Poszedłem na uroczystą premierę filmu „Wieczór kawalerski” zaintrygowany hasłem promocyjnym: „Kto dotrwa do rana?”. Sam ledwie dotrwałem do napisów końcowych. I to jedynie z szacunku dla ekipy filmowej, która ze sceny cementowała najbardziej kuriozalne kryterium oceny sztuki, to jest ilość włożonej weń pracy. Cios poniżej pasa, ale niech im będzie. Pretensje mogę mieć tylko do siebie. Jeśli bowiem współczesne polskie komedie czegoś mnie nauczyły, to przede wszystkim tego, że nie ma takiego dna, w które nie dałoby się zapukać od spodu.
Pytanie, kto puka tym razem, nie ma w zasadzie znaczenia. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że jest to debiutujący reżyser i scenarzysta Szymon Gonera – choć jego równie udana „Dziewczyna influencera” weszła do kin wcześniej, nominalnie jest drugim filmem. Ważniejsza od samego „Wieczoru kawalerskiego” wydaje się jednak tradycja, w którą film się wpisuje; typy bohaterów zaludniających ekranową rzeczywistość; socjologiczna refleksja, z którą zostajemy po seansie. Z wszystkich tych czarujących cwaniaków, elokwentnych gangsterów, filozofujących striptizerek i cynicznych menadżerów średniego szczebla układa się nowy poczet książąt Polski. Wspólnie napędzają nasz nowy gatunek narodowy, czyli komedię patologiczno-aspiracyjną. To wielka autotematyczna opowieść o Polsce w pościgu za Ameryką.
Albo o tym, że wynalezienie kamery mogło być błędem.
Na bank się nie uda
Młodszy księgowy i jego koleżanka, korporacyjna harpia z bilonem zamiast mózgu, kradną sto milionów złotych. Droga do raju jest wyboista – pieniądze trzeba wyprać i ukryć, a sąd udobruchać roczną odsiadką. Po drugiej stronie Wisły sfrustrowani pracownicy Banku Narodowego też podprowadzają z kasy sto milionów, tyle że euro. Jako że przykrywką ich skoku jest pandemiczny chaos, nadają sobie adekwatne ksywki: Wirus, Sars i Covida (szkoda, że nie Zeitgeist). Na Podhalu kolejna kradzież – z policyjnego depozytu znika 120 kilogramów marihuany, jacyś żartownisie podmienili ją na ziołową herbatkę. To jest Polska. Wszyscy kradną.

Fabuły filmów „Blef doskonały” i „Jak ukradłem 100 milionów” (oba w reżyserii Michała Węgrzyna) a także „Futra z misia” Kacpra Anuszewskiego i Michała Milowicza, niesławnej „Kac Wawy” Łukasza Karwowskiego oraz tuzina innych historii o ambitnych szarakach i ich (nie)doskonałych planach różnią się detalami. W gruncie rzeczy jednak chodzi w nich o to samo, czyli o wyrwanie się ze szponów nudy, przełamanie wielkomiejskiego marazmu; słowem – o odcięcie się od wszystkiego, co w polskiej kulturze utożsamiane jest z klasą średnią. A żeby być, trzeba mieć. Stąd te złodziejskie przygody.
Z grubsza wygląda to tak: bohater, najczęściej otoczony bandą kumpli, usychający w martwym związku, albo na mocy klasycznej komediowej kliszy wzięty za kogoś innego, postanawia żyć pełną piersią. W konsekwencji wchodzi na kurs kolizyjny z typami spod ciemnej gwiazdy i po szerokiej, narracyjnej pętelce wraca do nudnego, bezpiecznego życia. A podczas gdy chłopaki zajmują się okradaniem bogatych i pogardzaniem biednymi, bohaterki-czirliderki błąkają się po opłotkach fabuły.
Jedne dzielnie tańczą na rurach, knują zawiłe intrygi i podskakują jak pieski, by choć przez chwilę ich głowa znalazła się na wysokości pańskiego lica. Inne – zazwyczaj te, które zostały w domach – ciągną bohaterów na jasną stronę mocy: to florystki, przedszkolanki, adeptki weterynarii i opiekunki morskiej fauny. Wszystkiemu zaś przygląda się pożerający swoje ofiary Lewiatan, czyli Warszawa. Jeśli zamknie się w środku nocy odcinek Marszałkowskiej, można udawać, że to róg Figueroa i Bulwaru Zachodzącego Słońca.
Nerwowy, Wolf, Czarny… Pseudonimy gangsterów sugerują, że żarty się skończyły. Nic dziwnego, skoro w ich biblioteczkach znajdziemy wyłącznie literaturę minorowych nastrojów. Boss mafii z „Furiozy” Cypriana T. Olenckiego wiedzę o międzyludzkich relacjach czerpie z szekspirowskiego „Juliusza Cezara”. Płatny cyngiel-mizantrop z „Pitbulla. Niebezpiecznych kobiet” Patryka Vegi namiętnie cytuje Schopenhauera – wie doskonale, że „w życiu jest się skazanym albo na samotność, albo na pospolitość”. Z kolei bandzior z „Wieczoru kawalerskiego” lubi pogadać o psychologu Paulu Ekmanie oraz jego teoriach ekspresji ruchowo-mimicznej.
Odpowiedź na pytanie, co łączy tak różne filmy i tak odległych pisarzy, jest oczywista. To przeświadczenie scenarzystów, że uszlachetnianie „kina rozrywkowego” można prowadzić po linii najmniejszego oporu. Że wystarczy zasygnalizować jakiekolwiek ambicje, dorzucić kilka popkulturowych cytatów i zasłonić się frazą o „bezpretensjonalnej rozrywce”, by cała ta dresiarska mitologia ułożyła się w jakąś niezawodną – artystycznie i finansowo – konwencję. Tyle że, mimo upływu lat, jakoś ułożyć się nie chce.
Patostream
Można te półprodukty filmowe nazywać różnie: kinem „dresiarskim” (od komediowego filtru nałożonego na kibolstwo i polską gangsterkę) albo „patokomediami” (z powodu normalizowania patologicznych zachowań). Ja jednak wolę określenie „kino aspiracyjne”, gdyż jest ono wyrazem podwójnego rodzaju ambicji. Bohaterowie poszukują zwykle lepszego życia, twórcy zaś – formuły kina rozrywkowego, które wzniesie się trochę ponad własną, „śmieciową” naturę.
Źródeł reżyserskich ambicji można szukać w jakiegoś rodzaju niezgodzie na rzeczywistość. Mając jednak na uwadze jakość samych filmów i poziom refleksji socjologicznej, ja szukałbym ich raczej w odwiecznym kompleksie Zachodu. I podobnie jak w przypadku innych nurtów (by wspomnieć nadprodukcję wątpliwej jakości komedii romantycznych), cofnąłbym się w tych poszukiwaniach aż do czasów przełomu ustrojowego.
To właśnie wtedy, gdy polskie kino złapało pierwszy haust powietrza po okresie wieloletnich partyzanckich wojen z władzą, od razu zachłysnęło się amerykańskim kinem gatunków. Późniejsza popkulturowa ekspansja Quentina Tarantino, Guya Ritchiego i ich licznych epigonów sprawiła, że naszym narodowym dobrem stała się paździerzowa komedia kryminalna. Stąd popularność kultowych filmów Olafa Lubaszenki („Chłopaki nie płaczą”, „Poranek kojota”), w których sprawdzona struktura postmodernistycznej zabawy została wzbogacona o lokalny koloryt. Kultowe teksty i sceny z tychże filmów są w gruncie rzeczy dialogiem z amerykańską popkulturą, choć ubogacają naszą – od pomnika szefa wszystkich szefów, Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina, który naprawdę w Szczecinie stanął, po powiedzonka, których używamy do dziś, mówiąc o rzeczach poważnych („Najważniejsze to zadać sobie jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić?”) oraz błahych („Historii tego swetra i tak byś nie zrozumiał”).
W latach 90., ale też później, na przełomie wieków, rymowało się to wszystko z ambiwalentnym stosunkiem filmowców do kapitalistycznej rzeczywistości. Z jednej strony wiązało się z zachwytem, który towarzyszył nowym rynkowym relacjom. Z drugiej – było wyrazem frustracji spowodowanej ekonomicznymi dysproporcjami. Mit Polski jako Dzikiego Wschodu przetrwał w dużej mierze dzięki kulturze politycznej. Funkcję laminatu pełniło jednak kino.
Myślę, że właśnie to pozwoliło umościć się Patrykowi Vedze w podwójnej roli populistycznego dostarczyciela wstydliwych przyjemności oraz trybuna ludu; faceta przyciągającego tłumy do kin rozrywką najniższego sortu oraz twórcy, który zamienia tabloidowe atrakcje w wentyl społecznej frustracji. Znamienne, że jego filmy przestały zarabiać dopiero wtedy, gdy Vega przestał tworzyć produkty „na zamówienie”, odnalazł Boga i zajął się introspekcją. Swoją drogą, gdy po raz pierwszy usłyszałem, że „Miłość, seks i pandemia” to przypowieść o siewcy, a kolejny „Pitbull” jest adaptacją Księgi Wyjścia, byłem przekonany, że chodzi o luźne inspiracje. Nie spodziewałem się, że w tym pierwszym filmie bohaterka usłyszy, że jest niczym „urodzajna gleba”, a w tym drugim zobaczymy scenę przekraczania wielkiej wody.
Problem z tego rodzaju optyką jest nie do przeskoczenia: koniunkturalizm i kompleksy to marny budulec kina gatunków. Jasne, da się stworzyć dzięki nim energetyczne kino, pełne narracyjnej swady oraz powidoków z żelaznej klasyki (to casus dyptyku „Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego). Nie da się natomiast zbudować na ich bazie czegoś bezpretensjonalnego, spełnić obietnicy eskapistycznej rozrywki.
Myślę, że właśnie z tego powodu łatwiej dziś rozciągnąć paralelę między „Vabankiem” Juliusza Machulskiego i „Żądłem” George’a Roya Hilla niż między filmami Węgrzyna, Gonery, Kawulskiego czy Vegi i dowolnym dziełem Tarantina albo Ritchiego. Pomijając fakt, że Tarantino ma gust, talent i wyczucie żenady.

Kebab i horoskop
Bohaterowie nieśmiesznych komedii, niezbyt wciągających dramatów gangsterskich oraz popfilozoficznych przypowieści o pułapkach ery social mediów również mają swoje aspiracje. Ciężko jednak brać je na serio, skoro żyją w Polsce będącej po części tabloidową fantazją, a po części – małą Ameryką.
W centrum tej narracji są oczywiście duże miasta. Trójmiasto, Kraków i Warszawa to labirynty pełne pokus, rozciągające się od dzielnic „byznesowych”, w których 24 godziny na dobę tłucze się maluczkich w białych rękawiczkach, po „mroczne podbrzusze metropolii”, czyli nocne kluby i ulice nędzy, gdzie panuje prawo dżungli. Nacjonalistyczni ultrasi krążą po ulicach, odklejeni od rzeczywistości artyści przesiadują w galeriach, a media społecznościowe pochłaniają kolejne ofiary. Żarty buduje się w satyrycznym kluczu, lecz ich poetyka kojarzy się raczej z Nocą Kabaretową w Mrągowie. W eliksirze rozśmieszającym pływają gej, feministka, policjant z drogówki, wyborca PiS-u, karki z siłowni, no i, last but not least, facet przebrany za babę.
W filmie „PolandJa” Cypriana T. Olenckiego współczesną agorą, przestrzenią ekspresji naszych ambicji, marzeń i lęków jest osiedlowa budka z kebabem. To wokół niej gromadzą się Polacy: biznesmen, który zaniedbuje rodzinę, współczesny bumelant, który chodzi po mieście z żywym pytonem, zła pani z korporacji, dilerzy narkotyków i weterani wojenni, profesorowie wyżsi oraz ich trudniące się prostytucją studentki. Wszyscy są sfrustrowani i chcieliby dla siebie innego życia, ale wyszło jak wyszło. Głębię konkluzji na temat społecznej polaryzacji i narodowej niemocy najlepiej oddaje jednak duet żula-anioła oraz punkowej ekstremistki. Powiedzieć, że twórcy nie wiedzą, co chcą powiedzieć, to nie powiedzieć nic.
Koniunkturaliści mają tę zaletę, że często wyglądają przez okno. Sęk w tym, że zazwyczaj dostrzegają wyłącznie kontury świata, zarys problemów i konfliktów. W „Dziewczynie influencera” Szymona Gonery bohaterka, która zrobiła karierę dzięki zdjęciu z jajkiem na brzuchu (nie zmyślam), wyrusza w wielki świat. Chciałaby z lajków i serduszek usypać sobie wymarzone życie, ale czeka na nią jedynie fotogeniczny upadek. Film zaś, który w idealnym świcie byłby bezpretensjonalną opowieścią o anektowaniu języka mediów społecznościowych na potrzeby rebelii, staje się klasyczną połajanką z pozycji moralnej wyższości.
Z kolei w czarnej komedii „Nie cudzołóż i nie kradnij” Mariusza Kuczewskiego intrygujący koncept narracyjny pożyczony z „Dekameronu” jest jedynie pretekstem do festiwalu czerstwych gagów. Ostatecznie żadna z satyrycznych figur, od księdza, przez pracownicę seksualną, po wyliniałego normalsa, nie zostaje przenicowana. Wszystkie mają nas bawić i uczyć z definicji.
Powyższe filmy różni wiele: gatunek, zakres tematycznych poszukiwań, fabularna konstrukcja. Łączy je jednak jeszcze więcej: scenariopisarskie lenistwo, inscenizacyjne asekuranctwo, marketingowa blaga o kontrowersyjnym podejściu do istotnych kwestii społeczno-kulturalnych. Przede wszystkim zaś – konserwatyzm ukryty pod płaszczykiem transgresji (ostatecznie chodzi bowiem o to, by dać sobie spokój z entropią i znów włożyć ciepłe papcie) oraz dziwaczny stop cynizmu i naiwności. Granice „współczesności” wyznaczane są przez najprostsze opozycje oraz binarne, światopoglądowe konflikty. Z kolei tłukące głową w mur „Polaczki” to po prostu niezła beka. Naprawdę trudno polubić bohaterów, których nie lubią sami twórcy.
Dzikie historie
Używany już w akademickich opracowaniach termin „kino dresiarskie” (by wspomnieć świetny tekst Mateusza Katnera z magazynu „Pleograf”) nie musi mieć negatywnego zabarwienia. Może również kojarzyć się z tym szczególnym rodzajem szaleństwa lub artystycznej energii, której w polskim kinie po prostu brakuje.
Vega miewał „to coś”, wpadał czasem na najdziksze pomysły. Wymyślił np. scenę, w której facet przebrany za niedźwiedzia jedzie przez las na rowerze marki Romet (to z „Kobiet mafii 2”). Albo wątek prezesa Kaczyńskiego, który puszcza kaczki na Żoliborzu i robi maślane oczy do swojego masażysty („Polityka”). Zapewne przypadkiem, na kilka chwil, Vega dokopał się do istoty tegoż kina, które ma być – wstydliwą, ale jednak – przyjemnością.
Odpowiedź na pytanie, kto w ogóle ogląda polskie patokomedie, nie jest prosta. Statystyki rodzimego box office’u to wiedza tajemna, a dystrybutorzy chwalą się jedynie sukcesami (stąd powszechna świadomość triumfu „Chłopów” oraz nieświadomość porażki „Blefu doskonałego”). Można natomiast założyć, że jest to kino na tyle opłacalne, by zapychać nim repertuar, zwłaszcza że po kilku miesiącach statystyki podbiją platformy streamingowe.
Na inne pytanie – o to, dlaczego je oglądamy – mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Wybrałem się na „Wieczór kawalerski” z tego samego powodu, dla którego oglądam konferencje przed walkami MMA, „Hotel Paradise” i chłopaka z YouTube’a, który obkleił mieszkanie swojej matki zdjęciami Taylor Swift. Lubię puste kalorie. Z tą różnicą, że w kinie za takie frykasy się płaci. I powinny być lepszej jakości.
W prologu innego arcydzieła, czyli „Swingersów” Andrejsa Ēķisa, półnagi Michał Koterski stoi w swoim apartamencie, spogląda na pogrążoną we śnie Warszawę i, symulując ruchy frykcyjne, krzyczy: „Wygrzmocę was wszystkich!”. A ja sobie myślę, że to grzmocenie trwa przecież od lat. Powtarza się wraz z każdym filmem, z każdą linijką dialogu, żartem, sceną. Nie dziwi mnie, że jako widzowie zawiesiliśmy sobie poprzeczkę tak nisko. Rozczarowujący jest natomiast fakt, że filmowcy nawet nie starają się jej podnieść.
Źle, gorzej, najgorzej. Nasz wybór patokomediowych hitów

WIECZÓR KAWALERSKI, reż. Szymon Gonera, 2024
„Kac Wawa, ale tym razem się udało”. „Męska odpowiedź na »Druhny«”. „Komedia, jakiej dotąd nie widzieliście”. Żadne z tych haseł nie zostało użyte w promocji filmu Szymona Gonery. I dobrze, bo żadne nie jest prawdziwe. Chłopaki piją, dziewczyny tańczą, gangsterzy strzelają. Widz chrapie.

BLEF DOSKONAŁY, reż. Michał Węgrzyn, 2021
Surowy formalnie, fabularnie i intelektualnie film o skoku stulecia na Bank Narodowy. Skacze śmietanka polskiego aktorstwa: Tomasz Oświeciński (ksywa: Rusek) oraz Mikołaj Roznerski (ksywa: Niemiec), a także japoński aktor Hiroaki Murakami (ksywa, jakżeby inaczej, Bruce Lee). Wszyscy łamią sobie nogi.

JAK UKRADŁEM 100 MILIONÓW, reż. Michał Węgrzyn, 2024
Napisana korektorem i nakręcona słoikiem opowieść o parze oszustów, prowizorycznej pralni pieniędzy i facecie przebranym za babę (w tej roli, oczywiście, Tomasz Oświeciński). Za sto milionów obejrzymy jeszcze raz. Za dwieście – polecimy rodzinie i przyjaciołom.

KAC WAWA, reż. Łukasz Karwowski, 2011
Klasyka. Film, bez którego paru polskich aktorów miałoby nienaganny przebieg kariery, a reżyser nie potrzebowałby aż 12 lat, by wrócić do zawodu. Wreszcie – film, bez którego nie byłoby tzw. wiosny krytyków filmowych, dla których „Kac Wawa” okazała się ogólnopolskim konkursem na sarkazm i najlepsze zdanie wielokrotnie złożone.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















