Czterdzieści groszy. Tyle wynosi różnica między upodleniem a progiem przyzwoitości – bo o godziwym wynagrodzeniu ponoć nadal nie ma mowy. W skupie za kilogram cebuli rok temu płacili rolnikom sześćdziesiąt groszy. Teraz – dwadzieścia, o ile znajdzie się punkt, który jeszcze ją przyjmuje, bo magazyny pełne.
W swoim gospodarstwie w Kruszynie Krajeńskim Monika Olszak obsiała cebulą 20 hektarów, co przy stawce rzędu 20 groszy za kilo dałoby jej około 300 tys. zł przychodu i to przy założeniu, że zbiory byłyby bardzo udane. Na papierze wygląda to nieźle, ale po odliczeniu kosztów, które w przypadku cebuli mogą sięgnąć nawet 12 tys. zł rocznie na hektar, może oznaczać rok pracy niemal za darmo. W akcie desperacji pani Monika ogłosiła więc w internecie, że każdemu, kto cebulę zbierze prosto z jej pola, sprzeda ją po 60 groszy za kilo. W hipermarkecie czy w dyskoncie to samo warzywo kosztuje 3-4 zł za kilogram.
Rolnicy szukają ratunku. Fiskus nalicza im od tego podatek
Z podobnych wezwań do wyjścia w pole i apeli o wsparcie dla rolników można było tego lata i jesieni ułożyć mapkę niemal całej Polski. Gmina Świątki, powiat olsztyński: zaproszenie do zbioru kapusty i buraków. Złotówka za kilogram, do negocjacji. Pod Warszawą za tyle samo można było odebrać z pola seler i cebulę. W podlaskim Zambrowie na zbiór czekały dynie, również po złotówce za kilo. W lubelskim Jastkowie można było zaopatrzyć się w paprykę po 2 zł, ale trudno uznać to za atrakcyjną ofertę, skoro w Gałkowicach w Świętokrzyskiem gospodarz rozdawał te warzywa gratis. Pomidory gruntowe z kolei czekały na zerwanie koło Mińska Mazowieckiego, po 3 zł za kilogram.
Były i jabłka, wiele odmian i jeszcze więcej lokalizacji: od Grójca, przez Trzebnicę aż po Głubczyce przy granicy z Czechami, po 2-3 zł za kilogram. Ziemniaki – w Żarach 1,5 zł za kilo, pod Wrocławiem – 50 groszy. W Przeworsku na Podkarpaciu kilo malin odmiany jesiennej kosztowało 10 złotych, o ile rwało się je prosto z krzaka.
Za nową rolniczą rzeczywistością nie nadąża nawet Słownik Języka Polskiego, bo wciąż na próżno szukać w nim słowa „samozbiór”. Gorliwością wykazali się za to urzędnicy Ministerstwa Finansów, którzy zawczasu ostrzegli, iż taka działalność może podlegać podatkowi VAT, nawet jeśli rolnik na niej nie zarobi. „Jeśli (…) jest czynnym podatnikiem, to nawet nieodpłatne rozdanie plonów może być potraktowane jako czynność opodatkowana, ponieważ stanowi nieodpłatne przekazanie towarów należących do przedsiębiorstwa podatnika”.
Serwisy dla rolników zapłonęły oburzeniem. Kontrolowany przez PSL resort rolnictwa próbował co prawda chłodzić nastroje, ale tylko na nowo je podgrzał po tym, jak minister Stefan Krajewski stwierdził, że sytuacja w punktach skupu jest poważna z powodu warunków pogodowych i nadprodukcji.
Rolnicy podejrzewają zmowę sieci handlowych i przetwórców
Tego lata faktycznie obrodziło wiele gatunków warzyw i owoców, jednak tłumaczenie cen w skupie klęską urodzaju może najwyżej częściowo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rolnicy zarabiają dziś tak niewiele. Narracja o nadprodukcji całkowicie pomija fakt, że detaliczne ceny żywności w znikomym stopniu odzwierciedlają dynamikę cen w hurcie. Z analizy portalu panparagon.pl wynika, że sezonowy koszyk warzyw i owoców podrożał tego lata średnio o 5,9 proc. rok do roku. Wśród warzyw, których cena wzrosła najbardziej, znalazł się jednak m.in. bób, który obrodził obficie. Jeśli więc mamy klęskę urodzaju, to nie widać jej w niższych cenach na paragonach.
Dlatego rolnicy wskazują na innego winowajcę. Ich zdaniem rynkiem skupu rządzi coś na kształt kartelu hurtowników oraz wielkich sieci handlowych i przetwórców, którzy narzucają producentom rolnym skrajnie niekorzystne warunki. Doskonale pokazuje to przykład warzywa, które w tym roku udało się rolnikom najbardziej, czyli ziemniaka.
Ze wstępnych danych GUS wynika, że krajowa produkcja była aż o 15 proc. wyższa od zeszłorocznej. Rolnicy zebrali z pól łącznie 6,8 mln ton ziemniaków, przy zapotrzebowaniu, które w skali całego kraju sięga maksymalnie 6 mln ton. Sytuację na polach odzwierciedlają ceny w skupie, gdzie za kilogram kartofli, w zależności od odmiany, płaci się średnio 10-20 groszy – około 40 proc. mniej niż przed rokiem. Te same ziemniaki na półce w hipermarkecie lub dyskoncie kosztują jednak średnio około 2-3 zł za kilogram (nie uwzględniając promocji), czyli tylko około 15-20 proc. mniej niż przed rokiem.
Co na to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów? W odpowiedzi na list resortu rolnictwa, który w ubiegłym miesiącu poprosił o sprawdzenie, czy działania przedsiębiorców prowadzących obrót artykułami rolno-spożywczymi nie naruszają zasad konkurencji, prezes UOKiK podkreślił, że urząd już w sierpniu wszczął kontrole. W październiku zarzuty nieuczciwego wykorzystywania przewagi kontraktowej wobec rolników usłyszeli przedstawiciele polskich oddziałów amerykańskiego koncernu Bunge i brytyjskiego Procam, które wedle UOKiK przerzucały na dostawców ryzyko związane z tzw. siłą wyższą – m.in. suszami, przymrozkami czy gradobiciami. Wcześniej ukarane zostały też m.in. PolishAgri i Cefetra Polska.
Zdaniem szefa UOKiK niekorzystna dla rolników sytuacja nie jest jednak wynikiem praktyk ograniczających konkurencję. Problem ma charakter strukturalny. Na polskim rynku spożywczym karty rozdają dziś wielkie sieci handlowe i zakłady przetwórcze, które rozdrobnionemu polskiemu rolnictwu mogą narzucić niekorzystne warunki nawet bez łamania przepisów. Płacą mało, bo mogą – nikt inny nie odbierze płodów rolnych od producentów.
Problem w tym, że prezes UOKiK zdaje się nie dostrzegać, iż lista poszkodowanych nie kończy się na rolnikach. Są na niej także klienci sklepów.
Wielkie sieci zarabiają w Polsce więcej niż na rynkach macierzystych
Dane za październik ukazują, że ceny były o zaledwie 2,8 proc. wyższe w porównaniu z rokiem ubiegłym, ich dynamika mieściła się więc w okienku tzw. celu inflacyjnego, który naszemu bankowi centralnemu narzuca ustawa o NBP (1,5-3,5 proc.). Z kolei od stycznia do września tego roku skumulowana inflacja w Polsce wyniosła 2,3 proc. To sukces, którym chwali się gabinet Donalda Tuska. Traci on jednak lekko blask, gdy spojrzymy na spożywczy wycinek rynku detalicznego. W trzech pierwszych kwartałach bieżącego roku ceny żywności wzrosły o 3,3 proc. Artykuły spożywcze drożeją więc szybciej niż większość produktów.
Trudno lekceważyć również fakt, że jedzenie w Polsce staje się coraz droższe także w stosunku do kosztów jego zakupu w innych krajach.
Niepokoić może też sama dynamika tego procesu. Z danych Eurostatu wynika, że ceny detaliczne produktów spożywczych w Polsce stanowią obecnie około 87 proc. unijnej średniej, choć jeszcze w 2015 roku było to zaledwie 63 proc. Rumunia – kraj, w którym obecnie je się najtaniej w Unii (76 proc. średniej UE) – dekadę temu plasowała się w tej stawce oczko wyżej od Polski (64 proc.). Hiszpanie w 2015 r. płacili za żywność 92 proc. średniej ceny unijnej. Obecnie – 95 proc.
Jeszcze gorzej wypadamy pod względem udziału kosztów zakupu jedzenia w budżecie przeciętnego gospodarstwa domowego. W 2021 r. Eurostat szacował je w Polsce na poziomie 19,6 proc., podczas gdy średnia dla wszystkich krajów UE wynosiła 13,3 proc. Dwa lata później GUS podawał już, że w strukturze wydatków gospodarstw domowych w Polsce żywność i napoje bezalkoholowe miały udział na poziomie 27,2 proc. W Luksemburgu, gdzie za jedzenie płaci się najwięcej, bo 27 proc. ponad średnią unijną, przeciętna rodzina wydawała na ten cel zaledwie 9,5 proc. domowego budżetu.
Czy to kwestia różnicy zarobków? Owszem, ale nie tylko. W 2022 r. cennikom wielkich sieci handlowych przyjrzał się serwis Business Insider i doszedł do wniosku, że większość z nich dorzuca w Polsce do cen zakupu i kosztów operacyjnych znacznie wyższą marżę niż w krajach, z których się wywodzą. Biedronka, kontrolowana przez portugalską spółkę Jeronimo Martins, pracowała w Polsce z marżą EBIDTA 8,3 proc., podczas gdy jej portugalskie sklepy zadowalały się 5,6 proc.
Lidl w Polsce wykręcał marżę na poziomie 7,9 proc., a w Niemczech jego spółka matka Lidl Stiftung operowała na poziomie 7,1 proc. Różnice między marżami w Polsce i we Francji, na niekorzyść polskich klientów, zaobserwowano także w Carrefourze i Auchan, ale rekordzistą w zestawieniu Business Insidera okazał się Rossmann. W polskich drogeriach tej sieci marże były aż o 8,1 pkt. proc. wyższe niż w niemieckich.
Czy samozbiory zastąpią zakupy w sieciach handlowych?
Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji akcje rolników spotykają się ze zrozumieniem. W badaniu przeprowadzonym wiosną przez pracownię Kantar Media aż 78 proc. ankietowanych wyraziło zainteresowanie samozbiorami polskich warzyw i owoców. Przeliczając procenty na osoby, otrzymalibyśmy aż 25,2 mln potencjalnych nabywców, o 600 tys. więcej niż w zeszłym roku i aż o 2,5 mln więcej niż w roku 2023.
Wśród argumentów przemawiających za taką formą zakupów badani wymieniali najczęściej atrakcyjną cenę i uczciwe warunki transakcji, dzięki którym cały zarobek trafia do producenta, ale także pewność, że kupowane warzywa i owoce nie przyleciały z drugiego krańca Europy lub świata. Dla aż 65 proc. ankietowanych lokalne pochodzenie produktów ma na tyle duże znaczenie, że zadeklarowali zwiększenie zakupów warzyw i owoców z polskich pól i sadów.
Dla działających w Polsce sieci handlowych dyskusja o cenach produktów rolnych może z kolei mieć wymiar wykraczający daleko poza samą logistykę zakupów czy politykę wizerunkową. Protesty rolników nie tylko pokazały, że mogą oni liczyć na zrozumienie klientów sklepów. Przy okazji uruchomiły też dynamikę społeczną, która potencjalnie może prowadzić do głębokich zmian w strukturze polskiego handlu spożywczego.
Na razie niepodzielnie władają nim wielkie sieci. Dyskonty, jak Lidl, Biedronka czy Dino, inkasują około 37 z każdych 100 złotych wydawanych w Polsce na zakupy spożywcze. Gdyby dodawać do tego utarg super- i hipermarketów oraz sklepów sieciowych typu Żabka, rachunek dobije już w pobliże 53 zł, ale to nie oznacza, że pozycja wielkich sieci na rynku jest niezagrożona. Przeciwnie, widać już pierwsze objawy zmęczenia Polaków handlem skoszarowanym w dużych sklepach i dyskontach. Ostatnie dane GUS pokazują, że tylko Dino i Żabka zwiększają przychody dzięki rosnącej sprzedaży w przeliczeniu na sklep – co można uznać za miernik popularności tego formatu handlowego. Pozostałym graczom obroty w przeliczeniu na sklep sukcesywnie maleją, w najlepszym razie drobią w miejscu. Wzrost u takich graczy jak Biedronka czy Lidl bierze się już tylko z rosnącej liczby placówek.
Co czeka wielkie sieci za zakrętem, w który właśnie wchodzą? Jednym z możliwych scenariuszy jest to samo, co nastąpiło już na rynku medialnym, gdzie internet skrócił relacje łączące twórców mediów z odbiorcami. Fenomen podkastów i kanałów YouTube, które gromadzą milionowe audytoria i zapewniają ich twórcom gwiazdorskie zarobki, udowodnił, że producenci i konsumenci mogą obyć się bez pośredników.
Pokolenie, które wirtualną rzeczywistość traktuje jak pełnoprawną alternatywę dla świata realnego, może w kilka lat częściowo przeskoczyć z zakupów spożywczych w hipermarkecie do zakupów bezpośrednio od producenta. Samozbiory, które tej jesieni wdarły się szturmem do świadomości konsumentów, mogą zagościć w niej na stałe. Mało prawdopodobne, by całkowicie zastąpiły wizyty w sklepie, ale mogą zyskać na popularności na tyle, że dla sieci handlowych staną się realną konkurencją, zmuszającą je do weryfikacji cen. W pewnym sensie byłby to też akt dziejowej sprawiedliwości.
Polskie rolnictwo samo uzależniło się od wielkich pośredników
Wieś jest jednym z największych wygranych akcesji do Unii Europejskiej. Z 243,2 mld euro, które w latach 2004-24 przetransferowano do Polski z budżetu Wspólnoty, 78 mld trafiło do rolnictwa i rolników. Średnia powierzchnia upraw, która w roku 2004 wynosiła zaledwie 8,7 hektara, obecnie sięga 13 hektarów. Wartość eksportu produktów rolnych i spożywczych przed akcesją nie przekraczała 3,6 mld euro rocznie – obecnie dobija do 54 mld euro.
Co równie ważne, duża część krajowej produkcji rolnej jedzie za granicę już przerobiona na wyroby spożywcze „made in Poland”, gwarantujące większy zysk od eksportu nieprzetworzonych zbóż, mleka czy owoców. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika z kolei, że około 63 proc. surowców wykorzystywanych w polskiej produkcji spożywczej pochodziło z naszych pól i sadów.
Problem w tym, że dokonując tego transformacyjnego skoku, polska wieś postawiła tylko na jednego konia, czyli na odbiorców przemysłowych. Nie udało się zbudować czegoś, co we Włoszech, Austrii, Niemczech czy Hiszpanii stanowi dodatkowy atut tamtejszego rolnictwa, czyli silnych rynków lokalnych. W krajobrazie polskiej wsi brak choćby spółdzielni rolniczo-przetwórczych, które z lokalnych płodów rolnych wytwarzają wyroby spożywcze, w które zaopatrują się najpierw okoliczni mieszkańcy, a potem, wraz ze wzrostem skali produkcji, cały kraj. Nieliczne wyjątki od tej reguły – jak choćby łomżyńska Piątnica, która w ubiegłym roku miała 2,8 mld zł przychodów – pokazują, jak wielką szansę zmarnowała w ten sposób polska wieś.
W 2022 r. próbę odwrócenia tego trendu podjął rząd PiS, powołując do życia Krajową Grupę Spożywczą, holding przedsiębiorstw branży rolnej i spożywczej. Grupa miała „budować przewagę konkurencyjną na krajowym rynku rolnym i przyczyniać się do wzmocnienia rozwoju polskiego rolnictwa na rynkach zagranicznych” – czytaliśmy w komunikacie Centrum Informacyjnego Rządu. Docelowo grupa miała przejmować zagraniczne podmioty, jednak cały pomysł utknął na etapie konsolidacji polskiego przemysłu cukrowniczego. Dziś KGS zmaga się z gigantycznymi problemami finansowymi spowodowanymi załamaniem cen cukru na światowych rynkach, a obecny rząd przestał się nią chwalić.
Najchętniej też udawałby, że na rynku spożywczym wszystko działa jak w zegarku, licząc na to, że debatę o cenach skupu i marżach wielkich sieci przykryją inne tematy. Tak się zapewne stanie, ale problem i tak powróci. Wszyscy musimy przecież jeść.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















