Celebryci tacy jak my: uczą nas kochać, jeść i żyć. A co my na to?

Gdy mówimy, że gwiazdy są „oderwane od rzeczywistości”, rzadko mamy na myśli sytuacje ekstremalne, np. wiarę w reptilian albo przekonanie, że lodowce mają się świetnie. Zwykle chodzi nam o ich skłonność do uniwersalizowania własnych doświadczeń oraz zapominania o socjalno-bytowym układzie.

Czyta się kilka minut
Ewa Chodakowska i Joanna Krupa – prowadzące program „Razem odNowa”. Warszawa, 10 stycznia 2024 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News
Ewa Chodakowska i Joanna Krupa – prowadzące program „Razem odNowa”. Warszawa, 10 stycznia 2024 r. // Fot. Paweł Wodzyński / East News

Cześć, kochani! Oto kilka rad dla żuczków, które toczą kulki gnoju, choć mogłyby zapylać chabry. Wyznawajcie sobie miłość, najlepiej przed lustrem. Pogłaszczcie sąsiada, zagadnijcie jego psa. Gdy burczy wam w brzuchu, rozmawiajcie ze swoim ciałem. Stwórzcie kalendarz emocjonalnej zmiany. Żyjąc poniżej minimum socjalnego, żyjcie powyżej minimum socjalnego. Jedzcie kiełki i kiełkujcie. Samobójstwo? Nie! Samorozwój!

I tak, odcinek za odcinkiem, sezon za sezonem, ramówka za ramówką. Celebrycka pieśń o świadomym życiu i filozofii uważności. Mądrości, z których składają się jej kolejne zwrotki, powstają w świecie sukcesu, a za refren służy obietnica natychmiastowego dobrostanu. Powoli zanika jednak ten rodzaj naszej relacji z gwiazdami kina, estrady i mediów społecznościowych. W końcu nie po to marzymy o życiu ich życiem, żeby wkraczali z dobrymi radami w nasze.

Chodakowska, Krupa i puzon

„Zostawiła go żona, gdyż szukała SEKSUALNEGO wyzwania” – krzyczy tytuł klipu zapowiadającego emitowany w ubiegłym roku przez TVN program „Razem odNowa”. Show o małżeństwach pragnących „jeszcze raz poczuć motyle w brzuchu” i „odświeżyć relację” prowadziły wspólnie trenerka personalna Ewa Chodakowska oraz była modelka Joanna Krupa. Gdyby spytać je o sens tak agresywnej reklamy, oddzieliłyby zapewne promocję od produktu i użyłyby słowa „konwencja”. To hipoteza, ale z oparciem w generalnej marketingowej retoryce. Wynikało z niej tyle, że program miał być plasterkiem na rozjątrzone miłosne rany.

Krupa siada obok mężczyzny, którego porzuciła szukająca seksualnego wyzwania żona. Prezentuje mu zdjęcia jego dzieci na łące, zrobione pod jego nieobecność, w trakcie separacji. Modelka przykłada palec do czoła: „To musiało być dla ciebie ciężkie, prawda?”. Potem ubiera go w stary, ślubny garnitur. Spodnie ledwo się dopinają, mężczyzna stęka, operator robi zbliżenie na jego podciągnięte bokserki. Facet kadrowany jest w odzierającym z godności planie pełnym, w tle przygrywa swawolna muzyczka. Chłop w samych gaciach? No to jedziemy z puzonem i komedią pomyłek.

Każdy odcinek to podobny narracyjny schemat i bliźniaczy estetyczny kod. Najpierw prowadzące czytają sporządzone wraz z psychologami profile par. Wywiad środowiskowy puentują retorycznym, we własnym mniemaniu, pytaniem: „Myślisz, że zdołamy im pomóc?”. Później wpadają im do mieszkania, otwierają lodówkę pełną przetworzonej żywności i karcącym tonem diagnozują przyczynę niskiej samooceny. Też tak myślałem: gluten.

Chodakowska wyciąga tablet ze swoją autorską aplikacją, ustala doskonale zbilansowaną dietę, rozpisuje plan ćwiczeń i zaczyna, mówiąc kurtuazyjnie, lokować produkt. Krupa odbywa w tym czasie serię rozmów o emocjach, z których wynika, że lepiej już było. Szaraków ciągnie do psychologa, a potem rozdziela ich na miesiąc, żeby zatęsknili. Everything will be świetnie.

Gdzieś pomiędzy bezczelną, nawet jak na standardy dzisiejszej telewizji, reklamą a niezbyt etyczną beką z chłopa powstaje tzw. kulturowy przekaz, szkodliwy dla obydwu stron małżeństwa. Mężczyźni – portretowani niemal wyłącznie jako zapuszczone, pozbawione ambicji ofiary losu – są uczeni, że fizyczności nie przeskoczysz. Kobiety – urabiane przez toksycznych partnerów anioły z podciętymi skrzydłami – dowiadują się, że nie ma takiego egzystencjalnego pata, którego nie przełamałby trening na obozie Chodakowskiej.

Kiedy trenerka i modelka ruszają dalej z życiem, ich podopieczni tłuką się w mediach społecznościowych z krwiożerczym tłumem widzów. Potem idą się wyspowiadać do śniadaniówki. W końcu stają się przypisem do marketingowego sukcesu prowadzących. 

Doda forever!

Gdzieś po drugiej stronie tęczy, czyli w Polsacie, Dorota „Doda” Rabczewska szuka faceta na resztę życia. Radca prawny Darek zabiera ją na golfa, ale nie lubi zwierząt, więc jego szanse spadają do zera. Biznesmen Daniel kocha zwierzęta, lecz wydaje się onieśmielony, co wróży mu jeszcze gorzej. Wiktorowi śmiałości z kolei nie brakuje, tyle że jest poligamistą – nie można mieć wszystkiego? Pomiędzy kolejnymi randkami Doda wałkuje z psychologiem, Leszkiem Mellibrudą, tematy wagi ciężkiej: sławę, dzieciństwo, egoizm, miłosne rozczarowania. „Nie wierzę w szczerość uczuć” – deklaruje.

Program „Doda. 12 kroków do miłości” już w tytule nawiązuje do popularnego modelu terapeutycznego, choć nie jestem przekonany, czy rozciąganie paraleli między schematem leczenia uzależnień a randkowym eksperymentem w ogóle jest na miejscu. Doda wymija tę semantyczną pułapkę w swoim stylu i traktuje program jako wielkie autopromocyjne show: zabawna, wulgarna, świadoma konwencji. Jej charyzma jest jednak przekleństwem całego cyklu. Producenci „12 kroków do miłości” chcieliby dylematy Dody jakoś zuniwersalizować, pokazać, że bywają także naszym udziałem. Ostatecznie, zsynchronizowany z premierą płyty „Aquaria” oraz trasą koncertową, serial służy jedynie podkreśleniu statusu gwiazdy.

Paradoksalnie za sprawą samej konwencji o wiele bliżej sukcesu była Edyta Górniak. W kuriozalnym „My Way” telewizja TVN zafundowała jej... kurs prawa jazdy. Niestety, w kobiecie, która jest przekonana, że światem rządzi dwanaście jaszczurów, a podczas Halloween otwieramy wrota do piekieł, trudno dostrzec dziś człowieka, który śmieje się, cierpi i chodzi na pocztę. To raczej konstrukt wysyconej spiskowymi teoriami, zbiorowej podświadomości.

Uporczywe próby przekonania widzów, że celebryci budzą się z nieświeżym oddechem i robią zakupy w warzywniaku, zaprowadziły telewizję w jeszcze mroczniejsze miejsca. W zapomnianym przez Boga i ludzi programie „Woli & Tysio na pokładzie” (inspirowanym „Prostym życiem” z Paris Hilton, w którym amerykańska celebrytka smażyła boczek żelazkiem i paradowała z bawołem w różowym pledzie) fotograf Marcin Tyszka i projektant mody Dawid Woliński wykonywali tzw. pospolite zawody, starając się jednocześnie zapracować na status przyszłych gwiazd stacji. W zoo bawili się końskim łajnem, ze strażakami żartowali o „obciąganiu sikawki”, na trasie mieli jeszcze gospodę z polskim jedzeniem oraz cyrk.

Choć na papierze całość musiała brzmieć ironicznie, ekran zamienił wysiłki scenarzystów w szyderstwo z klasowych dysproporcji. Owo szyderstwo, o różnym natężeniu i stopniu zawoalowania, jest dominantą większości podobnych formatów. 

Dorota Rabczewska „Doda” w studiu telewizji Polsat. Warszawa, 8 grudnia 2024 r. // Fot. Artur Zawadzki / Reporter

Znaczenie celebrytów w naszym życiu

W jednym z odcinków „Miasteczka South Park” skryta w Górach Skalistych mieścina staje się popularnym miejscem migracji liberalnych elit. Małoletni bohaterowie podglądają zza płotu grających w polo bogaczy, a w końcu jeden z nich pyta zszokowany: „Co oni, kurwa, robią?”. W odpowiedzi słyszy: „Nie wiem, może torturują konie”.

Lubię ten fragment. Jak wiele żartów w „South Parku”, jest kapitalną metaforą rozstrzelonej społecznej optyki. Podczas gdy dla sporej części społeczeństwa arystokratyczny sport jest reliktem zamierzchłych czasów oraz przykładem niemoralnej eksploatacji zwierząt, na brytyjskim Netfliksie pojawia się dokument, w którym zawodnicy portretowani są niczym zdobywcy ośmiotysięczników. Już oficjalny opis filmu „Polo”, mówiąc delikatnie, rozsadza czaszkę. „Oto wyjątkowa relacja zza kulis dynamicznego i pełnego przepychu świata polo widziana oczami producentów wykonawczych – Harry’ego i Meghan, księcia i księżnej Sussexu”.

Gdy mówimy potocznie, że gwiazdy są „oderwane od rzeczywistości”, rzadko kiedy mamy na myśli sytuacje ekstremalne, to jest wiarę w reptilian albo przekonanie, że lodowce mają się świetnie. Zwykle chodzi nam o ich skłonność do uniwersalizowania własnych doświadczeń, do mierzenia fanów własną miarą oraz zapominania o socjalno-bytowym układzie.

W przeprowadzonym przez Maję Białas z Uniwersytetu Wrocławskiego badaniu empirycznym z 2021 roku autorka spytała respondentów o znaczenie celebrytów w ich życiu. Aż 37 proc. badanych zdefiniowało przedmiot badania poprzez sławę, a nie związany z nią dorobek. Niemal połowa nie powiązała najpopularniejszych celebryckich zajęć (to jest zarabiania na planie lub w modelingu, bywania na salonach, reklamowania produktów czy prowadzenia mediów społecznościowych) z pracą. Na pytanie, kogo celebryci w ogóle interesują, aż 40 proc. badanych odpowiedziało: „media”, kolejne 22 proc. – „osoby wiodące nudne życie”. Spytani o to, czy celebryci są warci naśladowania, ponad połowa respondentów odparła: „To zależy”. No właśnie, ale od czego?

Wbrew powszechnemu w celebryckim światku przekonaniu o tym, że łakniemy przede wszystkim mentoringu, badanie dowodzi, że cenimy głównie „dobroczynność” i „skromność”. Najbardziej imponuje nam działalność charytatywna, aktywizm w rozumieniu pomocy ludziom nieuprzywilejowanym oraz troska o los zwierząt. O wykładach z moralności, teoriach politycznych, analizach gospodarczych nie ma ani słowa. Nawet „promocja zdrowego trybu życia” jest przeszacowana; zainteresowanych tym rodzajem komunikatu było zaledwie 5 proc. badanych.

W Stanach Zjednoczonych, które możemy uznać za matrycę ujednoliconej popkultury, rozstrzał pomiędzy promowanymi przez media autorytetami a faktycznymi potrzebami społeczeństwa jest dziś ogromny. Ostatnie wybory prezydenckie udowodniły, że aprobata gwiazd przestaje być użytecznym narzędziem politycznej walki. Dominuje raczej nieufność, podsycana kolejnymi teoriami spiskowymi (np. o Beyoncé i Taylor Swift opłacanych przez sztab Kamali Harris). Proces ten rozpoczął się wraz z nadejściem ery mediów społecznościowych i udrożnieniem kanałów komunikacyjnych pomiędzy artystami a odbiorcami. Kiedyś aby usłyszeć bzdury na temat geopolityki, musieliśmy czekać na oscarowe przemówienia. Dziś taplamy się w nich dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. 

W Polsce sytuacja gwiazd – zwłaszcza tych zaangażowanych politycznie – jest równie nieciekawa. Nawet nie wchodząc w kwestie sporu o powinności artystów, Polacy nie poważają ludzi kultury i sztuki. Przez ostatnie osiem lat PiS lubił odmalowywać ich jako darmozjadów i nieuków. Dziś widać dobrze, że mają przechlapane. Świadczy o tym choćby gwałtowna reakcja na walkę o tantiemy ze streamingu. Albo ubiegłoroczna wojna o „Zieloną granicę” Agnieszki Holland. Bez względu na to, po której stronie politycznej barykady twórcy by stanęli, kolektywnie zapracowali na miano „pożytecznych idiotów”.

Z jednej strony każdy rodzaj aktywizmu jest wpisany w transgresyjną naturę sztuki. Z drugiej – twórcy z realnymi kompetencjami do rozmowy o polityce posiadają zazwyczaj instynkt samozachowawczy.

Najzdrowsze dusze w najpiękniejszych ciałach

Jakiś czas temu model świadomego i selektywnego uczestnictwa w kulturze przejęły serwisy streamingowe. Tym, co odróżnia od nich telewizję, jest mnogość komunikatów i estetyk w jednym nieprzerwanym strumieniu. Naszą relację z tym medium definiuje przede wszystkim brak kontroli nad komunikatami z różnych porządków: ważnymi i błahymi, informacyjnymi i rozrywkowymi, promocyjnymi i misyjnymi. Widać ten chaos w serwisach newsowych, gdzie po relacji ze Strefy Gazy następuje opowieść o panu Józiu, który złowił jesiotra w toalecie. Widać to również w pasmach śniadaniowych, a także w programach z udziałem celebrytów, którzy wyruszają na „podbój” egzotycznego kraju.

W kolejnych sezonach „Azji Express” uczestnicy odwiedzali m.in. Wietnam, Laos, Sri Lankę czy Filipiny. Niektórzy pokonywali lęki, z którymi zmagali się od lat. Dla innych podróż była okazją do zrewidowania życiowych priorytetów. Konwencja jest jednak bezlitosna – ganiając po zatłoczonych ulicach i zbierając jabłka na czas, zamieniają i siebie, i portretowaną kulturę w wielkie dziwowisko. W rezultacie całość rozpada się na kilka opowieści. Jedna to program rozrywkowy, w którym komuś wypadałoby kibicować. Druga to ponura wycieczka do kraju z kosmiczną stopą bezrobocia. Trzecia to historia spotkania kultur. I nawet jeśli podstawą tej ostatniej jest autentyczna ciekawość, montaż sprowadza ją do serii frazesów i stereotypów.

Celebryci ruszają w Polskę, żeby uratować ją przed sobą samą. Jurorzy „Top Model” szukają najzdrowszych dusz w najpiękniejszych ciałach. Karolina Kuczyńska podąża szlakami ezoteryków, by znaleźć ostateczny sposób na duchową odnowę. „Królowa przetrwania” walczy na rajskiej wyspie nie tylko z „własnymi słabościami”, ale i z Matką Naturą.

Dobra wiadomość jest taka, że panowie z kalkulatorami wciąż mają swojego „wirtualnego odbiorcę” za skończonego idiotę. I pewnie dlatego większość programów, o których piszę, spada z ramówki po jednym sezonie. Splot cynicznego marketingu, bezpretensjonalnej rozrywki oraz autopromocyjnych bajek może być skomplikowany. Lecz przede wszystkim – jest widoczny gołym okiem. Bez względu na to, kim jesteśmy, skąd pochodzimy i jakiemu celebrycie postawiliśmy ołtarzyk.


POLECAMY NAJGORSZE

 Program „Hot or not”, od lewej: Tomasz Jacyków, Marta „Mandaryna” Wiśniewska, Piotr Kupicha. Warszawa 2010 r. // Fot. Tomasz Żukowski / B&EW

HOT OR NOT

Z cyklu „Dziś by nie powstało”. Tercet egzotyczny, czyli Tomasz Jacyków, Mandaryna i Piotr Kupicha oceniają fizyczną atrakcyjność tzw. zwykłych ludzi. W powietrzu unosi się zapach krindżu, z nutą nietolerancji. Mocna rzecz. Not.

Marcin Tyszka, juror programu "Tom Model". Warszawa, 24 listopada 2021 r. // Fot. Pawel Wodzyński / East News

WOLI & TYSIO NA POKŁADZIE

Dawid Woliński i fotograf Marcin Tyszka zasiedli w składzie jurorskim „Tap Madl”, a potem jeździli po kraju i wykonywali „pospolite zawody”. Efektem ich starań był festiwal obscenicznych żartów, głupich pytań oraz generalna beczka śmiechu z typowych Polaków.

Jola Rutowicz i Jarosław Jakimowicz w programie "Big Brother VIP". // Fot. B&EW

BIG BROTHER: VIP

W specjalnej, vipowskiej edycji formatu w domu Wielkiego Brata zamieszkali m.in. bokser Marcin Najman, tancerz Michał Skawiński, gwiazdor disco polo Marcin Miller, a także polscy Pete Doherty i Kate Moss, czyli Jarosław Jakimowicz i Jola Rutowicz. Z takim składem nie można było przegrać.

Danuta Stenka podczas premiery programu "Celebrity Splash" // B&EW

CELEBRITY SPLASH

Skoro gwiazdy jeździły na lodzie, to dlaczego nie mogą skakać do wody? W myśl zasady pars pro toto przypomnę, że to w tym programie Danuta Stenka płakała ze wzruszenia po skoku Ilony Felicjańskiej. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 1-2/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jak zbyć kochaną