Na listach najbogatszych Polaków znajdujemy dziś nazwiska z branży gier wideo (Adam i Michał Kicińscy oraz Marcin Iwiński z CD Projekt czy Paweł Marchewka z Techlandu), internetowej (Michał Brański, Krzysztof Sierota, Jacek Świderski z o2 i Wirtualnej Polski), e-commerce (Rafał Brzoska) czy fintech (Łukasz Nosek, który jest współzałożycielem PayPal). Nadal jednak na naszym rynku prym wiodą „stare” biznesy: w świecie jesteśmy znani jako producenci profili okiennych, eksporterzy mebli, tytoniu czy jabłek, ale nie technologii.
Ten artykuł znalazł się w wydaniu specjalnym Tygodnika Powszechnego „Made in Polska” – do kupienia w punktach z dobrą prasą, salonach prasowych oraz w naszym sklepie internetowym >>>
Dla subskrybentów cyfrowych wszystkie treści z wydania specjalnego dostępne są w serwisie Made in Polska >>>
Amerykański sen w Polsce
Tutaj jako branża i kraj polegliśmy: nie udało nam się spowodować, żeby Polska kojarzyła się także z nowoczesnością i przyszłością. Mimo że wielu inżynierów z Polski pracuje w największych, amerykańskich big techach, a nawet jest tam menedżerami wysokiego poziomu czy współzałożycielami, jak w przypadku Łukasza Noska czy Wojciecha Zaremby (zakładał OpenAI), to Polska nie jawi się – jak np. Izrael – jako „kraj start-upów”.
To nie tylko porażka wizerunkowa, ale również problem związany z wizją rozwoju, jaki mają kolejne rządy po 1989 r. – każdy wolał gasić pożary i obiecywać rolnikom czy górnikom podwyżki, niż inwestować w branżę IT. Dziś najważniejszą nie tylko pod kątem czysto biznesowym, ale też militarnym, edukacyjnym lub medycznym.
18 lat temu miałem okazję być współzałożycielem Auli Polskiej – cyklu spotkań dla geeków działających w branży przedsiębiorczości technologicznej. Udało nam się stworzyć wspaniałą społeczność, której członkinie i członkowie zakładali swoje start-upy i dzielili się doświadczeniami. Pamiętam, jak bardzo byliśmy wtedy zapatrzeni w Zachód, a w szczególności w Dolinę Krzemową – każda nowinka, informacja czy trend stamtąd była dla nas jak prawda objawiona.
Szczególnie podobały nam się oczywiście te historie, w których młody założyciel start-upu przypadkiem spotyka inwestora i na knajpianej serwetce rysuje mu pomysł na biznes. Inwestor obsypuje go milionami dolarów, a po chwili spółka wchodzi na NASDAQ i czyni z założyciela miliardera.
Takie historie wydarzały się rzadko, wtedy jednak (rok 2007) zazdrościliśmy przedsiębiorcom z San Francisco wszystkiego. A jednego szczególnie: dostępu do kapitału. Środowisko startupowe w Polsce składało się wówczas z ludzi, którzy mieli plany i marzenia, ale brakowało inwestorów, którzy poza pieniędzmi byliby w stanie pomóc w rozwoju spółki, nawiązać kontakty za granicą i dbać o to, żeby start-up zdobywał kolejne rundy finansowania.
Kopiowaliśmy w zasadzie wszystko – od pomysłów na biznes, przez wizję świata (Zuckerbergowa mantra „move fast and break things” była bardzo popularna), po poglądy polityczne (rodzący się technologiczny libertarianizm, którego ojcem i piewcą był Peter Thiel). Mentalnie byliśmy „51. stanem USA”, a kolejne sukcesy amerykańskich start-upów były naszym kompasem – chcieliśmy „dysruptować” wszystko, co się dało, i zarabiać miliardy.
Niestety, nasi rodzimi milionerzy i miliarderzy jakoś nie wierzyli w to, że można zarobić na technologii – mimo rosnących potęg Google’a, Amazona czy Facebooka pokładali większe nadzieje w inwestycjach z ich punktu widzenia bezpieczniejszych. Polska (i start-upy) potrzebowały inwestorów, którzy nie bali się ryzyka.
Kiedy Polska zaczęła inwestować w ryzyko
Ostatecznie niewidzialną rękę rynku wsparło polskie państwo, a dokładniej: fundusze europejskie, które zaczęły płynąć po akcesji naszego kraju do UE. Polscy urzędnicy musieli się nauczyć, jak przeszczepiać na rodzimy grunt zapisy o inwestowaniu w innowacje w ramach pierwszych programów zarządzanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (jak słynne POIG 3.1 i 8.1) oraz jak wspierać fundusze wysokiego ryzyka (tzw. venture capital) przez Korporację Finansowo-Kapitałową S.A.
Już wtedy okazywało się, że inwencja i przedsiębiorczość w Polsce może być postrzegana opacznie – wnioski, które przechodziły kontrolę urzędników, budziły zdziwienie (jak słynne portale społecznościowe dla psów) i były szeroko komentowane (jak obecne dotacje z KPO). Ci startupowcy, którym się udało dostać wsparcie z UE, zyskiwali miliony bez konieczności oddawania udziałów. Niektórzy nazywali to (i nadal nazywają) wynaturzeniem, zabijaniem wolnego rynku i zasad kapitalizmu.

W samym tylko POIG (rządowy Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka, działający w latach 2007-2013) wydano na „wspieranie innowacji” ponad 10,2 miliardów euro, z czego prawie 90 proc. projektów nie przetrwało do dnia dzisiejszego (poza wyznaczony przez zapisy we wniosku „czas życia projektu”). Czy to oznacza, że innowacje w Polsce poniosły porażkę? Absolutnie nie.
Jestem zdania, że tamte doświadczenia były konieczne, abyśmy nauczyli się budować otoczenie prawno-urzędnicze dla takich konkursów oraz zrozumieli, na co tak naprawdę warto wydawać dostępne w ich ramach pieniądze. Bez „przepalenia” tamtych środków nie moglibyśmy dziś w Polsce chwalić się sukcesami ElevenLabs, DocPlannera, Iceye czy Booksy.
Nie dlatego, że te start-upy korzystały z unijnych dotacji, ale dlatego, że były beneficjentami rozwoju całego ekosystemu: funduszy venture capital, pracowników mających już doświadczenia z innych start-upów, ale przede wszystkim zbudowanej sieci kontaktów poza granicami kraju.
Od dotacji do globalnych sukcesów
Kiedy zakiełkował mi w głowie pomysł opisania polskiego ekosystemu startupowego poprzez jego największe gwiazdy (spółki, które uwiarygodniły się na światowym poziomie), umówiłem się na spotkanie z Krzysztofem Domaradzkim z „Forbesa” i złożyłem mu propozycję wspólnego napisania książki na ten temat. Byłem wtedy po kilku mało udanych inwestycjach i zamykaniu dwóch spółek, dobijałem powoli do pięćdziesiątki. Chciałem zamknąć „okres startupowy” w swoim życiu, a książka wydawała mi się dobrym pomysłem na rozliczenie z przeszłością.
Żeby przedyskutować jej założenia, umówiliśmy się 22 lutego 2022 r. w jednej z warszawskich kawiarni. Ale z uwagi na doniesienia z Ukrainy przez większość spotkania skupialiśmy się raczej na rozważaniu „co dalej” – tyle że w kontekście losów Polski, Europy i świata. Stwierdziliśmy, że niezależnie od tego, co ma się wydarzyć w kolejnych dniach, będziemy pracowali nad książką; trochę też po to, żeby nie przejmować się aż tak bardzo informacjami z frontu.
Kwestia Ukrainy pokazuje również, jaką drogę przeszło polskie państwo. W 1990 r. poziom rozwoju gospodarczego naszych krajów był niemal równy: PKB na głowę mieszkańca w Polsce wynosił wtedy 5967 dolarów międzynarodowych (dolar międzynarodowy to wymyślona jednostka walutowa, która ma taką samą siłę nabywczą jak dolar amerykański w danym czasie – wykorzystuje się ją w celach historycznych porównań), a w Ukrainie – 5859. Korupcja, rosnąca rola oligarchów, a wreszcie wojna w 2014 i jej kontynuacja spowodowały, że w 2024 r. PKB Ukrainy było wielkości województwa mazowieckiego.
Piszę o tym nie po to, żeby pokazać naszą wyższość, a raczej żeby uzmysłowić, jak bardzo dobre decyzje podejmowaliśmy jako społeczeństwo po 1989 r. Wstąpienie do NATO, a potem UE, otwarcie polskiego rynku na Europę, strefa Schengen, napływ funduszy unijnych… Mam wrażenie, że obecnie traktujemy to jako „oczywiste” wybory i nie pamiętamy sporów, jakie się wokół nich toczyły.
Ma to również związek z „budowaniem kultury przedsiębiorczości technologicznej” (jak określił misję Auli Polskiej Igor Dzierżanowski, jeden z jej współzałożycieli): mieliśmy bardzo dobrą sytuację gospodarczą, stabilne granice, w zasadzie darmową kasę do inwestowania.
Jak „Startupowcy” rozliczyli swoje marzenia
Książka „Startupowcy” ukazała się we wrześniu 2023 r. i była zapisem rozmów z założycielami najlepszych, naszym zdaniem, polskich start-upów: Booksy, Codility, DocPlanner, Iceye, Ramp, Silent Eight, Zowie, Infermedica, Tylko, Packhelp, Brainly i Vue Storefront.
Jak Krzysztof napisał we wstępie: „Jeden z bohaterów tej książki przez wiele lat nie potrafił sprzedać swojego produktu, a na dodatek oddał inwestorowi niemal połowę udziałów w spółce. Inny niedługo po starcie biznesu przeprowadził nieudaną próbę międzykontynentalnej ekspansji, a następnie pożarł się ze wspólnikami do tego stopnia, że nie mogli kontynuować współpracy.
Jeszcze inny skonfliktował się – i to na odległość – z konkurentem, z którym zamierzał przeprowadzić najważniejszą transakcję w życiu. Byli też tacy, którzy budowanie biznesu okupili problemami zdrowotnymi lub rodzinnymi, wypaleniem zawodowym i lękiem – że nie znajdą klientów, że nie przekonają do siebie inwestorów, że nie zdołają zbudować działającego produktu, a nawet że nie będą w stanie ukonstytuować swojej organizacji. A jednak każdemu z nich udało się stworzyć globalny biznes”.

Jednym z najciekawszych aspektów pracy nad książką były spotkania z jej bohaterkami i bohaterami. Udało nam się ich przekonać, żeby porzucili postawy rodem z pism biznesowych i opowiedzieli nam historie bez lukru. Takie, w których tracili przyjaciół, byli oszukiwani przez bardzo znanych inwestorów, rozwodzili się i bankrutowali.
Chcieliśmy pokazać, że „robienie start-upu” nie składa się z jedzenia pizzy, picia napojów energetycznych, kodowania po nocach, a na końcu maila z propozycją sprzedaży firmy za miliard dolarów. Śmialiśmy się z Krzysztofem, że większość opisanych w naszej książce start-upów cudownie „w jedną noc” stawało się globalnym biznesem z miliardowymi wycenami – ale ta „jedna noc” trwała zwykle dekadę i dłużej.

Przy okazji wyszła jednak ważna rzecz: opisaliśmy dwanaście spółek, które rozwinęły się dzięki decyzji o wyjeździe z Polski. Chcieliśmy pokazać, że „Polak potrafi”, a okazało się, że napisaliśmy książkę, której motto można zawrzeć w zdaniu: „chcesz osiągnąć sukces, wyjedź”.
Dlaczego start-up w Polsce nie urośnie
Polska jest biznesową i mentalną pułapką – to na tyle duży kraj, że można w nim założyć biznes i zarobić na pensje pracowników. Za mały natomiast, żeby spółkę rodzinną przekształcić w globalną markę. Oczywiście nie każdy musi tworzyć od razu „jednorożca” (branżowy termin oznaczający firmę, której wartość przekracza miliard dolarów), ale nie oszukujmy się: w środowisku startupowym poprzeczka zaczyna się od wycen na poziomie kilkuset milionów dolarów, a potem apetyty rosną.
Trochę powoduje to sam internet – decydując się na założenie firmy, która działa w sieci, jesteśmy od pierwszego dnia zmuszeni do konkurowania z firmami z całego świata. Kupując reklamy w Google’u czy Facebooku, podlegamy tym samym algorytmom, co start-upy z Afryki, Chin czy Australii.
Jeszcze jednym elementem (być może najważniejszym), związanym z koniecznością jak najszybszego opuszczenia Polski przez kogoś, kto chce budować prawdziwie dużą spółkę, jest kwestia środków. Według PFR Ventures i Inovo VC w 2024 r. 142 polskie spółki pozyskały 2,1 mld zł. Dla porównania amerykańscy VC zainwestowali w tym samym roku 209 mld dolarów (ok. 358 razy więcej).
Kolejna porażka: w naszym ekosystemie funkcjonuje niewiele kobiet. Nie wiem, czy to efekt toksyczności silnie zmaskulinizowanej społeczności startupowców w Polsce, czy brak branżowych wzorów do naśladowania? Mam jednak nadzieję, że to się zmieni, np. w związku z kwestią lepszego zrozumienia potrzeb kobiet w trakcie tworzenia rozwiązań związanych z medycyną.
Wierzę też w sukcesy kolejnych generacji firm – ElevenLabs, AI Clearing, RedStone, KYP AI czy Spacelift pokazują, że mamy już całkiem nowe pokolenie przedsiębiorców, którzy bardzo sprawnie poruszają się w USA czy Chinach, szukając partnerów, klientów i inwestorów, wygrywając największe konkursy i uczestnicząc w najlepszych biznesowych akceleratorach.
To oni będą budowali nasze największe sukcesy i na nich będą się wzorować kolejne pokolenia. Co ważniejsze: wraz z ich osiągnięciami pojawiają się pieniądze i wiedza, inwestowane w kolejne start-upy.
Po co start-up, skoro jest Mlekovita?
Gdybym natomiast mógł coś doradzić obecnemu i każdemu kolejnemu rządowi, to zaproponowałbym pochylenie się nad kwestią ułatwień w budowaniu polskich firm technologicznych. Rewolucja spod znaku AI pokazuje, że tworzenie narzędzi opartych na dużych modelach językowych to nie tylko przewaga biznesowa, ale możliwość realnego wpływania na kulturę i media (kiedyś jeśli czegoś nie było w wyszukiwarce Google, nie dostawaliśmy żadnej odpowiedzi – teraz, kiedy mamy do czynienia z czatbotami opartymi na generatywnej sztucznej inteligencji, wynikiem może być halucynacja).
Historia rozwoju technologicznego spleciona jest z potrzebami wojska. W obliczu wojny za naszą wschodnią granicą bardzo potrzebujemy start-upów „dual-use” (czyli technologii, które mogą być wykorzystywane przez cywilów i armię), a w sytuacji, kiedy prezydent USA szantażuje Europę cłami i grozi odcięciem od amerykańskich firm, potrzebujemy europejskich zamienników dla platform społecznościowych i usług chmurowych.
W obliczu tak szybko zmieniających się sojuszy wspieranie i budowa polskich, suwerennych technologicznych start-upów to nasza racja stanu.
Ale żeby na zakończenie włożyć trochę dziegciu: zawsze kiedy dyskutuję o tym, jaki biznes najbardziej się w Polsce opłaca, podaję przykład spółdzielni mleczarskiej Mlekovita, która bez AI, farm serwerów czy inżynierów zajmujących się programowaniem przebiła w 2024 r. 10 mld zł przychodów.
Po co zakładać kolejny innowacyjny start-up, kiedy możesz produkować i sprzedawać z zyskiem coś tak banalnego jak mleko?
Artur Kurasiński jest przedsiębiorcą, mówcą publicznym, autorem gier i komiksów. Współtwórca cyklu spotkań dla przedsiębiorców Aula Polska, współautor książki „Startupowcy”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













