To była msza, a nie seans. Gdyby zamiast foteli wstawiono klęczniki, ludzie zdzieraliby sobie kolana. Cisza jak makiem zasiał, spływające po policzkach łzy, aż strach sięgnąć po popcorn. Na ekranie tymczasem coś, jakby ostatni film w dziejach; jednocześnie western, dramat, opowieść inicjacyjna, no i oczywiście − łatwo o tym zapomnieć w natłoku atrakcji − dokument.
Bohater filmu, influencer i gwiazda YouTube‘a Kamil „Budda” Labudda, rozprawia o życiu i śmierci, wznosi dłonie ku niebu na wypełnionym po brzegi stadionie, pędzi sportowym samochodem po górskich serpentynach, odchodzi w stronę zachodzącego słońca. Można go pomylić z tym drugim, mniej u nas popularnym, oryginalnym Buddą. Zwłaszcza, gdy sugeruje, że w ludzkim umyśle tkwi moc zaklinania rzeczywistości.
Labudda zaklął rzeczywistość. Od ubiegłego roku trwa przeciw niemu postępowanie w sprawie przestępstw podatkowych (miał narazić skarbówkę na stratę blisko 60 mln zł), prania pieniędzy oraz kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. W kolejce na ekrany kin (podstawa marketingowej ekspansji) meldują się natomiast inni influencerzy.
Na polskich ekranach wciąż króluje „100 dni do matury” Mikołaja Piszczana, komedia sensacyjna wyprodukowana przez popularny kolektyw Ekipa i obsadzona gwiazdami grupy Genzie. Marcowy repertuar zamyka z kolei dokument o Julii Żugaj − młodej influencerce i piosenkarce. Tytuł nie pozostawia wątpliwości: „Jesteśmy Żugajkami”. Ale jak to? Wszyscy?
Labudda pobija rekord rodzimej kinematografii
Kto z nas nigdy nie pomylił filmu z zawoalowaną reklamą prężnego przedsiębiorstwa, niech pierwszy rzuci kamieniem. Podobne produkty wpisują się w końcu w nowożytną tendencję „korporyzacji branży filmowej” oraz odwieczny trend merkantylizacji sztuki. Problem z przenikaniem się światów kina oraz influencingu leży jednak zupełnie gdzie indziej.
Sztuka, choć miewa charakter misyjny, nie musi schlebiać uśrednionym gustom. Influencing uzależnia promocję pozytywnych wzorców od kryterium opłacalności. Z tych interesów powstaje koszmarek, czyli kino markujące „refleksję nad wartościami”, lecz całkowicie służebne wobec reguł popytu i podaży.
„Buddę. Dzieciaka ‘98” w reżyserii samego zainteresowanego oraz Krystiana Kuczkowskiego obejrzało w pierwszy weekend blisko 350 tys. widzów. Dystrybutor pękał z dumy, bo to więcej niż „Top Gun: Maverick” i „Diuna”. Ja użyłbym innej skali. Mamy bowiem do czynienia z najbardziej kasowym dokumentem w historii rodzimej kinematografii.
Poprzedni rekord należał do „Ani”, biografii zmarłej aktorki Anny Przybylskiej (również w reżyserii Kuczkowskiego). Kolejny, jak mniemam, ustanowią „Żugajki”. Dobrze myślicie, znów za sprawą Kuczkowskiego, byłego dyrektora programowego TVP. Rodzimy dokument − a przynajmniej ten, który chcemy oglądać w kinach − ma jego twarz.
Casus „Buddy”: historia biednego chłopca?
Czy widz „Buddy” kupi karnet na Krakowski Festiwal Filmowy? Można okopać się w szańcach moralnej wyższości i pogrzmiewać, że motłoch woli filmy o influencerach niż „Album wideofoniczny Beksińskich”. Z perspektywy masowego widza Beksińscy mają jednak zasadnicze wady: Zdzisław nie zostawił pod domem dziecka skrzynki z pieniędzmi, a Tomasz nie kręcił bączków zielonym Lamborghini.
Casus „Buddy” jest emblematyczny dla całej relacji odbiorcy, wychowanego przez media społecznościowe, z rzeczywistością kształtowaną przez tradycyjne media oraz analogową kulturę. Jeśli posłuchamy fanów filmu, usłyszymy historię biednego chłopaka, który wyciągnął się za uszy z bagna, odniósł sukces, podzielił bogactwem, a następnie padł ofiarą zawistnego establishmentu.
A skoro pod aresztem w Nowogardzie, gdzie przebywał „Budda”, organizowano pikiety, to trudno zakładać, że zmienią tę optykę kolejne aresztowania, medialne relacje oraz dowody w sprawie.
Z kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, że na początku marca bieżącego roku funkcjonariusze CBŚ zatrzymali kolejne dziesięć osób w sprawie nielegalnych loterii „Buddy”. Byli wśród nich dziennikarze sportowi, organizatorzy walk MMA, a także gwiazdy YouTube’a i influencerzy.
Granice między sztuką a marketingiem
Bez względu na to, czy mówimy o dokumentach, czy o fabularnych diagnozach naszego cyfrowego wieku, influencerzy nie są ani artystami, ani rzemieślnikami kina. Stworzony przez nich publiczny „awatar” rozsadza nawias fikcji do tego stopnia, że, czy tego chcą, czy nie, zawsze pozostają sobą. Nie bez powodu w licznych komentarzach na autorskich kanałach, a nawet w oficjalnych materiałach dystrybutora, czytamy często o „prawdzie” i „autentyczności”, które za ich sprawą pojawiają się na ekranie.
Rękojmią tejże „prawdy” jest sukces − odniesiony oddolnie, wbrew mediom głównego nurtu, oderwanym od rzeczywistości elitom oraz ideologicznie zaczadzonym środowiskom artystycznym. „Budda” to zatem nie tylko „prawdziwy gwiazdor”, ale też „prawdziwy filantrop” (nie to, co Owsiak), „prawdziwy społecznik” i „prawdziwy Polak”. Prawdziwy, czyli wychowany w biedzie, mówiący językiem „zwykłego człowieka”, budujący piramidę potrzeb na fundamencie fantazji o szybkich autach i wielkich pieniądzach.
Kino powinno takie bzdury weryfikować. Nie mówiąc nawet o tym, że powinno weryfikować talent aktorski, transparentność lokowania produktów oraz masę innych rzeczy. Trudno jednak krzyknąć „sprawdzam” w filmie finansowanym z kieszeni zainteresowanych. Granice pomiędzy sztuką a marketingiem i autopromocją robią się coraz bardziej przezroczyste. Paliwem tego kryzysu jest powszechne przekonanie, że nowe media to ostatni bastion wolności słowa; że youtuberzy nie chodzą na pasku reklamodawców; że self-made meni funkcjonujący poza kulturalno-towarzyskim układem są biologicznie niezdolni do kłamstwa.
Genzie, Żugajki i inni influencerzy
Pytanie, na ile sami influencerzy tworzą taki obraz mediów społecznościowych, jest w zasadzie drugorzędne. To właśnie na nich, jako na mimowolnych trybunów ludu, najłatwiej projektuje się własne marzenia i fobie. Zwłaszcza w tak spolaryzowanym politycznie, społecznie i kulturowo kraju. Żugaj, z którą miałem okazję porozmawiać przy okazji premiery jej książki dla młodzieży, zdaje się mieć świadomość tego stanu rzeczy. W swoich fanach, w sile kliku milionów, dostrzega dyrygentów z batutą. Swój „muzyczny i literacki content” dostosowuje do ich wieku, potrzeb i aspiracji.
Jeśli ktoś myśli, że kino będzie wyjątkiem, to jest przestrzenią, w której influencerzy zmienią swoją strategię i dadzą upust indywidualnej wrażliwości, powinien przerwać wykonywaną czynność i pójść do kina na „100 dni do matury”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że rytm tej komedii wybija palec stukający w kalkulator. Co druga scena jest aluzją do internetowej działalności grupy Genzie, gatunkowy kostium uszyto dla świętego spokoju, zaś profesjonalni aktorzy poruszają się między idolami młodzieży jak rodzice na imprezie w akademiku. Przecież dzieło powstało pod kuratelą Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Zwycięski bieg w streamingu
Pandora Gate, czyli afera, w trakcie której wielu polskich youtuberów zostało publicznie oskarżonych o przestępstwa seksualne, wybuchła jesienią 2023 r. Od tamtej pory nikt nie usłyszał prokuratorskich zarzutów, nie udało się również przerzucić żadnego kulturowego pomostu między odległymi światami. No chyba że za takowy weźmiemy protekcjonalne pochwały „dziennikarskiej przenikliwości” influencerów ze strony dziennikarzy tradycyjnych mediów oraz konkluzje paru filmowców, że gwiazdy internetu nadają się i na przedmiot, i na podmiot sztuki. Skończyło się na dramatycznym niedoszacowaniu kulturotwórczego potencjału tej branży.
Kino jest dziś niezłym miernikiem tegoż potencjału, co widać doskonale po frekwencji. „#Jestem M. Misfit” Marcina Ziębińskiego z wideoblogerką Sylwią Lipką w roli głównej otworzyło się w 2019 r. na 100 tys. widzów. „100 dni do matury” ma już na koncie pół miliona sprzedanych biletów. Z kolei „Budda” kontynuował swój zwycięski bieg w streamingu.
Strach przed wykluczeniem, na który cierpi nasza branża filmowa, doprowadził do kuriozalnej sytuacji: oto kinowe triumfy święcą rozciągnięte do pełnego metrażu spoty autopromocyjne. Nawiasem mówiąc, ten sam rodzaj lęku zamienił faceta oskarżanego o wyłudzenia i oszustwa w najpopularniejszego rodzimego podkastera.
Kino dokumentalne jest wyjątkowo delikatną materią
Jeżeli nazwiska Jimmy’ego Tatro, Baby Ariel czy Cameron Dallas coś wam mówią, to raczej nie dlatego, że lubicie zabawiać znajomych filmowymi ciekawostkami. To najwyżej notowane gwiazdy mediów społecznościowych, które, mimo usilnych prób, nie zrobiły większej kariery w kinie czy w telewizji. I o ile samo przenikanie się światów kina oraz internetowego influencingu nie jest niczym nowym, kluczowa wydaje się skala. To, co w Hollywood będzie osobliwością tygodnia, u nas stanie się trendem.
„Tworzymy projekt na skalę światową, łącząc influencerów z profesjonalnymi aktorami, co przyniesie świeżość obu branżom. To największy projekt Ekipy, z ogromnym budżetem i ryzykiem, ale także wielkim potencjałem sukcesu, który otworzy drogę do kolejnych globalnych przedsięwzięć filmowych. Podjąłem to ryzyko, bo jestem pewien, że nasz sektor ma siłę rozwoju, a Laniakea Pictures kolejne sukcesy przed sobą. Wierzymy, że film będzie impulsem do ważnych rozmów w szkołach i domach o emocjach i wyzwaniach, z jakimi mierzy się młodzież” – mówi o „100 dniach…” Łukasz „Wujek Łuki” Wojtyca, prezes Ekipy, w rozesłanej do mediów informacji prasowej. Nazwijcie mnie staroświeckim, ale skoro „emocje” i „wyzwania” młodzieży, to raczej nie w rozwojowym „sektorze” i na drodze do „globalnych osiągnięć”.
Kino dokumentalne jest w tym względzie wyjątkowo delikatną materią. W jego definicję wpisane są przecież dylematy etyczne, refleksje na temat tego, co wolno pokazać, do jakiego stopnia można zainscenizować rzeczywistość, jak oddzielić bohatera od promowanych przez film wartości. Lecz nawet w fabule ostentacyjne budowanie własnej marki to mało szlachetna praktyka. Zwłaszcza, jeśli przeznacza się na nią kosmiczne pieniądze. Budżet „100 dni do matury” szacuje się na 17 mln zł. To jedynie 5 mln mniej niż „Kos”, czyli historyczny epos Pawła Maślony o powstaniu kościuszkowskim.
Zdaję sobie sprawę, jak dziadersko brzmi to zdanie. Gwarantuję natomiast, że zabrzmi lepiej, gdy uświadomimy sobie, że „Kos” jest filmem zabawniejszym, mądrzejszym, lepiej zrobionym i o większych walorach edukacyjnych.
Filmowcy o influencerach
Gdy odwrócimy wektor, okaże się, że filmowcy nie mają większych problemów z opowiadaniem o polowaniu na polubienia oraz życiu w rytmie instagramowych powiadomień. Fenomen influencerstwa nie jest aż tak skomplikowany, by nie dało się go wszyć w tkankę rozmaitych gatunków – od dramatu („Król Internetu” Gii Coppoli), przez dokument („The American Meme” Berta Marcusa), po thriller („Spree” Eugene’a Kotlyarenko). W USA tworzy się dzięki temu coś na kształt kulturowego dialogu − każdy skok na kasę kontrowany jest mniej lub bardziej udaną analizą zjawiska. W Polsce takich analiz po prostu nie mamy.
W założeniach „Dziewczyna influencera” Szymona Gonery miała być jakąś odpowiedzią na potrzebę kina szybkiego reagowania. Bohaterki filmu, dwa automatony spacerujące po maltańskich plażach i mówiące do siebie hasłami kluczami z Google, to jednak mało wiarygodne reprezentantki swojej profesji. Nawet jeśli za karierę płacą Rozpadem Więzi Międzyludzkich, a w trakcie kłótni jedna mówi drugiej, że łączy je tylko algorytm. Sami rozumiecie, że trudno traktować to wszystko poważnie.
Chlubnym wyjątkiem pozostaje „Sweat” Magnusa von Horna. To historia gwiazdy fitnessu, która zapada się w sobie w tempie wprost proporcjonalnym do rosnącej popularności. Nihil novi sub sole − kolejna opowieść o samotności i złotej klatce. Ale z ciekawym twistem. W centrum fabuły leży bowiem pytanie o granice (nie)świadomości.
Już w pierwszej scenie bohaterka, wystylizowana na duchową przewodniczkę i prowadząca ku oświeceniu kursantki z galerii handlowej, perfekcyjnie markuje stan epifanijnego uniesienia. Czy wie, że jej spełniony sen o sławie to społeczna mrzonka? A może naprawdę wierzy w to, że sprzedaje coś autentycznego?
Nie przemawia przeze mnie ironia. Szczerze ciekawi mnie, jak na to pytanie odpowiedzieliby bohaterowie tego tekstu. Z omawianych filmów wynika bowiem, że raczej nie wierzą w to, co mówią − a przynajmniej nie na tyle, by przedłożyć „autentyczność” nad biznesplan. Rozumiem chęć poszerzania strefy wpływów. Myślę jednak, że samo kino zyskuje na tym układzie niewiele. Traci natomiast coś bardzo cennego − możliwość bezstronnej, krytycznej oceny rzeczywistości. Czy nam się to podoba, czy nie, influencerzy są jednym z jej najjaskrawszych symboli.
Autor jest dziennikarzem i krytykiem filmowym. Redaktor naczelny portalu Filmweb w latach 2013-2024. Współpracuje z „Tygodnikiem” od 2008 r.
Zrozumieć influencerów

„SWEAT” (2020), reż. Magnus von Horn
Królowa fitnessu kocha swoich poddanych, lecz na szczycie jest samotna. Von Horn rezygnuje z publicystyki na rzecz intymnego portretu jednostki. I pewnie dlatego w tych zapasach ze współczesnością udaje mu się uniknąć banału. W roli głównej wielka Magdalena Koleśnik.

„THE AMERICAN MEME” (2018), reż. Bert Marcus
Na ekranie same gwiazdy – Paris Hilton, Josh Ostrovsky, Brittany Furlan, Emily Ratajkowski. Tyle, że nieco smutniejsze i bardziej refleksyjne niż zazwyczaj. Nic dziwnego – choć trudno w to uwierzyć, historie paru internetowych imperiów napisano potem i łzami.

„OCET JABŁKOWY” (2025), reż. Samantha Strauss
Influencerka i ewangelistka medycyny alternatywnej Belle Gibson skończyła swoją karierę z wyrokiem, w niesławie. Zaś poświęcony jej serial to idealna propozycja na czasy „zdroworozsądkowego” oporu przeciw nauce.

„INFLUENCERKA”, reż. Kurtis David Harder
Gatunkowa jazda bez trzymanki, czyli horror, którego fabuły zdradzać nie wypada. Warto natomiast powiedzieć, że grająca tytułową rolę Cassandra Naud to jeden z niewielu przykładów udanego transferu ze świata social mediów do kina.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















