Klatki na oczach. Dlaczego Polacy kochają freak fighty?

Związek przemocy i sławy stanowi centrum popularności freak fightów. Co powiedzieć o patostreamerce w kryzysie alkoholowym, która w klatce zmierzyła się z byłą dziewczyną swojego syna?
Czyta się kilka minut
Od tej walki MMA Mariusza Pudzianowskiego i Marcina Najmana wszystko się zaczęło. Warszawa, 12 grudnia 2009 r. // Fot. Piotr Piwowarski / East News
Od tej walki MMA Mariusza Pudzianowskiego i Marcina Najmana wszystko się zaczęło. Warszawa, 12 grudnia 2009 r. // Fot. Piotr Piwowarski / East News

Ukraiński student i kierowca Ubera, Serhij Michajłuk, został napadnięty przez dwóch pijanych Polaków we wrześniu ubiegłego roku w Gdańsku. Najpierw zwrócił uwagę, by nie pili alkoholu w aucie. Gdy sytuacja eskalowała i doszło do rękoczynów, Michajłuk ratował się gazem pieprzowym. Zapis wideo z kamery w samochodzie trafił do sieci, a media społecznościowe zamieniły taksówkarza w ludowego herosa obojga narodów. Nawet „prawdziwi” Polacy, którzy w komentarzach wyganialiby go na front, podkulili ogon. Dostał pseudonim - Pan Piwko Nie Można.

O tym, że „pięć minut sławy” to w dzisiejszej Polsce puenta kiepskiego żartu, Serhij przekonał się kilka miesięcy później. Organizacja Clout MMA zaproponowała mu występ na gali freak fightów, czyli patologicznych igrzysk z udziałem „celebrytów” (cudzysłów rozciąga się od gwiazd kina po patostreamerów). Jego przeciwnikiem mógł być każdy z nas, o ile tylko ważył mniej niż 55 kilogramów, posiadał dowód osobisty i wziął udział w loterii.

Do walki miało zaś dojść w... taksówce. Chodziło o to, by najpierw odpiąć pasy, a później wrotki. Federacja przekonywała, że arena pojedynku to niewinne nawiązanie do profesji Serhija. Ja będę się upierał, że sednem żartu był rym między moralnie wątpliwym spektaklem a traumatyzującym wydarzeniem.

Freak fight to nie tylko MMA

Ostatecznie Michajłuk musiał z walki zrezygnować z powodu choroby serca, a o tapicerkę porozbijali sobie głowy inni „gladiatorzy XXI wieku”. Metafora freak fightów jako sejsmografu wrażliwości społecznej ma się jednak świetnie. Promowany przez youtuberów i polityków, profesjonalnych sportowców i amatorów, dziennikarzy i gwiazdy TikToka krwawy cyrk jest w Polsce nowym złotym cielcem.

Poupychane w grzecznych ramówkach programy taneczne, kulinarne czy dokumentalne opery mydlane ze społecznych nizin wydają się przy nim zaledwie wprawką do prawdziwie transgresywnej telewizji rozrywkowej. I zarazem najniższym poziomem wtajemniczenia w nauce o fantomowym bycie, zwanym „etyką wolnego rynku”. A skoro nie bagatelizuje ich rzecznik praw obywatelskich, to Jan Kowalski również nie powinien. 

Inne czasy, podobne dziwowisko: Tokio, 26 czerwca 1976 r., pojedynek nazywany wtedy Walką Światów. Muhammad Ali krąży wokół swojego rywala, Japończyka Antonio Inokiego. Walka trwa już od blisko czterdziestu minut, lecz bokser wyprowadził zaledwie pięć celnych ciosów. Być może dlatego, że Inoki jest... zapaśnikiem. Od kwadransa leży na macie i kopie bokserskiego mistrza świata po kostkach i piszczelach. Po walce, z powodu infekcji, Alemu groziła amputacja nogi.

Choć oficjalnie freak fighty narodziły się dopiero w latach 90. jako urozmaicenie gal mieszanych sztuk walki (MMA) federacji UFC, ich korzenie sięgają pojedynku w Tokio. Ali oraz Inoki podzielili między siebie astronomiczną wówczas kwotę 10 mln dolarów. W ramach przystawki do dania głównego cierpiący na gigantyzm i mierzący 224 centymetry wzrostu francuski gwiazdor wrestlingu André The Giant wyrzucił z ringu bokserskiego mistrza Chucka Wepnera. Pięściarz pofrunął jak szmaciana lalka.

Polski freak fight zaczął się od Pudziana

„Japoński” wątek jest w historii freak fightów o tyle istotny, że to w dużej mierze za sprawą niesławnej tokijskiej federacji Pride amatorskie walki wspięły się na szczyty popularności. Wtedy też narodziła się optyka, która do dziś organizuje nasze myślenie o tego rodzaju walkach. Stały się one czymś w rodzaju huby, pasożytniczej narośli na profesjonalnym sporcie, której nie sposób wyciąć bez (marketingowej) szkody dla żywiciela. 

Historia polskich freak fightów jest lustrzanym odbiciem tej opowieści. W 2009 r., w trakcie jednej z gal MMA pionierskiej organizacji KSW (założonej przez Martina Lewandowskiego oraz przedsiębiorcę i reżysera „Jak zostałem gangsterem” oraz „Akademii Pana Kleksa” Macieja Kawulskiego), strongman Mariusz Pudzianowski zmierzył się w ringu z pięściarzem Marcinem Najmanem. Pojedynek trwał zaledwie 43 sekundy, ale zmienił medialno-sportowy krajobraz na zawsze. Nokaut w wykonaniu Pudziana obejrzało w Polsacie 6 mln widzów.

Powolne wsączanie się freak fightów w krwiobieg sportowej rywalizacji trwało przez blisko dekadę. Powstała w 2018 r. Fame MMA, czyli pierwsza organizacja zajmująca się wyłącznie freak fightami, jest dziś najlepszą egzemplifikacją powiedzenia, że w krainie ślepców jednooki jest królem. Choć pozostaje w centrum niezliczonych narracji o szkodliwości społecznej, promowaniu negatywnych wzorców oraz infantylizowaniu kultury popularnej, na tle swojej konkurencji wydaje się definicją profesjonalizmu. Media zamieniły jej „produkt” w coś w rodzaju zła koniecznego, odpowiedzi na eskapistyczne potrzeby podzielonego społeczeństwa; w niewinną, wstydliwą przyjemność.

W rozmowie z Czwórką Polskiego Radia socjolożka dr Jolanta Tkaczyk nazwała freak fighty „nowoczesną formą walk gladiatorów dostosowanych do dzisiejszej kultury internetowej”. Mówiąc delikatnie, uważam to za niefortunny skrót myślowy o romantyzującym zabarwieniu. Gladiatorzy byli w końcu niewolnikami i całe życie szkolili się w zadawaniu bólu. Uczestnicy freak fightów walczą dla pieniędzy, a z profesjonalistami nikt ich raczej nie pomyli.

Co łączy Kapelę, Staśko, Peszkę i Fabijańskiego 

Związek przemocy i sławy stanowi centrum całej tej zabawy. Gdyby zafiksować się tylko na jednym z powyższych afrodyzjaków, gwiazdy freak fightów szybko straciłyby swój powab. W rozmowie z serwisem TVP Sport promotor bokserski Andrzej Wasilewski podkreśla, że już sama definicja robi się coraz bardziej elastyczna. Wśród chuliganów walczących na gołe pięści, raperów, influencerów, youtuberów, patostreamerów oraz szemranych figur ze środowisk kibolskich są w końcu ci, którzy poziomem umiejętności i determinacją zbliżyli się do zawodowych sportowców. Galopująca „profesjonalizacja” to tarcza, którą zasłaniają się sami zainteresowani z rozmaitych federacji.

Czy jednak podobna linia obrony ma szanse powodzenia, skoro krajobraz freak fightów jest tak zróżnicowany, że mieszczą się w nim lewicowi publicyści i aktywiści (jak Maja Staśko czy Jaś Kapela), ludzie związani z polityką (Marianna Schreiber), reprezentanci Polski w piłce nożnej (jak Piotr Świerczewski czy Sławomir Peszko), dawne gwiazdy reality shows (Paweł „Trybson” Tyburski), a także aktorzy (Sebastian Fabijański)?

O Pudzianowskim Wasilewski mówił tak: „Przez wiele lat uważałem Mariusza za absolutnego »freaka«, ale swoją katorżniczą pracą w nowej dyscyplinie bardzo się podciągnął. Swoją drogą, w ostatniej walce bardzo mi zaimponował, ale czy już jest pełnoprawnym zawodnikiem MMA? Ciężko powiedzieć”. Czy jest szansa, że ktokolwiek powie tak o Małgorzacie Z., alias Goha Magical, 51-letniej patostreamerce w kryzysie alkoholowym, która w klatce zmierzyła się z byłą dziewczyną swojego syna? O byłym przestępcy i raperze Popku, którego ostatnim wyczynem jest nagranie wideo ocierające się o zoofilię? Albo o Zbigniewie Stonodze i Krzysztofie Rutkowskim, na których pojedynek „czekała cała Polska”?

Fame MMA na celowniku Rzecznika Praw Obywatelskich

Rzeczona strategia komunikacji nie tylko nie uwzględnia skali zjawiska, ale też średnio przydaje się w defensywie. W sierpniu ubiegłego roku do biura Rzecznika Praw Obywatelskich wpłynęły skargi dotyczące organizacji Gali Fame MMA na stadionie PGE Narodowym.

Maja Staśko, autorka jednego z wniosków, zarzucała organizatorom promocję patologicznych zachowań. Wskazywała, że „podczas konferencji poprzedzających galę regularnie dochodzi do przemocy fizycznej, słownej i psychicznej, dręczenia ludzi, pochwalania i nawoływania do popełnienia przestępstwa czy prezentowania treści pornograficznych”; że „uczestnicy konferencji, które są streamowane w serwisach społecznościowych, przedstawiają poglądy dyskryminujące, a wręcz wyrażające daleko idącą pogardę wobec całych grup społecznych (homofobiczne, seksistowskie, rasistowskie, ksenofobiczne)”. I że podobne imprezy „nie mają charakteru typowo sportowego”. 

Biuro RPO wydało oświadczenie, w którym podkreśliło, że powyższe zachowania, istotnie, pozostają w sprzeczności z przyjętymi społecznie normami. Wyraziło również zaniepokojenie faktem, że na galę mają wstęp osoby powyżej 12. roku życia (o ile pozostają pod opieką osoby dorosłej). Zastępca rzecznika wystąpił też w sprawie do przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Ministerstwa Aktywów Państwowych, dyrektora Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej oraz Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Dość powiedzieć, że był to dziwaczny moment w niedługiej historii klinczu społeczeństwa obywatelskiego oraz organizacji freak fightowych. Włodarze Fame MMA zareagowali własnym oświadczeniem, wysłali też list do RPO, Marcina Wiącka. Przekonywali, że obecność olimpijczyków w klatce i w strukturach organizacji jest rękojmią moralnej „czystości” inicjatywy i że nie odpowiadają za zachowania swoich kontrowersyjnych gwiazd w życiu prywatnym (dość powiedzieć, że w świecie profesjonalnego sportu są to zachowania piętnowane i karane przez pracodawców w ramach indywidualnych i drużynowych kontraktów). Zapewnili również, że wyrugowali ze swoich programów „żargon więzienny oraz mowę nienawiści”. Ile w tym prawdy, można ocenić samemu. Do YouTube’a, w przeciwieństwie do abonamentów na gale, każdy ma dostęp.

Według Spółki PL.2012+ zarządzającej PGE Narodowym, „różnice społeczne w odbiorze poszczególnych wydarzeń nie powinny prowadzić do dyskryminacji potrzeb osób z określonych grup społecznych o własnych, skonkretyzowanych gustach czy potrzebach, mieszczących się w obowiązującym prawodawstwie. Pojęcie »wydarzenie kulturalne« czy »wydarzenie sportowe« jest szerokie i mieści w sobie zarówno koncert muzyki poważnej, jak również wyścigi samochodowe, galę boksu czy galę Fame MMA”. I to by było na tyle. Show must go on!  

Mięcho, pot, krew i łzy dźwignią handlu

Kolega śmieje się, że cały ten system stoi na głowie. Że tylko konferencje prasowe i przedmeczowe naparzanki powinny być płatne, a same pojedynki – darmowe. To mądre spostrzeżenie. Pojedynek, bez względu na to, czy toczy się w klatce, samochodzie, budce telefonicznej, czy na macie do tańca, trwa zwykle parę chwil. Zawodnicy machają rękoma jak cepami, po jednej rundzie walczą o każdy haust powietrza, nie ma w tym obrazku ani prozy thrillera, ani poezji sportu. Co innego w medialnej szopce poprzedzającej starcie – to tam jest mięcho, pot, krew i łzy. A przy okazji: „profesjonalna” homofobia i ksenofobia.

Wygląda to trochę jak wynaturzona przez patologiczną kulturę tradycja bokserskich face-offów. Programy, których celem jest podgrzewanie atmosfery przed galą, mają zazwyczaj formę wieloosobowych i wielowektorowych konfrontacji. Ich uczestnicy wyzywają się od „pedałów”, rzucają w siebie krzesłami, oblewają się wodą, a jeśli strategicznie rozmieszczeni na sali ochroniarze nie zdążą, udaje im się wyprowadzić kilka celnych ciosów. Sporo w tym slapsticku, choć zdecydowanie więcej horroru. 

Bogata historia niewyrównanych rachunków krzywd, „wyruchanych dziewczyn” oraz „podjebanych kumpli” stanowi kontekst dla wtajemniczonych. Choć faktyczne powiązania środowisk przestępczych z freak fightami rozpadają się na nagłośnione medialnie epizody (vide prezentacja Andrzeja „Słowika” Zielińskiego jako szefa federacji MMA-VIP), najpopularniejszym słowem w tych dyskusjach jest „konfident”. Tak, to pojęcie z dopiero co wyrugowanej więziennej gwary. Konfident zdradził, sprzedał, oszukał. Konfident nie ma honoru. A honor, jak nietrudno się domyślić, jest najwyższą z cnót.

Największe przypały z Fame MMA

Można szukać w tym wszystkim jakiejś rebelianckiej energii. Opowiadać – jak lewicowa bańka, gdy Jaś Kapela pobił pisowskiego dziennikarza Ziemowita Kossakowskiego – historie o zwyciężaniu zła jego własną bronią.

Nasz problem z freak fightami – jak słusznie diagnozuje w swoim tekście dla OKO.press doktor ekonomii Aleksander Ostapiuk – wynika jednak z innego mylnego przeświadczenia: „Oś etycznej dyskusji na temat wolnego rynku dotyczy trzech głównych aspektów. Gdzie są granice indywidualnej wolności? Czy można robić ze sobą wszystko (np. dać się obić czy upokorzyć)? Czy ludzie są racjonalni i wiedzą, co dla nich najlepsze? Czy wszystkie preferencje konsumentów powinny być akceptowane? W zależności od odpowiedzi na te pytania część z was będzie chciała ograniczyć freak fighty, a część będzie akceptować ich istnienie”.

Problem z indywidualnym rozstrzygnięciem tych dylematów przekłada się na niemożność wypracowania społecznego konsensusu. Status quo z kolei prowadzi do dalszego przesuwania granic przyzwolenia. Znieczuleni, otumanieni, a często i rozbawieni kolejnymi pomysłami organizacji freak fightowych, trwamy w tym stanie od dłuższego czasu. I zapewne naiwnością byłoby myśleć, że jest z tej sytuacji jakieś oczywiste wyjście.

Stojąca w sprzeczności z mechanizmami funkcjonowania współczesnej kultury „negacja uczestnictwa” mogłaby się realizować na różne sposoby i w różnych miejscach. W  mediach społecznościowych, gdzie nie musimy przecież czytać i komentować newsów organizacji freak fightowych i w rezultacie nie będziemy narażeni na targetowanie reklamy. Na platformie YouTube, gdzie kompilacje w stylu „największe przypały z Fame MMA” wydają się równie sensownym pomysłem na wieczór co „nowy przepis na tiramisu” albo „10 metod na oczyszczenie końskich kopyt”. Wreszcie – w mediach tradycyjnych, za pośrednictwem których kupujemy abonamenty albo oglądamy walki w systemie pay-per-view. 

Warto pofantazjować. Jeśli nie po to, by coś zmienić, to choćby ze strachu przed pokoleniem, które dostrzeże we freak fightach naturalny element sportowo-kulturalnego pejzażu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Klatki na oczach