To już wiadomo na pewno: w Niemczech nie będzie rządzić naprawdę wielka koalicja dwóch najsilniejszych ugrupowań. Taką mogliby utworzyć zwycięscy chadecy z Alternatywą dla Niemiec (AfD), ale partia Alice Weidel nie ma zdolności koalicyjnej – jest zbyt radykalna, a także prorosyjska.
Najbardziej prawdopodobny układ rządowy, który wyłania się po tych wyborach – czyli koalicja CDU/CSU i SPD – nie będzie koalicją wielką. Będzie to sojusz reprezentujący ok. 45 proc. oddanych głosów (ordynacja sprawia, że tyle wystarczy). Sojusz nierównych partnerów, w dodatku jednocześnie wygranych i poturbowanych.
Chadecy co prawda wygrali, ale liczyli na lepszy wynik. Z kolei klęska SPD (najgorszy wynik od ponad stu lat) jest oczywista, ale pozostaną u władzy. Taki rząd będzie jednak stabilniejszy, niż gdyby potrzeba było do jego tworzenia jeszcze Zielonych. Co oczywiście martwi AfD, grającą na destabilizację, ale cieszy tych, którzy oczekują w Niemczech zmian pilnych i niezbędnych.
Oczekiwania społeczne wobec przyszłego kanclerza, Friedricha Merza, są ogromne i dotyczą zwłaszcza problemów wewnętrznych: zaostrzenia polityki migracyjnej, ożywienia gospodarki, poprawy bezpieczeństwa publicznego. Gdzie by nie przyłożyć ucho, słychać apele o szybkie działanie. Jednak co najmniej tyle samo apeli powinno było wybrzmiewać, by obudzić niezbędne niemieckie reakcje na sytuację światową. A tu nic – w kampanii wyborczej była głucha cisza. Pochód lunatyków.
Ekipa Trumpa wypowiada Niemcom wojnę ideologiczną
To, że polityka zagraniczna odgrywa marginalną rolę w niemieckich wyborach, jest niemal regułą. Jednak czas jest niezwyczajny. W obliczu pełnoskalowej wojny w Europie i powrotu Donalda Trumpa jej dojmujący brak był szokujący. Przecież wiele wystąpień prezydenta USA i członków jego administracji można uznać za bezpardonowy atak na Niemcy – zwiastujący przewrót kopernikański w relacji obu państw.
USA są najważniejszym rynkiem zbytu dla niemieckiego eksportu. Wprowadzenie ceł na produkty z Unii, a także z gospodarek powiązanych z Niemcami (np. Meksyku), zagrozi wielu miejscom pracy w Niemczech i spadkiem produkcji. Także groźby wycofania wojsk USA – niejako za karę, za zbyt małe nakłady na obronność – mają głównie niemieckiego adresata. Wprawdzie Berlin osiągnął z trudem wymagane 2 proc. PKB, ale to za mało, by odtworzyć zdolności Bundeswehry.
Również zarzuty wiceprezydenta J.D. Vance’a na konferencji w Monachium, dotyczące rzekomej słabości europejskiej demokracji i zagrożeń dla wolności słowa, skierowane były głównie do Niemiec. Vance gościł na niemieckiej ziemi w przeddzień wyborów. Jego poparcie dla AfD było ingerencją w proces wyborczy – i nie zmienia tego fakt, że politycy i eksperci niemieccy opisywali zakulisowe rozmowy z Vance’em jako rzeczowe, nawet sympatyczne. Jego mowa w Monachium była deklaracją wypowiedzenia Niemcom ideologicznej wojny.
Dlaczego polityka zagraniczna była nieobecna w niemieckiej kampanii
Otoczenie Niemiec jest więc coraz bardziej niekorzystne, a skutki tego dotkną każdego ich obywatela. Mimo to, poza zaniepokojonymi eksperckimi „bańkami”, o zagrożeniach tych w kampanii w zasadzie nie dyskutowano. Dlaczego? Czy politycy unikali tego tematu, bo nie uważają swego społeczeństwa za dość dojrzałe? Czy może nie chcieli go straszyć?
A może jest tak – i to najbardziej prawdopodobne – że zamilczając politykę zagraniczną w kampanii, omijali słonia stojącego pośrodku ich pokoju, czyli własne strategiczne błędy w polityce światowej? Bo gdyby trzeba było zająć się poważnie stanem wojny na Ukrainie, negocjacjami Trumpa z Putinem, atakami prezydenta USA i jego ekipy na Niemcy, wówczas politycy musieliby przyznać, że wynikają one także z ich własnych wieloletnich zaniedbań i tam mają swe przyczyny.
W tym: we wspieraniu Ukrainy jedynie tak, „aby nie przegrała”, w ignorowaniu przez dekady próśb i gróźb kolejnych prezydentów USA dotyczących nakładów na obronność czy uzależniania energetycznego Niemiec od Rosji. W końcu w uznawaniu parasola nuklearnego Stanów nad Europą za niepodważalny pewnik. A także w ostrej antytrumpowskiej retoryce i nieco łagodniejszej, ale za to nieustannej, antyamerykańskiej.
Proces egzegezy własnych błędów byłby bolesny. Zwłaszcza że to kolejny raz w ciągu kilku lat, gdy trzeba byłoby posypywać rany solą.
Trzy lata temu Putin, a dziś Trump wyrwali Niemcy ze strefy komfortu
Wybory za nami. Kluczowe dziś pytanie brzmi, czy Niemcy nadal będą zajmować się tylko drobiazgowymi debatami nad tym czy innym podatkiem, zasiłkiem i fiaskiem polityki migracyjnej, słowem – nad tematami na czas pokoju. Czy może zaczną także komunikować społeczeństwu, że ich państwo stanęło przed koniecznością redefinicji swojej strategii międzynarodowej?
I to po raz kolejny takiej redefinicji, która przychodzi z zewnątrz – tym razem ze strony Trumpa. Wcześniej, trzy lata temu, inny polityk spoza Niemiec – Władimir Putin – skutecznie (choć niechcący) zmotywował niemiecką aktywność. To on, swoimi działaniami, wymusił rezygnację Berlina z gazociągu Nord Stream 2.
Takiej mocy nie mieli wcześniej Amerykanie, Polacy ani politycy Zielonych, przekonujący od dawna, że nie jest to projekt biznesowy (jak twierdził Olaf Scholz jeszcze niedługo przed rosyjską napaścią). Dopiero Putin udowodnił, że rację mieli ci, którzy twierdzili, iż jest to instrument polityczny osłabiający strategicznie Ukrainę.
Teraz kolej na Trumpa. Forma jest oczywiście inna – nie można porównywać działań dyktatora Rosji i prezydenta USA – ale rezultat będzie ten sam. Najpierw Kreml, teraz Biały Dom wyrwali Niemcy ze strefy komfortu i wymuszają zmiany w ich polityce.
Niemcy szukają dla siebie nowej roli
Somnambulika nie wolno gwałtownie wybudzać, jednak i Europa, i Berlin stoją przed wyzwaniem nowego ułożenia relacji z USA.
Przy czym Niemcy muszą szukać dla siebie nowej roli nie tylko w stosunkach transatlantyckich, ale też w samej Europie. Z prób objęcia przywództwa z pewnością nie zrezygnują, ale z pożegnaniem się z obecnością USA w Europie mentalnie nie będą mieli większych problemów. Merz twierdzi, że ma nadzieję przekonać Amerykanów o wzajemnych pożytkach z relacji transatlantyckich, ale jeśli to się nie uda, to trzeba inwestować w europejskie zdolności, by stopniowo „zastąpić USA”.
Oznacza to jednak, że Berlin musiałby znacznie poprawić relacje z Paryżem (i tak kluczowe) i Londynem, by otrzymać od nich ochronę militarną, w tym nuklearną. Pomysły zacieśnienia tej współpracy nie są nowe, krążyły już w trakcie kryzysu finansowego w pierwszej dekadzie XXI w., ale były odrzucane przez Niemców jako zbyt kosztowne. Ceną było poluzowanie narzuconej przez Niemcy polityki oszczędności i inne ustępstwa wobec Brytyjczyków. Kto wie, może uniknęlibyśmy brexitu.
Czy Friedrich Merz odbuduje niemiecką armię?
Taki model rozszerzonej współpracy europejskiej w wymiarze bezpieczeństwa konsumowałby pomysły Friedricha Merza na stworzenie wspólnego europejskiego rynku zbrojeniowego. Pozwoliłby też zrealizować idee – artykułowane nieśmiało, krążące już za rządu Scholza, a wyrażane nawet przez zielonego ministra gospodarki Roberta Habecka: aby to przemysł zbrojeniowy stał się kołem zamachowym niemieckiej gospodarki (już dziś jest ona czwartym eksporterem broni na świecie). Kiedyś technologie do zielonej energii, dziś broń – trzeba się dostosować do nowych warunków.
Żeby jednak być podmiotem w negocjacjach, na poziomie unijnym i transatlantyckim, Niemcy muszą stanąć militarnie na nogi. Stąd pomysł Merza, dla wielu kontrowersyjny, aby jeszcze w „starym” Bundestagu uchwalić wraz z SPD, Zielonymi i FDP specjalny fundusz dofinansowujący Bundeswehrę – analogiczny do tego z 2022 r., tyle że dwa razy większy, tym razem na sumę 200 mld euro. Merz obawia się bowiem, że w nowym Bundestagu, w którym Lewica i AfD mają tzw. mniejszość blokującą, nie uda się zebrać większości dla takich wydatków na wojsko.
To propozycja z kategorii tonący brzytwy się chwyta, ale sytuacja nowego niemieckiego rządu będzie bardzo trudna, więc czemu nie spróbować.
Nadzieja na nową współpracę Berlin-Warszawa
Może Polska powinna wykorzystać tę sytuację? Wykorzystać wstrząs, jakiego doznali Niemcy, gdy okazało się, ponownie w ciągu kilku lat, że nie są wyjątkowym państwem w Europie, które ma specjalne stosunki czy to z Rosją, czy ze Stanami. I że dotykają ich te same skutki, że są poddani tym samym szantażom co inni, że nie są globalnym graczem i jadą z innymi na tym samym europejskim wózku.
Taka otrzeźwiająca konstatacja zadziałałaby na korzyść rozwoju naszych stosunków i dawała nadzieję na partnerską współpracę.
Już jesteśmy i pewnie będziemy obiektem „ofensywy wdzięku” ze strony niemieckiej. Politycy CDU/CSU, partii wkrótce rządzącej, zaliczają nas do „rdzenia Europy”, niemal do grona decydentów i do tych, którzy mają współkształtować, jak mówią, „sprawiedliwy pokój na Ukrainie”.
Friedrich Merz deklaruje, że chce podnieść stosunki z Polską na wyższy poziom. Choć oś francusko-niemiecka zawsze będzie dla Niemców najważniejsza, to jednak i Polska będzie miała zapewne w ich planach swoje miejsce – głównie za sprawą stabilnie rozwijającej się polskiej gospodarki i bardzo dużych nakładów na bezpieczeństwo.
Dlatego – tak, należy się poważnie zastanowić nad zacieśnieniem współpracy polsko-niemieckiej. Biorąc jednak pod uwagę pewne ograniczenia i zagrożenia.
Nie dajmy wypchnąć Ameryki z Europy – ani Europejczykom, ani Amerykanom
W sytuacji, gdy dla Polski kluczowe jest dziś utrzymanie dobrze funkcjonujących stosunków z ekipą Trumpa i sprawnie działających obu części NATO (tej amerykańskiej i tej europejskiej), powinniśmy, owszem, skupić się na wzmocnieniu europejskiego filaru Sojuszu, ale w ramach tego Sojuszu.
A także do tego namawiać innych, zwłaszcza tych z podobną percepcją zagrożeń, np. kraje nordyckie i bałtyckie. Ale również Amerykanów i Niemców. Słowem – nie dajmy wypchnąć Ameryki z Europy ani Europejczykom, ani Amerykanom.
Na korzyść Polski nie działa ani ustawianie nas w roli kraju budującego odporność i siłę militarną Europy w kontrze do Stanów (Trump nie jest wieczny), ani narracja o umieszczeniu Unii w kontekście „nowego wielobiegunowego porządku światowego” (z udziałem Chin i Indii) i potrzeby balansowania między tymi biegunami.
Uzachodnienie Niemiec kontra „wielobiegunowość”
Powinno nam też zależeć, by nie dopuścić do rozluźnienia osadzenia Niemiec na Zachodzie (Westbindung) za sprawą takiego balansowania między owymi „biegunami” (zakusy takie widać, gdy niektórzy niemieccy politycy mówią o „walce o wolny handel” i „utrzymanie zdobyczy globalizacji”).
Już teraz bywało, że Niemcy, aby utrzymać swój model rozwojowy oparty na eksporcie, były gotowe wyjść naprzeciw systemowym rywalom Zachodu, np. sprzeciwiając się unijnym cłom na auta elektryczne z Chin. W tym duchu utrzymane są reakcje niektórych szefów niemieckich koncernów: przedstawmy nasze żądania Amerykanom, a jak się nie spodobają, rezerwujmy bilet do Pekinu. A przecież Chiny nie zrezygnują ze wspierania Rosji; zbyt duże mają z tego korzyści.
Nie zapominajmy też, że w polityce europejskiej Niemcy zapewne nadal będą próbowały odzyskać swe słabnące wpływy za pomocą reform instytucjonalnych Unii, które wzmocniłyby siłę ich głosu w procesie decyzyjnym czy za pomocą udzielania (lub nie) zgody na przepływy finansowe (np. tworzenie specjalnych funduszy unijnych na zbrojenia).
Szokujące wypowiedzi i działania Trumpa z pewnością zostaną wykorzystane, by wreszcie zapełnić lukę po „Wielkiej Idei”, której rzekomo od dawna brakuje Unii Europejskiej. Idei konsolidującej, będącej „Tym Wielkim Projektem” na przyszłe lata. Przepoczwarzenie Unii w globalnego gracza, zarządzanego sprawnie i szybko, bo większościowo, a nie jednomyślnie, będzie tak przedstawiane.
Powinniśmy wykorzystać trend, jakim jest zmiana postrzegania Polski
Tak czy inaczej, powinniśmy wykorzystać trend, jakim jest zmiana postrzegania Polski – już jako podmiotu polityki w Europie. Nawet jeśli nie będzie to trend skokowy i utrzyma się jedynie, jeśli nadal będziemy się rozwijać w co najmniej tak szybkim tempie jak dotąd.
Dla Niemiec to zmiana trudna mentalnie. Przy czym najtrudniejsze może być nie zaprzestanie postrzegania Europy Środkowej jako zaplecza gospodarczego, zasobu wykwalifikowanych pracowników i rynku zbytu, lecz pogodzenie się z tym, że Polska ma własne ambicje i interesy w polityce międzynarodowej, które czasem mogą być sprzeczne z niemieckimi. Jednak, dla własnego dobra i z pożytkiem dla Europy, trzeba nam będzie współpracować.
ANNA KWIATKOWSKA kieruje Zespołem Niemiec i Europy Północnej w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















