Angela Merkel wydała autobiografię. Upór, z jakim broni wszystkich swoich decyzji, jest wyjątkowy

Autobiografia byłej kanclerz to podręcznikowy przykład, jak się buduje tzw. przewagę interpretacyjną. W efekcie w Niemczech więcej będzie tych, którzy zachwycą się tą książką, niż tych, którzy są nią zaszokowani. To kolejny sygnał, jak trudno Niemcom rozliczyć się z błędną polityką ostatnich dekad – nie tylko wobec Rosji.
Czyta się kilka minut
Podczas słynnego spotkania w Soczi w 2007 r. Putin – na oczach dziennikarzy – próbował ośmieszyć Merkel: wiedząc, że boi się psów, wpuścił swoją labradorkę Koni, która próbowała zaprzyjaźnić się z panią kanclerz. Merkel wspomina w książce, że z trudem zapanowała nad sobą do końca spotkania // Fot. TopFoto / Novosti / Forum
Podczas słynnego spotkania w Soczi w 2007 r. Putin – na oczach dziennikarzy – próbował ośmieszyć Merkel: wiedząc, że boi się psów, wpuścił swoją labradorkę Koni, która próbowała zaprzyjaźnić się z panią kanclerz. Merkel wspomina w książce, że z trudem zapanowała nad sobą do końca spotkania // Fot. TopFoto / Novosti / Forum

Angela Merkel obiecała sobie, że po przejściu na emeryturę będzie odbywała tylko „miłe jej sercu spotkania” (na co w języku niemieckim jest osobne słowo: Wohlfühltermine). Takim też była promocja jej autobiografii pt. „Wolność. Wspomnienia 1954-2021”, która odbyła się w Deutsches Theater w Berlinie. Przepytywana grzecznie i nienachalnie przez moderującą spotkanie znaną dziennikarkę Anne Will, Merkel zaprezentowała zachwyconej publiczności swoją wersję historii – i własnej, i Niemiec ostatnich kilku dekad.

Reakcja publiczności na rozmowę o zawartości tej prawdziwej cegły, liczącej blisko siedemset stron, mogła zadowolić wymagającą Angelę Merkel. Kiwano ze zrozumieniem głowami i śmiano się nawet w momentach, które – z punktu widzenia obserwatora niemieckiej sceny politycznej ostatnich 20 lat – mogą wydać się najbardziej absurdalne.

Spektakl ten oglądało się z podziwem dla kunsztu byłej kanclerz. Ale też z lekkim absmakiem. Zdolność Merkel do panowania nad salą i całe instrumentarium manipulacji, jakie zastosowała (tak, takie określenie jest tu adekwatne), były najwyższej próby – i nie napotkały oporu.

Promocyjna kampania Angeli Merkel

Jednak nie wszystkie z kilkunastu już wywiadów i spotkań, które Angela Merkel odbyła w Niemczech w ostatnim czasie – w imieniu swoim i współautorki książki, swej wieloletniej doradczyni Beate Baumann – były sympatyczne. Miłe nie były także niektóre komentarze, jakie pojawiały się w trakcie imponujących rozmiarów kampanii promocyjnej.

W końcu byli i tacy, którzy chcieli się jednak dowiedzieć, czy w obliczu obecnego kryzysu niemieckiej gospodarki albo też w związku z napaścią Rosji na Ukrainę Angela Merkel ma sobie coś do zarzucenia. Cokolwiek.

Bo choć jesienią 2021 r. kończyła urzędowanie – po długich 16 latach w Urzędzie Kanclerskim – na swoich warunkach oraz ze społecznym poparciem sięgającym 80 proc., to jednak liczni eksperci zarzucali jej już wtedy, że skoncentrowana na utrzymaniu status quo, nie dostosowała polityki państwa i nie przygotowała go na nieuchronne zmiany. Że przyłożyła rękę i do kryzysu migracyjnego, i w efekcie także do sukcesów politycznego populizmu. Że ma na sumieniu zaległości w digitalizacji edukacji i cyfryzacji usług oraz przemysłu. A nade wszystko: że ma udział w tym, iż polityka Rosji i Chin przybrała tak destrukcyjny kształt.

Angela Merkel na spotkaniu autorskim w Stralsund, listopad 2024 r. // Fot. Christian Rödel / imago sport / Forum

Angela Merkel twierdzi, że dla jej polityki nie było alternatywy

Odpowiedź Merkel na te zarzuty można uznać nie tylko za emanację – dość powszechnej wśród niemieckich polityków – kultury wyparcia i zaprzeczenia (patrz gwałtowna reakcja Franka-Waltera Steinmeiera na wystąpienie pisarza Marko Martina, który podczas obchodów 35. rocznicy obalenia muru berlińskiego przypomniał obecnemu prezydentowi jego niesławne wypowiedzi na temat Rosji i rzekomo rusofobicznej Europy Środkowej).

Jest ona też, w gruncie rzeczy, zaskakująco niedojrzała. Bo Angela Merkel winna się nie czuje. Niczemu. Błędów nie popełniła, zarzuty są niesprawiedliwe i bazują na ahistorycznym podejściu (czytaj: wtedy nie dało się inaczej). Czego by nie robiła, było bezalternatywne, w imię ratowania Europy, praktykowania humanizmu, dla dobra innych. A w ogóle, jeśli to wam w czymś pomoże, możecie mówić: „Tak, to Merkel za tym (lub owym) stała”.

Dodajmy, że za oceanem promocja angielskiego przekładu przebiegła zgrabniej: na prezentacji w Waszyngtonie Barack Obama nie pytał o Putina. Było miło i radośnie.

Metoda Merkel: nie liczą się wydarzenia, ale opowieść o nich

Wracając do książki (i sądząc po komentarzach innych jej czytelników): najwyraźniej jestem w mniejszości tych, którym czytało się ją całkiem dobrze. Może chodziło o zarządzanie oczekiwaniami – znając styl byłej kanclerz, nie należało spodziewać się brawurowego thrillera politycznego.

Interesująca jest zwłaszcza pierwsza część, dotycząca młodości Merkel (rocznik 1954), jej życia w komunistycznej NRD i początku kariery politycznej, który przypadł na czas transformacji ustrojowej po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. To ciekawy, choć w niewielkim stopniu osobisty dziennik.

Za to drugą część, traktującą o władzy (w partii CDU i potem w Urzędzie Kanclerskim), czyta się z pewnym trudem. Nie tylko dlatego, że jej charakter trąci stylem protokołu zdawczo-odbiorczego, ale także dlatego, że jest retrospekcją wydarzeń, które znamy.

Siłą rzeczy, wraz z opisem każdego kolejnego kryzysu czytelnik – pamiętający go jednak nieco inaczej – musi zadawać sobie pytanie: czy to jego, czytelnika, problem, czy może permanentny u Angeli Merkel stan dysonansu poznawczego? A może to słynna niemiecka machina marketingu politycznego, która kunktatorskiego Olafa Scholza kreuje na najważniejszego europejskiego sojusznika Ukrainy w jej wojnie z Rosją, a Angelę Merkel – na niezbędną siłę, która w latach 2014-21 wspierała rozwój ukraińskiej armii?

Słowem – narracja ponad wszystko! Liczą się nie wydarzenia, ale opowieść o nich. Ale o tym więcej za chwilę.

Kogo Angela Merkel „przemilcza na śmierć”

W obu częściach autobiografii brakuje za to ironiczno-sarkastycznych komentarzy, z których słynęła kiedyś była kanclerz; jest ich zaledwie garść. Drażnią fragmenty, które są rodzajem statementów, sztucznych deklaracji, bywa, że po prostu kłamliwych. Nagle oto, w środku opowieści o jakimś wydarzeniu, pada kilka quasi-filozoficznych zdań, że przyznawanie się do błędów to siła, a nie słabość, albo że państwo to nie firma komercyjna, lecz byt, który odpowiada za wspólne dobro. Wszystko prawda. Tyle że akurat nieprzestrzeganie tych zasad słusznie zarzucano polityce samej Angeli Merkel.

Tworząc tę opowieść, zastosowano przy tym jedną z norm niemieckiej kultury politycznej, którą określa czasownik totschweigen. Zamilczano mianowicie „na śmierć”, czyli uczyniono niebyłymi i niewartymi wzmianki, kilka kluczowych postaci, jakie pojawiały się na politycznej drodze Angeli Merkel, a z którymi miała ona wyraźnie na pieńku.

Nie znajdziemy więc wzmianki o Sebastianie Kurzu, byłym kanclerzu Austrii, który wbrew niemieckiej narracji przyczynił się walnie do rozwiązania ostrej fazy kryzysu migracyjnego z lat 2015/16, jeżdżąc po wszystkich państwach szlaku bałkańskiego i negocjując z ich władzami. Ukarany milczeniem został także Janis Warufakis, grecki minister finansów, który buntował się przeciw obcesowemu traktowaniu Greków w trakcie kryzysu strefy euro.

Zaprzepaszczone szanse Angeli Merkel

Przyznajmy: zawarte w pierwszej części książki opisy życia rodzinnego, potem szkolnego i wejścia w dorosłość czyta się nawet ze wzruszeniem. Gdyby nie obecna wiedza, czytałoby się je także z przeświadczeniem, że jesteśmy świadkami wydarzeń formatujących Merkel jako polityka. Że przeżywszy upokorzenia i przedmiotowe traktowanie w NRD, że obserwując wywrócone do góry nogami życiorysy w trakcie transformacji, Angela Merkel – otoczona wszędzie, od uczelni po politykę, pysznymi i aroganckimi samcami alfa z Niemiec Zachodnich – zawsze będzie walczyć o równe prawa i szanse obywateli byłej NRD i kobiet w ogóle.

Jednak nic takiego nie miało miejsca. Niestety konstatacja jest taka, że Angela Merkel nie skorzystała w trakcie swojej kariery politycznej z tych kilku, jak by się wydawało, swoich wcześniejszych kluczowych doświadczeń.

Solidny fundament, jaki dała jej kochająca rodzina, bycie aktywną i ambitną kobietą, obywatelką NRD, biorącą udział w trudnej transformacji (także już jako posłanka i minister), z jej podobno licznymi i dobrymi kontaktami z Polakami i Czechami – otóż wszystko to nie odegrało roli w jej późniejszej działalności i prowadzonej przez nią polityce.

Czy Merkel porzuciła Europę Środkową?

Zwłaszcza to ostatnie może dziwić, gdy czytamy, z jaką estymą traktować miała swoich przyjaciół z Europy Środkowej, rozmowy z nimi. Oraz jaką miała, jak twierdzi dziś, świadomość ich przewagi i dojrzałości politycznej w rozumieniu ówczesnej sytuacji międzynarodowej.

Tymczasem nic z tego nie odzwierciedliło się potem w jej karierze politycznej, gdy weszła w rolę – jak ją nazywano – „liderki liberalnego świata” i „cesarzowej Europy”. Nie te państwa i nie ich obywatele wpływali na politykę Niemiec, mimo że to z nimi Republika Federalna była i jest w sojuszu zarówno w Unii, jak i w NATO.

I chyba nie ma sensu dociekać, czy to wyparcie, czy może mimikra spowodowała, iż Angela Merkel, starając się dopasować do (zachodnio)niemieckiej kultury politycznej, stała się bardziej papieska od papieża, że porzuciła na swojej drodze i kobiety, i dawnych enerdowców, i Europę Środkową.

Czy mamy za co jej dziękować?

Naprawdę frustrująca staje się lektura autobiografii Angeli Merkel, gdy dochodzimy do 16 lat jej kanclerstwa. Widać, że nie przeszła ona żadnej ewolucji poglądów i nadal żyje w wielkiej iluzji, bezrefleksyjnie broniąc wątpliwego dziedzictwa.

Odnajdziemy w tej autobiografii wszystkie dotychczasowe narracje, z których wynikać ma jedno: że w strategii RFN ostatnich 20 lat nie było zasadniczych błędów. Np. znów jesteśmy pouczani, że polityka zagraniczna i gospodarcza, oparta na imporcie tanich surowców z Rosji, była poprawna i miała kluczowe znaczenie dla zdobycia dominującej pozycji gospodarczej przez Niemcy.

Jedynym błędem i wypaczeniem, zresztą obecnie naprawianym, ma być zbytnia ufność wobec Putina. Ale już niezabezpieczenie innych źródeł i tras dostaw surowców błędem nie było; oba gazociągi (Nord Stream 1 oraz Nord Stream 2) były potrzebne. Decyzja szczytu NATO w Bukareszcie z 2008 r. o nieprzyznaniu Ukrainie i Gruzji tzw. MAP-u („mapy drogowej” do Sojuszu) również się broni, bowiem obowiązkiem Merkel było dbanie o interesy i bezpieczeństwo samego Sojuszu. Zresztą oba te państwa były do członkostwa w NATO nieprzygotowane, podzielone w tej sprawie, a Putin po takiej decyzji prawdopodobnie natychmiast by je zaatakował.

W ogóle to wszystkie te lata, od roku 2014 aż do inwazji z 24 lutego 2022 r., były Ukrainie potrzebne, aby mogła wzmocnić swoje państwo, a zwłaszcza armię. Powinniśmy – my, ludzie z Europy Środkowej i Wschodniej – w zasadzie zakrzyknąć: dziękujemy, Angelo Merkel!

Fałszywe alternatywy dla fałszywej polityki

Z punktu widzenia Europy Środkowej rozczarowujący może być też sposób, w jaki ta opowieść zostaje nam podana. Często jest to bowiem rozkładanie odpowiedzialności na różnych aktorów, a zwłaszcza kreowanie fałszywych alternatyw.

Takim jest np. twierdzenie, że Polsce nie przeszkadzał gaz z Rosji, a w naszym sprzeciwie wobec rurociągu Nord Stream chodziło tylko o utracone zyski z opłat tranzytowych. Dalej czytamy, że gdy idzie o kryzys migracyjny, winni byli też Zieloni, bo blokowali latami wpisanie krajów bałkańskich na listę państw bezpiecznych. Ale już nie Putin, który przyczynił się do wojny totalnej w Syrii, co wywołało kolejne fale uchodźcze.

Gdyby pociągnąć dalej tok myślenia przedstawiony w tych rzekomych alternatywach, jakie prezentuje nam Merkel, robi się iście absurdalnie. Skoro Rosja nie zniknie z mapy, należy z nią wchodzić w coraz większe deale. Wygrana Ukrainy oznacza eskalację, może nawet trzecią wojnę światową. Granice albo mają być otwarte dla wszystkich, albo będziemy strzelać do ludzi z co najmniej wodnych armatek. Trump to wyznawca gry o sumie zerowej z mentalnością chciwego komiwojażera, więc nie może mieć racji w swoich zarzutach wobec Niemiec, czegokolwiek by dotyczyły.

Jednym słowem: nie ma nic pośrodku, są tylko skrajne (i fałszywe) alternatywy.

Władimir Putin jest wspomniany około dwustu razy

Wisienką na tym torcie jest wszechobecność Władimira Putina. Wspomniany jest w tej książce, jak ktoś obliczył, około dwustu razy. A z lektury można odnieść wrażenie, jakby to jego, Putina, percepcja szans i zagrożeń kierowała niemalże polityką Niemiec. Gdybyż nie było pandemii! Gdybyż można było z nim rozmawiać – wszak każdy dialog jest dobry, gdyż obniża napięcie – to wojny na pewno by nie było!

Z książki tej można odnieść też wrażenie, że niemiecka polityka wobec Rosji – ta, z której polityczne Niemcy nie chcą się dziś za bardzo rozliczyć – polegała na uczynieniu z Putina oraz z Federacji Rosyjskiej niemal punktu referencyjnego dla ich działań. Że poświęcano im nieproporcjonalnie dużo uwagi w przeświadczeniu, iż jedynie zrozumienie dla rosyjskiego postrzegania świata oraz ewentualne ustępstwa mogą doprowadzić do deeskalacji.

Autobiografia Merkel to przykład, jak się buduje tzw. przewagę interpretacyjną

Można pogratulować Angeli Merkel instynktu (bądź zbiegu okoliczności): wydanie jej książki – po tym, jak przez ostatnie trzy lata niemal nie zabierała publicznie głosu – zbiegło się z rozpadem koalicji Olafa Scholza. Jej „Wolność”, przetłumaczona i wydana jednocześnie w 30 językach, sprzeda się więc jeszcze lepiej, a Merkel, po krótkim odpoczynku popromocyjnym, zapewne zacznie jeździć z wykładami po całym świecie.

Z zarobionych na autobiografii pieniędzy (a zostanie zapewne milionerką, co rzecz jasna nie jest zarzutem) 70-letnia dziś Angela Merkel założy być może jakąś fundację i będzie nauczać swojej wersji historii młodzież oraz wszystkich tych, którzy będą chcieli jej słuchać.

Trudno nie skonstatować wreszcie, że autobiografia ta będzie kolejnym elementem sprawnie działającej niemieckiej machiny, której zadaniem jest opanowanie i utrzymanie pola interpretacyjnego. Nie tylko w kraju, lecz także w Europie, a najchętniej na świecie. Jedna z najważniejszych zasad strategii politycznej Niemiec, czyli właśnie budowanie i zdobywanie przewagi interpretacyjnej, zyska w ten sposób kolejny instrument.

Merkel, Wolność

Angela Merkel WOLNOŚĆ. WSPOMNIENIA 1954–2021, przeł. Emilia Skowrońska, Justyna Sarna, Znak Horyzont, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wielka iluzja Angeli Merkel