Berlin zmienia kurs, kultura na cenzurowanym. To ostrzeżenie także dla nas

Sytuacja w Berlinie pokazuje, że system państwowego mecenatu nad kulturą jest kruchy i może być groźnym narzędziem w rękach polityków. W Polsce Konfederacja także uważa, że publiczne pieniądze nie powinny być wydawane na kulturę.
Z Berlina
Czyta się kilka minut
Przygotowania czerwonego dywanu przed 75. Międzynarodowym Festiwalem Filmowym Berlinale. Berlin, 11 lutego 2025 r. // Fot. Halil Sagirkaya / Anadolu / Getty Images
Przygotowania czerwonego dywanu przed 75. Międzynarodowym Festiwalem Filmowym Berlinale. Berlin, 11 lutego 2025 r. // Fot. Halil Sagirkaya / Anadolu / Getty Images

Kolorowe płachty wywieszone na fasadach teatrów i muzeów, bilbordy z hasłem „#BerlinIstKultur” to nie kolejna akcja promocyjna w mieście, na które kulturalna Polska od zawsze spoglądała z zazdrością. To reakcja na budżetowe cięcia w edukacji, transporcie, ale i kulturze właśnie. Rządząca w Berlinie koalicja CDU/SPD musi znaleźć 3 miliardy euro oszczędności w 40-miliardowym budżecie miasta.

Kultura ma oddać do budżetu 130 milionów euro. To prawie 13 proc. środków, jakie Berlin przeznacza na utrzymanie tego sektora w ciągu roku. 170 muzeów, 400 galerii sztuki jest finansowanych lub współfinansowanych przez miasto. Idzie na to nieco ponad miliard euro. To i tak mniej niż 3 proc. pełnego budżetu miasta.

Nie ma szans, by tak duże cięcia nie odbiły się na kondycji placówek. W listopadzie ubiegłego roku artyści protestowali, w grudniu izba deputowanych przegłosowała cięcia, na początku roku instytucje mierzą się z przystosowywaniem budżetów do nowej rzeczywistości.

Cięcia, cięcia, cięcia

Pierwsza ofiara redukcji? Publiczność muzeów. Od grudnia 2021 r. w każdą pierwszą niedzielę miesiąca wstęp do muzeów był darmowy. Obcięcie darmowych niedziel ma przynieść miastu do 2 milionów euro oszczędności. Średnia cena biletu wstępu do muzeum w Berlinie to 12 euro. W darmowe niedziele sale wystawowe były pełne, a do wystaw czasowych ustawiały się wielogodzinne kolejki.

Dzisiaj niewiele instytucji może pozwolić sobie na zachowanie darmowego dnia. Nie wszystkie mają możliwość pozyskania sponsorów z rynku. Neue Nationalgalerie, muzeum sztuki nowoczesnej zarządzane przez Klausa Bisenbacha, zawarło kontrakt z Volkswagenem, co pozwoliło instytucji na zorganizowanie otwartych czwartków. Jednak nowoczesna infrastruktura, duże nazwiska światowych gwiazd sztuki przyciągające sponsorów, to nie jest zasób, jakim dysponuje każda instytucja. Producent samochodów szybciej wybierze dla promocji marki modernistyczne wnętrza zaprojektowane przez Ludwiga Miesa van der Rohe niż nobliwą Wyspę Muzeów. 

Co czwartek w Neue Nationalgalerie na wejście na wystawę czeka się dwie, trzy godziny. Każda z berlińskich instytucji otrzymała wyznaczony do zrealizowania cel. I tak na przykład Berlinische Galerie, muzeum będące w posiadaniu jednej z najciekawszych kolekcji sztuki niemieckiej, musi zaoszczędzić 700 tysięcy euro, na początku stycznia dołożono kolejne 130. Modna galeria C/O Berlin – 150 tysięcy.

18 milionów euro zabrano z programu Kulturraum, powołanego do finansowania sal prób i dotowania najmu pracowni dla artystów. To było wieloletnie, istotne wsparcie dla osiedlających się w Berlinie twórców. Dzisiaj myślą oni o wyjeździe. Dotowanie pracowni artystycznych i sal prób to europejski standard. W Polsce prowadzą je Warszawa, Kraków, Szczecin, w zeszłym roku również Białystok ogłosił, że lokale w budynku przy pałacyku Hasbacha zostaną przeznaczone na tani najem dla twórców.

Po grudniowych protestach poinformowano, że oszczędzone zostaną duże instytucje, takie jak Deutsches Theater i Berliner Philharmoniker. Ostatecznie wycofano się także z decyzji o odebraniu półtora miliona euro teatrowi Schaubühne. To miał być cios dla instytucji, szczególnie że ze względu na ceny energii koszt utrzymania dwóch scen wzrósł w ostatnim roku o prawie 700 tysięcy euro. Tylko teatralne instytucje uchroniły się w pierwszej rewizji budżetu. W Niemczech teatry są w przeważającej większości publiczne – podobnie jak w Polsce, choć to u naszych zachodnich sąsiadów scena już dużo mocniej uzwiązkowiona. Dlatego tak często porównuje się system kultury niemieckiej do polskiego. Nasze systemy są ewenementem na skalę europejską, więc berlińska sytuacja znalazła spory oddźwięk w Polsce. Jest jak zła wróżba.

Artyści i pracownicy kultury protestują przeciwko drastycznym cięciom budżetowym w tym sektorze. Berlin, 29 listopada 2024 r. // Fot. Stefan Boness / East News

Najłatwiej zabrać klubom

Burmistrz Berlina Kai Wegner zasłynął stwierdzeniem, że „kasjerki nie powinny musieć dokładać się do subsydiowania opery”. Sama ta wypowiedź podważa sens funkcjonowania publicznych instytucji w ogóle, nie tylko w kulturze. Innym razem stwierdził, że „w ostatnich latach na kulturę po prostu wydaliśmy za dużo pieniędzy”. Sam Wegner za nadwyrężenie finansów Berlina, które zmusiły władze do wdrożenia polityki oszczędności, wini poprzednią lewicową administrację i „inicjatywy związane z klimatem, które wydrenowały budżet”.

Jeszcze dwa lata temu berlińska koalicja obiecywała środowiskom twórczym, że do 2026 r. budżet na kulturę zostanie sukcesywnie podwyższony do osiągnięcia 2 miliardów euro. Tutejsza scena kulturalna była przez lata pompowana jako nowe niemieckie dziedzictwo. Podawana za przykład innym stolicom. W sektorze kultury w Berlinie zatrudnionych jest ponad 160 tysięcy osób. To więcej niż zatrudnia przemysł kreatywny w całej Polsce.

W mieście żyje około 30 tysięcy niezależnych artystów. Poza zagrożonymi miejscami pracy, ludzie kultury obawiają się ujednolicenia oferty kulturalnej. Gdy okazało się, że senat musi zrewidować pierwotne założenia budżetowe, wycofano się z zabrania środków reprezentatywnemu teatrowi czy filharmonii. Cięcia przeniesiono gdzieś indziej. Gdzie? Na kulturę klubową, niezależną, niezależne inicjatywy edukacyjne dla młodzieży czy rezydencje artystyczne, na które zjeżdżali artyści z całego świata.

Na początku stycznia 2024 r. Joe Chialo z CDU, berliński senator kultury, ogłosił, że publiczne środki będą powiązane z podpisaniem przez instytucje tzw. klauzuli antydyskryminacyjnej, argumentując, że „fundusze publiczne nie promują rasistowskich, antysemickich, wrogich queer lub w inny sposób wykluczających wyrażeń”. Jednak ta decyzja nie miała chronić mniejszości, ale zamknąć usta krytykom Izraela, który zaczynał wówczas interwencję w strefie Gazy.

Już w październiku 2023 r. na cenzurowanym znalazło się Oyoun, centrum zlokalizowane na wielokulturowym Neukölln, które miało publiczne finansowanie zagwarantowane od 2022 do 2025 r. Dotacja wynosiła około miliona euro rocznie. Przyczyną wstrzymania środków była propalestyńska postawa, m.in. organizacja wydarzenia „Żydowski Głos na rzecz Sprawiedliwego Pokoju na Bliskim Wschodzie”, z udziałem laureatów Nagrody Pokojowej w Getyndze. Według komentatorów z CDU, pomimo że instytucja jednoznacznie potępiła zbrodnie Hamasu, zbyt relatywnie podchodziła do sytuacji na Bliskim Wschodzie, bo wprost wspominano o palestyńskich ofiarach w Gazie. Przyczyną bezpośrednią było to, że zaproszona organizacja, Jüdischen Stimme, zorganizowała propalestyńską demonstrację w Berlinie, w której wzięło udział dziewięć tysięcy osób.

Wymysły burżuazji i orientacje

Ten silny spór, dotyczący zarówno kwestii konfliktu polityki instytucji publicznych z polityką państwową, jak i skali cięć, odzwierciedla nastroje w niemieckiej polityce. W ostatni weekend lutego Niemców czekają wybory (pisze o nich Łukasz Grajewski w dziale Świat). Sondaże pokazują, że sprawa jest przesądzona o tyle, że rządy przejmie prawica. Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna prowadzi, o drugie miejsce walczą lewicowa SPD i skrajnie prawicowa AfD, ale ta druga wysuwa się na znaczące prowadzenie. I właśnie to AfD przywołują artyści komentujący zmiany w polityce kulturalnej Berlina. To nie tylko sprawa berlińska – komentują.

AfD ma dość precyzyjną agendę w obszarze kultury, którą poparłby pewnie Kai Wegner, burmistrz Berlina – radykalne cięcia wydatków publicznych na kulturę, większa prywatyzacja pozyskiwania środków, współpraca z biznesem. Mniej pola na edukację i różnorodność.

Marc Jongen, deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia Alternatywy dla Niemiec, jest uznawany za mózg polityki kulturalnej. Ten za swojego mistrza uważa słynnego niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka, jest elegancki i nosi szare garnitury, nie głosi, że kultura Niemiec opiera się na piwie, jak inny kojarzony z tym tematem ekscentryczny polityk partii AfD, Hans-Thomas Tillschneider. Są różni, ale zgadzają się w jednym: w tym, że kultura ma służyć do „wyostrzenia świadomości narodu niemieckiego”. Nie ma więc tam wiele przestrzeni na wielokulturowość, która budowała niemieckie sceny. Jako zwolennicy „kultury ludowej” politycy AfD walczą głównie z teatrami, które uznają za wymysł burżuazji, oskarżają o to, że prawie nie grają niemieckich sztuk i są „politycznie zorientowane na lewo”, choć w przekazach AfD określane jest to raczej jako „poprawne politycznie”.

Inna kwestia podnoszona przez AfD to przekonanie, że instytucje publiczne, dotowane za niemieckie pieniądze, przekazują „krytyczny wizerunek Niemiec”, za bardzo skupiają się na takich zagadnieniach jak transformacja energetyczna, imigracja, feminizm lub różnorodność, szczególnie produkując treści krytyczne dla swojego państwa. Nie trzeba jednak wyobraźni, aby uzmysłowić sobie, jak będzie wyglądała polityka kulturalna pod rządami lub współrządami AfD. W Saksonii, Saksonii-Anhalt i Turyngii AfD współrządzi od czerwca zeszłego roku.

W kampaniach politycy AfD na potęgę produkowali krytykę wymierzoną w instytucje i artystów, choćby mówiąc o „szmatławym proletariacie i niedoszłych artystach, którzy są przekarmiani przez państwo, podczas gdy tworzą sztukę, którą nikt tak naprawdę nie jest zainteresowany” – twierdzi Hans-Thomas Tillschneider, dzisiaj członek parlamentu landowego w Saksonii-Anhalt. Wśród jego dokonań w tym regionie jest zeszłoroczny sprzeciw wobec obchodów rocznicy stulecia Bauhausu w Dessau. Bauhaus jest uznawany przez AfD za „błąd nowoczesności”. Hans-Thomas Tillschneider powtarzał: „Nie może być tak, że Bauhausu nie wolno krytykować i że jest do pewnego stopnia święty i nietykalny, tylko dlatego, że był prześladowany w narodowym socjalizmie”. AfD ma wyraźną awersję do nowoczesności, dlatego sytuacja, w której ta opcja miałaby realny wpływ na politykę kulturalną Niemiec, dla pracowników kultury i artystów jest czarnym scenariuszem.

Przestroga

Wojna podjazdowa państwa niemieckiego z artystami trwa, nie tylko w Berlinie i nie tylko na poziomie ekonomicznym. W Niemczech dawno nie rozmawiało się tyle o tym, jak powinna być finansowana kultura, mimo że to jeden z najlepiej uzwiązkowionych krajów, broniący praw artystów i pracowników w sposób zinstytucjonalizowany. Jak to się skończy? Senat Berlina debatuje nad przesunięciem kolejnych środków, instytucje czekają w niepewności kolejne tygodnie. 

Niektórzy dowiedzieli się o utracie środków, rozwiązali kontrakty, aby po dwóch tygodniach usłyszeć, że u nich cięć jednak nie będzie. Nie wiadomo, jakie instytucje uchronią się przed cięciami, a na które zostaną przekierowane konieczne do zaoszczędzenia środki. W połowie lutego na Bebelplatz odbędzie się kolejny generalny strajk pracowników i twórców kultury, a przez następne dni w instytucjach zaplanowane są dyskusje i programy towarzyszące akcji protestacyjnej.

Sytuacja w Berlinie pokazuje nam, że system państwowego mecenatu nad kulturą jest kruchy i może być groźnym narzędziem w rękach polityków. W Polsce Konfederacja także uważa, że publiczne pieniądze nie powinny być wydawane na kulturę.

Berlin przywykł, że kultura dzięki temu, że jest publiczna, może być dostępna, darmowa lub tania. Prawicowy rząd berliński pierwsze cięcia wycelował w darmowe niedziele – uderzy to w najbiedniejszych, którzy nie mogą pozwolić sobie na bilety. Dla AfD mniej wizyt w muzeach oznacza „mniej indoktrynacji lewackimi treściami”. Dla tych, których nie stać na wizyty w instytucjach, będzie dostępna kultura wskazywana im i udostępniana przez państwo, zgodna z linią opowiadającą o „wielkich Niemczech”. Cięcia w kulturze stają się także narzędziem politycznym dla karania niewygodnych instytucji, które próbują bronić swojej niezależności i niezależnego programu. Jeśli przez lata Polska patrzyła na Zachód, a Warszawa na Berlin, to teraz może trzeba spojrzeć na niego jako na przestrogę. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Berlin, zwrot akcji