, a przynależność do nich była formą autoidentyfikacji, także w środowisku literackim” – mówi dziś Lipszyc. „Z grupą na Facebooku trudno się identyfikować, komunikacja wewnętrzna jest tam też dużo mniej intensywna, bo przecież to algorytm decyduje, jak często wyświetli użytkownikowi posty”. W efekcie liternetu już nie ma, a w literaturze wróciliśmy do sytuacji przedinternetowej. Pole literackie w sieci uległo rozproszeniu.

„Średnia liczba kliknięć potrzebnych, by po linkach przejść z dowolnej strony internetowej do innej, wynosi zaledwie 18 i wzrośnie jedynie do 20, jeśli rozmiar sieci powiększy się dziesięciokrotnie” – pisała w 1999 r. na łamach pisma „Sience” Dana MacKenzie, cytując badania Alberta-László Barabásiego, jednego z twórców nowoczesnych metod analizy sieciowej. „To ostatecznie jest mała sieć” – tak brzmiał tytuł opracowania. Być może nostalgia za dawnym internetem jest więc nostalgią właśnie za takimi połączeniami, ucinanymi i ograniczanymi przez wielkie platformy społecznościowe, które niechętnie wypuszczają swoich użytkowników na zewnątrz. 

Koncepcja small Web znajduje zwolenników wśród niektórych deweloperów i twórców internetowych, próbujących oddolnie tworzyć własne witryny, odkrywających na nowo potencjał web ringów i wzajemnego linkowania. Rewolucji jednak na razie nie należy się spodziewać. Przynajmniej, dopóki wciąż godzinami scrollujemy nieskończony content z góry na dół. Nawet jeśli czasem zamarzy się nam swobodne surfowanie. 

MARCIN WILKOWSKI jest historykiem i programistą. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi zajęcia z historii cyfrowej, w sieci rozwija projekt Humanistyka.dev.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dzieci Neostrady