Czytanie o współczesnym rynku muzycznym przypomina zanurzanie się w cyberpunkowej powieści. Nie bez powodu. W końcu jedną z głównych kwestii tej branży jest próba ustalenia, kto jest człowiekiem, a kto robotem. A ten podział się rozmywa.
Dlaczego? Otóż platformy streamingowe codziennie podsuwają nam tysiące utworów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Jej urokom nie opierają się kolejni twórcy, którzy za sprawą AI poprawiają sobie to i owo. Wreszcie, dużą popularnością cieszą się aplikacje umożliwiające generowanie prostych utworów na podstawie podpowiedzi ich użytkowników. Można wybrać gatunek piosenki, jej tempo, wpisać dowolny tekst i wskazać, by zaśpiewał go głos przypominający Sinatrę. Tyle że po rumuńsku.
Jesienią dwie najpopularniejsze aplikacje pozwalające na „tworzenie” muzyki (Suno i Udio) podpisały umowy z Warner Music Group oraz Universal Music Group. Czy takie porozumienia są w interesie muzyków? Niekoniecznie, natomiast możliwe, że bez nich byłoby jeszcze gorzej.
Bitwa o muzykę między TikTokiem a Universalem
Nie wiemy wiele na temat treści tych umów, natomiast możemy pospekulować na ich temat, przyglądając się najnowszej historii rynku muzycznego.
– W branży krąży opowieść, według której wytwórnie miały realną szansę dogadać się z Napsterem [popularną niegdyś platformą służącą do wymiany plików MP3 – red.], ale ostatecznie się na to nie zdecydowały i wybrały drogę sądową – tłumaczy Sam Backer, historyk i współautor podkastu „Money 4 Nothing. – W tym czasie platforma umożliwiająca pobieranie plików rozszczepiła się na wiele różnych stron, programów i serwisów, co wywołało kryzys na rynku muzycznym. Wydawcy mieli wówczas dojść do wniosku, że pozew to nie jest sposób na nowe technologie. To po prostu nie działa.
Dlatego ze Spotify duże wytwórnie postąpiły inaczej. Wspaniale opisuje to Liz Pelly w wydanej rok temu książce „Mood Machine” poświęconej polityce największej platformy streamingowej. Tak jak w przypadku Napstera, wydawcy zagrozili szwedzkiej firmie pozwami, ale potem – to jest w 2011 r. – zaproponowali jej układ. W zamian za dostęp do swoich katalogów wytwórnie zaczęły zarabiać na streamingu. Treść tych dokumentów jest niejawna, ale biorąc pod uwagę ówczesną przewagę wydawców, można zakładać, że umowy były dla nich bardzo korzystne (czy były takie dla samych artystów – to już inna sprawa).
– Później Universal próbował zrobić to samo z TikTokiem – zwraca uwagę Backer. – Dwa lata temu wycofał swój katalog, co sprawiło, że użytkownicy tej platformy nie mogli nagle wykorzystywać piosenek Taylor Swift jako podkładu do swoich nagrań. Minęło kilka miesięcy i ta baza muzyczna została przywrócona. Dlaczego? Nie wiemy. Czy to nie szalone? Największa platforma socialmediowa i największa wytwórnia stoczyły walkę, a my nie wiemy, kto wygrał.
Wszystko wskazuje na to, że w przypadku umów z Suno i Udio to wytwórnie rozdają karty. Szczegóły tych porozumień nie są oczywiście znane, ale warto zauważyć, że ta druga firma niedługo po podpisaniu kontraktu z Universalem zablokowała użytkownikom możliwość pobierania wygenerowanych przez siebie utworów. Suno natomiast mocno tę opcję ograniczyło.
Oczywiście nie były to decyzje popularne wśród użytkowników aplikacji. A jednak ich szefowie uznali, że warto iść na ustępstwa, żeby zamiast pozwu dostać licencje do głosów popowych diw i riffów gwiazd rocka.
Artyści i algorytmy na cyfrowym Dzikim Zachodzie
Można się zastanawiać, co z takiej umowy mają wytwórnie. Czy nie lepiej byłoby dla nas wszystkich, by walczyły z muzyką tworzoną z pomocą sztucznej inteligencji i budowały swój status w opozycji do niej? Wydaje się jednak, że próba regulacji statusu generowanej w ten sposób muzyki jest najbardziej opłacalnym wyjściem dla dużych wydawców.
Po pierwsze – to dla nich dodatkowe źródło przychodów. Po drugie – daje to wydawcom wizerunkową przewagę, która ułatwi im późniejsze rozprawienie się z firmami z branży AI, które nie pozyskały licencji. Bez kontraktu z Suno czy Udio przedstawiciele wytwórni słyszeliby, że są uparci, archaiczni i zamknięci na nowe.
W obecnej sytuacji będzie im łatwiej zaprowadzić porządek na tym cyfrowym Dzikim Zachodzie. Wreszcie, możliwość zapewnienia artystom realnych przychodów z tytułu licencjonowania ich twórczości na potrzeby algorytmów daje Universalowi i Warnerowi przewagę nad innymi wydawcami.
– Podstawą działania wytwórni jest nakłanianie muzyków, by przekazywali im prawa do swoich nagrań w zamian za oferowane przez wydawcę usługi – tłumaczy Backer. – Kiedyś oznaczało to dostęp do studia nagraniowego czy dystrybucji, jednak w epoce cyfrowej atrakcyjność takiej oferty przestała być oczywista. Dlatego dla wytwórni jest istotne, by mieć nową kartę przetargową. Teraz mogą powiedzieć: „słuchaj, generatywna sztuczna inteligencja będzie tworzyła muzykę bazującą na twojej twórczości – nie ma co do tego wątpliwości! Jednak trzymając z nami, uda ci się zarobić oraz będziesz miał nad tym pewną kontrolę”. Myślę, że to ważny element tego, co dzisiaj robią Universal czy Warner.
50 tysięcy utworów dziennie wygenerowanych przez AI. Na jednej platformie
Amerykański badacz ma również nadzieję, że umowa z branżą AI pomoże wydawcom nie tylko rozgrywać aplikacje do generowania muzyki i platformy streamingowe względem siebie, ale także doprowadzi do jasnego podziału – prawdziwych artystów słuchamy na Spotify czy Deezerze, a bazujące na ich twórczości memy to domena Suno czy Udio.
I jakkolwiek odpowiada mi taka wizja, to wydaje mi się ona nieco zbyt optymistyczna. Bo w czyim interesie jest podkreślanie tej różnicy? Na pewno jest to ważne dla artystów, niezależnych wytwórni i platform (Bandcamp właśnie ogłosił, że nie będzie publikował utworów stworzonych przez AI), a także dla części słuchaczy. Nie wydaje się jednak, by zależało na tym największym serwisom streamingowym, skoro do tej pory tak niewiele z tym robią. A skala problemu jest potężna.
– Kilka miesięcy temu Deezer poinformował, że każdego dnia na ich platformę streamingową trafia 50 tys. utworów wygenerowanych wyłącznie przez sztuczną inteligencję – mówi Damon Krukowski, perkusista i publicysta zajmujący się rynkiem muzycznym. – Podejrzewam, że dzisiaj ta liczba jest wyższa, bo AI przyspiesza. Już niedługo utwory stworzone za jej pomocą będą stanowiły większość muzyki dostępnej w streamingu.
Zalew muzyki tworzonej przez AI sprawia, że katalog największych wytwórni ma niższy procentowy udział w bazie platform streamingowych, co może poprawiać pozycję negocjacyjną tych serwisów podczas rozmów z wydawcami. Między innymi dlatego Warner czy Universal chcą przekierować część tego ruchu na rzecz licencjonowanych aplikacji. Nawet jeśli im się to uda, problem pozostanie. Bo dotyczy nie tylko łamania praw majątkowych autorów, ale także ich autorskich praw osobistych.
Weźmy „cyfrowy squating” – tym określeniem Backer określa wytwory AI podszywające się pod prawdziwych artystów. Dobrym przykładem jest sytuacja, która miała miejsce po wycofaniu się ze Spotify popularnej australijskiej grupy King Gizzard & the Lizard Wizard. Niemal od razu na jej miejsce pojawiły się utwory sztucznego tworu o nazwie King Lizard Wizard. Wszystko po to, by naciągnąć zdezorientowanych fanów na tysiące odsłuchów, za którymi idą pieniądze.
Inny problem obrazuje przypadek piosenki country „Walk My Walk” fikcyjnego artysty o nazwie Breaking Rust. Na cyfrowo wygenerowanym zdjęciu twórcy widzimy białego kowboja w kapeluszu. Sęk w tym, że utwór czerpie najpewniej z głosu Blanco Browna – czarnego wokalisty poruszającego się pomiędzy country i hip-hopem. W rezultacie AI ubrała charakterystyczny ton religijnych pieśni niewolników z Południa w strój Johna Wayne’a. Można się spodziewać, że to dopiero początek problemów żywcem wyjętych z lemowskiej prozy, które zaserwuje nam sztuczna inteligencja.
Muzyczne memy i przeróbki gwiazd podbiją media społecznościowe?
Na rosnącą obecność muzyki tworzonej przy pomocy AI warto spojrzeć jeszcze z dwóch perspektyw: konsumentów i artystów. Zacznę od tych pierwszych, bo wydaje się, że tu mamy najwięcej znaków zapytania. Przede wszystkim nie wiemy, czy szefowie Suno albo Udio mają rację, przewidując ogromne zainteresowanie ich ofertą, czy będzie to jednak bańka, chwilowa internetowa moda.
Zdaniem Backera ofercie tych aplikacji należy przyglądać się z dwóch perspektyw:
– Jeśli patrzymy na te aplikacje przez pryzmat konsumentów, którzy będą tworzyć muzykę za ich sprawą, to ten potencjał wydaje mi się mocno ograniczony – przyznaje badacz. – Nie sądzę, by wiele osób wracało z pracy do domu i mówiło: „Suno, przygotuj mi piosenkę o moim dniu!”. To brzmi okropnie. I nie chodzi mi o technikalia, to po prostu nie wydaje mi się atrakcyjne. Kiedy wracam do domu, chcę słuchać piosenek, które znają inni. Muzyka pozostaje jednak technologią międzyludzkich relacji. Popychanie jej w stronę solipsyzmu wydaje się przeciwne jej podstawowym założeniom.
Dlatego większą popularnością mogą cieszyć się muzyczne memy i inne przeróbki gwiazd krążące po social mediach lub nowych platformach zaprojektowanych z myślą o takich nagraniach. Tutaj istnieje potencjał zawiązywania się społeczności, chociażby fanów Taylor Swift, którzy będą czekać na nowe materiały bazujące na twórczości artystki. Być może sami twórcy będą za sprawą takich memów wchodzić w interakcje z odbiorcami.
Backer proponuje określenie „slop halo” – jeśli „AI slop” oznacza amatorską twórczość wygenerowaną przy użyciu sztucznej inteligencji, to w tym przypadku mamy do czynienia z pierścieniem takich produkcji ściśle oplatającym danego artystę.
Zasadne wydaje się jednak pytanie, czy taki wysyp utworów naśladujących artystę rzeczywiście zwiększa jego popularność, czy ostatecznie dewaluuje jego, tak uniwersalnie przetwarzaną, twórczość. Polski kompozytor i producent Moo Latte, który w ostatnim czasie współpracuje z czołówką światowego rapu, patrzy na przyszłość muzyki wytwarzanej przez Suno czy Udio ze sceptycyzmem:
– Być może będzie to ciekawostka dla fanów wielkich gwiazd, takich jak Ed Sheeran czy Dua Lipa. Będą mogli tworzyć własne piosenki z głosem swojego idola i zalewać nimi internet. Wytwórnie na tym zarobią, użytkownicy po chwili się znudzą, a imitowany artysta będzie zmagał się z wypromowaniem kolejnej piosenki, którą faktycznie stworzył.
Wyręczanie się sztuczną inteligencją to powolna degradacja wyobraźni
Krukowski zwraca moją uwagę, że podczas kluczowych dla tego sektora negocjacji pomiędzy wydawcami a przedstawicielami Big Techów nigdy nie są obecni muzycy. Być może jest tak dlatego, że amerykańskie prawo de facto zabrania im zakładać związki zawodowe, choć pewnie kluczowe jest to, że ich zdanie w tej akurat sprawie łatwo sobie wyobrazić.
Nawet jeśli Suno czy Udio nie będą tworzyły genialnych piosenek, najpewniej szybko zdominują sektor muzyki użytkowej (reklamy, telewizja), który dla wielu muzyków stanowi ważne źródło dochodu.
Ucierpią też inżynierowie dźwięku, właściciele studiów nagraniowych, eksperci od miksu i masteringu. Stracą sidemani. Już dzisiaj można przeczytać o nieciekawej sytuacji instrumentalistów z Nashville. Perkusistów, którzy przez dekady dogrywali się do demówek początkujących twórców country próbujących zdobyć swój pierwszy kontrakt. Obecnie coraz częściej rejestrują tylko swój głos i gitarę, resztę dogrywa im sztuczna inteligencja.
– Jeśli chcesz, żeby twoje nagranie brzmiało po prostu profesjonalnie, zgodnie z oczekiwaniami, to pewnie wystarczy – twierdzi Backer. – Natomiast wielcy artyści nie robią rzeczy, które są od nich oczekiwane. Jeśli to maszyny będą podejmować kolejne artystyczne decyzje, to w muzyce będzie postępowało wygładzanie krzywej ludzkiej kreatywności.
W podobnym tonie wypowiada się Moo Latte: – Te platformy często nazywane są przez producentów „narzędziami”, ale w mojej ocenie one bardziej przypominają protezy lub egzoszkielet dla kreatywności. Sięganie po nie wynika z pokusy nadludzkiej produktywności. Jednak wyręczanie się generowaniem nieskończonej ilości pomysłów jest tak naprawdę receptą na powolną degradację wyobraźni i zdolności do faktycznego tworzenia.
Wytwórnie muzyczne rozgrywają kolejne firmy z branży Big Tech
A co z przeróbkami? Czy artyści zgodzą się, by ich głosem czytane były listy zakupów, a solówki bazujące na brzmieniu ich instrumentu zapowiadały nadjeżdżającą windę? Z pewnością wielu z nich się wycofa, żądając od wytwórni wyłączenia takiego pola eksploatacji. Natomiast część z nich pewnie na to przystanie. Być może młodsi artyści wychowani w czasach social mediów i wszędobylskich memów nie będą mieli nawet co do tego większych wątpliwości. W końcu czasy się zmieniają, a branża muzyczna zawsze świetnie to odzwierciedlała.
– Zobacz, w okresie poprzedzającym nagrywanie nie mogłeś być wokalistą i nie być przy tym trochę aktorem – zauważa Backer. – Cała twoja praca sprowadzała się przecież do występowania na scenie. Dzisiaj zapewne część wytwórni tłumaczy muzykom, że ich praca to zarówno tworzenie piosenek, jak i rozwijanie swojej marki w social mediach. I dla wielu artystów to jest akceptowalne. Dlatego potrafię sobie wyobrazić, że w niedalekiej przyszłości wytwórnie będą tłumaczyć twórcom, że jeśli pozwolą na tworzenie memów na podstawie swojej muzyki – a wasza muzyka ma do tego potencjał, dzieciaku! – to mają o 34 proc. więcej szans na zrobienie kariery. Wiele osób na to pójdzie.
Wydaje się więc nieuniknione, że w najbliższej przyszłości czeka nas dalszy zalew muzyki tworzonej przez amatorów przy pomocy sztucznej inteligencji, a także memów naśladujących gwiazdy, które znamy z radiowych playlist. Mimo to moi rozmówcy starają się dostrzegać pozytywy w obecnym układzie sił.
Backer zwraca uwagę, że wytwórnie z godną podziwu sprawnością rozgrywają kolejne firmy z branży Big Tech. I nawet jeśli ich umowy są niejawne, a zyski dla artystów niewielkie, to wciąż lepiej, że o przyszłości sektora decydują ludzie, których muzyka rzeczywiście interesuje.
W inne tony uderza Krukowski, którego optymizm jest, no cóż, dość przewrotny:
– Streaming jest taką katastrofą dla muzyków, że jego tonięcie w generycznych utworach wyprodukowanych przez AI może zadziałać na naszą korzyść. A przynajmniej nie mam problemu z tym, że coś zaburza status quo – w końcu ono nie przynosi nam żadnych korzyści.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















