Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Czas ostatnich więźniów

Czas ostatnich więźniów

20.01.2014
Czyta się kilka minut
Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau: Podczas gdy młodzieży z Europy przyjeżdża do Muzeum Auschwitz-Birkenau coraz więcej, liczba młodych Polaków odwiedzających to miejsce maleje.
Piotr Cywiński Fot. Paweł Sawicki / PMAB
M

MICHAŁ OLSZEWSKI: Przy okazji 65. rocznicy wyzwolenia obozu przedstawił Pan znaczące zestawienie. W obchodach 60. rocznicy udział wzięło prawie tysiąc pięciuset byłych więźniów, pięć lat później miało przyjechać do Birkenau już zaledwie 150. Jak będzie w tym roku?
PIOTR CYWIŃSKI:
Myślę, że pojawi się ponad stu byłych więźniów. Będzie dosyć duża grupa więźniów z Izraela, która przybędzie razem z oficjalną delegacją. Ten fakt pozytywnie, że tak to ujmę, zaburza statystykę frekwencji byłych więźniów.
Jak będzie wyglądał teren poobozowy bez ostatnich żywych świadków?
To już nie jest czas przyszły, to teraźniejszość. Kiedy zaczynałem pracę 7 lat temu, może z połową grup, które odwiedzały obóz, przyjeżdżał były więzień, który oprowadzał, opowiadał, ujawniał emocje. Dziś są to ułamki procenta. Nawet jeśli pojawi się więzień, nie jest w stanie towarzyszyć grupie podczas całej wizyty. Ale oni tak naprawdę swoją gigantyczną, bardzo trudną i wyczerpującą psychicznie pracę wykonali. Opowiedzieli nam o swoich przeżyciach. Spisali je, nagrali, sfilmowali. Zbiory są pokaźne, wiele z nich zostało wydanych w postaci książkowej. Ci więźniowie dobrowolnie wrócili pamięcią do tamtych czasów, zdarzeń, do myśli, od których chcieli się wyzwolić, wrócili, żeby zostawić ślad. Teraz nasza kolej.
Kolej na co?
Suche narracje nagrane i spisane mogą doprowadzić młodego człowieka do wrażenia, że słucha o fikcji, o czymś nierealnym, co jest tak potężne, że nie mogło się wydarzyć.
Takie reakcje się zdarzają?
Tak, w szkołach, opowiadają nam o nich nauczyciele. Natomiast kiedy te opowieści wpisuje się w teren rozpoznawalny, namacalny, kiedy przemierza się go w rytm poszczególnych świadectw, wówczas dużo łatwiej zrozumieć ich realność i sens.
Czy mimo to nie ma ryzyka, że bez żywych świadków ten przekaz będzie słabszy? Ludzie, nie tylko młodzi, chcą autentyku, jak w filmie „A potem przyszli turyści”. Jest tam scena, kiedy młody chłopak z Niemiec uważnie ogląda tatuaż na ręku byłego więźnia, bo nie może uwierzyć w jego prawdziwość. Nie da się tego doświadczenia łatwo zastąpić.
Każdy chce mieć kontakt z żywym świadkiem, ponieważ takie spotkanie najmocniej zapada w pamięć. Od kilku lat nie ma wśród nas Henryka Mandelbauma, członka Sonderkommando – każdy, kto choć raz wysłuchał jego opowieści, nie zapomni jej do końca życia. Mandelbaum dotykał emocji, budził empatię w słuchaczu. Tego już nie będzie. Ale trzeba pamiętać, że indywidualna, żywa obecność tej historii nie oznacza automatycznie akceptacji brutalnej prawdy. W Europie negacjonizm, czyli kłamstwo oświęcimskie, szerzył się najsilniej w latach 80. i 90., naukowcy przedstawiali go oficjalnie na niektórych uniwersytetach. Historycy negacjonistyczni publikowani byli w masowych nakładach, a wtedy ocalałych świadków obozu było przecież bardzo dużo, w każdym kraju europejskim. Prawdę trzeba więc w pewnym momencie analizować inaczej niż emocje. Staranność o pamięć musimy utrwalać przede wszystkim w szkołach, w projektach edukacyjnych, w mediach, w życiu codziennym. I tak się dzieje.
Ale mamy też do czynienia z inną tendencją. W miarę upływu czasu, który oddziela nas coraz szerszym strumieniem od wojny, następuje proces oswajania II wojny światowej, a co za tym idzie, obozów koncentracyjnych również. Chwilę przed naszą rozmową pojawiła się na Facebooku strona pod nazwą „Beka z Auschwitz”, na szczęście szybko zablokowana. Autor strony wyśmiewał się, że Niemcy zgotowali Żydom masowy prysznic. Takich przykładów sygnałów obłąkanej głupoty w miarę upływu lat będzie przybywać. Przełamuje się w nas granica wrażliwości. To budzi we mnie równie duży niepokój, jak negacjonizm płynący z Iranu.
Tylko jeśli nie narzuci pan na takie działania sieci pojęć dzisiejszej kultury. 30 lat temu, jeśli ktoś robił jakąś imprezę czy reklamę, nie miał takiego dostępu do bazy obrazów, nie istniały programy edycji zdjęć. Dzisiaj można stworzyć wszystko – strona na Facebooku będzie obserwowana na całym świecie, można zaprosić na imprezę dyskotekową, wykorzystując zdjęcia z Auschwitz, jak to się zdarzyło w Holandii. Dzisiaj dyskusje, które 30 lat temu toczyły się na podwórkach, rozgrywają się na oczach świata. Oczywiście, że istnieje znieczulica. Marne dowcipy, które istniały kiedyś, rozpowszechniane są nadal, tylko przyjmują zupełnie nową formę. To jest oczywiście groźne, ale jednocześnie, jeśli weźmiemy pod rozwagę to samo trzydziestolecie, nastąpiło nieporównywalnie głębsze zrozumienie istoty zagłady, jej znaczenia dla nas i dla dzisiejszych wyzwań. Bilans nie wypada negatywnie, przynajmniej w demokratycznej części świata.
A jak w krajach islamu? Nie tak dawno gościł Pan specjalnego wysłannika USA, którego zadaniem jest monitorowanie sygnałów negacjonizmu z krajów islamskich. Czy Pańskim zdaniem jest to duży problem, czy też Amerykanie dmuchają na zimne?
Bardzo duży, czasem wręcz powszechny, ale uogólnień trzeba unikać, bo przecież kraje islamskie nie są jednolite. Myślenie o obozach i Holokauście jest tam wypadkową napięć społecznych, polityki, niechęci do Izraela lub Zachodu. Na pewno napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie wpływa na to, jak ulica rozumie historię Zagłady czy wręcz – na ile akceptuje sam fakt. Ja nie wiem, czy prezydent Iranu przekonując, że Holokaustu nie było, chciał narzucić wizję swojemu społeczeństwu, czy też mówił to, co naród chce usłyszeć. Boję się, że był to jednak populizm i że sytuacja jest gorsza, niż możemy sądzić. Są społeczności gotowe zaakceptować i promować to kłamstwo, bo im to odpowiada.
Co zrobić?
Nie mamy zbyt wielu narzędzi. Staramy się, jako Muzeum, wysyłać do krajów islamu rzetelny przekaz historyczny, organizujemy otwarte lekcje internetowe.
Z jakim skutkiem? Czy prowadzicie statystyki pokazujące zainteresowanie przedstawicieli krajów islamu oświęcimskim Muzeum?
Oczywiście obserwujemy wizyty, a także oglądalność w internecie, z całą świadomością błędu lokalizacji, a także tego, że nie znamy intencji, która przywiodła zainteresowanego na stronę. Powiedziałbym, że odpowiedzią na wysyłane przez nas sygnały jest wielka cisza. Ani Bliski Wschód, ani Afryka Północna nie są dziś zainteresowane wypożyczaniem artefaktów, wystaw, nie ujawnia się potrzeba tłumaczeń książek na tamte języki. To znaki śladowe, może nawet niepokojąco śladowe, natomiast to też stawia przed nami pytanie, w jaki sposób – być może zupełnie inny – należy mówić o tej tragedii i co z niej wynika, żeby to było bardziej rozpoznawalne przez społeczności ogólnoświatowe jako wyzwanie dla całej cywilizacji, a nie jako konflikt europejski na tle politycznym, bo tak to często jest dziś odczytywane.
Jak w tym kontekście należy traktować uczestnictwo deputowanych Knesetu w obchodach rocznicy wyzwolenia obozu i wyjazdową sesję, jaką organizują w Krakowie?
To wydarzenie bez precedensu. Ono bardzo mocno podkreśla miejsce Zagłady w żywej przecież pamięci Izraela. Nie wiem jeszcze, jakie słowa padną z ust gości, ale rozmawiamy rok przed 70. rocznicą, ostatnią okrągłą datą, kiedy do Muzeum przyjadą byli więźniowie. Myślę więc, że tegoroczne spotkanie otwiera przygotowania do wydarzenia, które będzie miało miejsce na początku 2015 r.
Nie obawia się Pan zbyt mocnych akcentów antyislamskich właśnie? Marsze Żywych, w których uczestniczą politycy z Izraela, są okazją do zademonstrowania siły żydowskiego państwa, gotowości do odparcia ataku.
Jakoś mnie to nie dziwi. Niech pan postawi się w sytuacji rodziny, która 50 razy w ciągu roku musi chować się do schronu. Z punktu widzenia sytych, spokojnych Europejczyków wojenne nastroje w Izraelu mogą wyglądać dziwnie, ale ryzyko nie jest wyolbrzymione.
Po drugie, w przemówieniu politycznym zawsze będą elementy polityczne. Możemy sobie wyobrazić przemówienie w miejscu związanym z dramatem naszej historii, np. z Katyniem. Gdy aktywni politycy wchodzą w obszar pamięci, zawsze pojawia się ryzyko. Mam jednak nadzieję, że moralny zakaz wykorzystywania ofiar do swoich celów zwycięży.
Dodajmy też, że wielka polityka jest na gruzach krematoriów obecna od 1945 r. nieprzerwanie. Przez kilkadziesiąt lat my, Polacy, wykorzystywaliśmy to miejsce do tworzenia mocnej, często agresywnej, narracji historycznej. Byli więźniowie bywali zakładnikami polityków.
Nie da się tego uniknąć, bo mówimy o jednym z najważniejszych symboli świata. Bywa, że jest on używany w celach doraźnych. Ale proporcje są jasne: 75 proc. odwiedzających to ludzie młodzi, którzy przyjeżdżają w ramach działań edukacyjnych, szkół, projektów. Dzisiejsi nauczyciele to są osoby, które często przyjeżdżały tu też jako uczniowie. Istnieje polityka, ale tu dominuje doświadczenie żywe, intymne.
Czy z Pańskiego punktu widzenia w przestrzeni Auschwitz-Birkenau została osiągnięta prawda historyczna? Przez dziesiątki lat budowaliśmy przekonanie, że ­Auschwitz-Birkenau to miejsce przede wszystkim hekatomby polskiej. Od końca lat 80. te proporcje zaczęły się zmieniać i dziś obóz postrzegany jest jako miejsce kaźni przede wszystkim żydowskiej.
Najtrudniejsze były lata 90. Z jednej strony zachód Europy odkrył tak naprawdę Zagładę, z drugiej strony Polacy żyli w przekonaniu, że to miejsce jest „ich”. O tym, jak ścierały się dwie wizje, nie muszę chyba opowiadać. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna, spokojniejsza. Auschwitz-Birkenau jest najważniejszym punktem na mapie Holokaustu, ale nie ma też miejsca, gdzie wymordowano by tylu Polaków. Te dwa fakty nie stoją ze sobą w sprzeczności. Jeśli już mówimy o pamięci polskiej, to niepokoi mnie co innego: skutki wprowadzonych zmian do naszych programów szkolnych. XX wiek został w nich sprowadzony tak naprawdę do jednego roku w pierwszej klasie liceum. Co dało wymierny skutek, obserwowany przez nas w Muzeum.
Jaki?
W ciągu 2-3 lat liczba młodych Polaków odwiedzających Muzeum spadła o 250-300 tys. Było ponad 600 tys., w tej chwili liczba nie przekracza 400 tys. Odwiedziny z krajów europejskich stale rosną, są one inteligentnie, sumiennie dofinansowywane przez rządy i fundacje. W Polsce taki system nie istnieje. Polska młodzież w coraz mniejszym stopniu ma zachętę, czas i możliwość, żeby rytuału przejścia przez Auschwitz-Birkenau dokonać. W tym tkwi tajemnica zrozumienia wyzwań świata dzisiejszego. To naprawdę nie opiera się wyłącznie na czci pomordowanych, co jest oczywiście fundamentalną rzeczą, ale to doświadczenie dla młodego człowieka jest kluczem do zrozumienia świata współczesnego w dużej mierze. Dzisiejsza młodzież ma coraz mniejszy dostęp do tego klucza. Nie dosyć, że nie mają możliwości rozmowy ze świadkami – oni przestają tu przyjeżdżać!
Dlaczego obwinia Pan za to załamanie program nauczania historii? Może dzieci nie są zainteresowane?
Nie wierzę w brak zainteresowania. Są dwa istotne czynniki: pierwszy to niż demograficzny, ale on nie tłumaczy tak gwałtownego spadku. Drugi to nowy program. On w żaden sposób nie zachęca do przyjazdu. Dużo osób miało wątpliwości co do programu ministra Giertycha, a teraz widzę, że dawał on jednak narzędzia do organizowania takich wyjazdów. W Anglii istnieją programy rządowe, we Francji działa Fundacja Pamięci Shoah, takie przyjazdy dofinansowują również władze regionalne, w Niemczech są to landy, w Szwecji działa program rządowy. A przecież koszt przyjazdu stamtąd jest wielokrotnie wyższy niż wyjazdu organizowanego przez polskie liceum. Efekt jest następujący: kolejne roczniki polskiej młodzieży nie odwiedzają tego miejsca, co oznacza, że siłą rzeczy mniej rozumieją realia Holokaustu i II wojny światowej w ogóle.
A ci Polacy, którzy przyjeżdżają? Rozumieją więcej niż ich rodzice?
W zeszłym roku razem z Rzecznikiem Praw Obywatelskich ogłosiliśmy konkurs literacki. Poprosiliśmy o napisanie krótkich dysertacji z odpowiedzią na pytanie, co dziś mówi mi Auschwitz, jakie ma znaczenie w moim życiu. Otrzymaliśmy około 300 odpowiedzi, po odczytaniu których byłem generalnie zbudowany. Niewątpliwie wielkie kłótnie o to, czyj jest Auschwitz, odchodzą w dal. Auschwitz jest rozumiany jako wielowarstwowe doświadczenie przynależne do różnych kultur i różnych tradycji. Największe wrażenie robiły na mnie najniższe kategorie wiekowe, czyli gimnazjum. Ci najmłodsi byli najmniej ugruntowani retoryką, ich odczucia były najbardziej żywe, indywidualne. Oznacza to, że pewne zrozumienie wyszło już z charakteru wyłącznie szkolnego. To daje nadzieję.
Rozpoczęliśmy rozmowę od danych statystycznych dotyczących liczby świadków Zagłady. Ale mówiąc o ludziach nie możemy zapominać o materii, która starzeje się, niszczy, nie wytrzymuje działania czasu i naporu tłumów. Niektóre budynki są w tak złym stanie technicznym, że nie mogą do nich wchodzić zwiedzający. Czy możemy sobie wyobrazić Muzeum bez autentycznych baraków, budynków?
W 2009 r. powołaliśmy Fundację Auschwitz-Birkenau, której zadaniem było stworzenie Funduszu Żelaznego, niezbędnego do prowadzenia długofalowych prac konserwatorskich. Mówiłem wtedy, że potrzebujemy 120 mln euro, wokół było słychać bardzo wiele głosów sceptycyzmu. Ale udało się. Dzisiaj mamy zakontraktowane ponad 100 mln euro, z czego 60 mln na koncie. Dzięki tym pieniądzom prowadzimy prace naukowe, badania. Na ich podstawie wskażemy najlepsze metody pracy konserwatorskiej na tym terenie i rozpoczniemy planowane prace. Bardzo bym chciał, żebyśmy w 70. rocznicę mogli stanąć z ostatnimi ocalałymi z piekła i powiedzieć, że się udało, że znaleźliśmy narzędzia, które zachowają poobozowy teren w możliwie najbliższym autentyku kształcie.
Czy o Auschwitz-Birkenau wiemy już wszystko? Czy mówiąc o historycznym wymiarze tej przestrzeni, możemy uznać, że wszystko zostało odkryte i powiedziane? Czy ziemia w Auschwitz-Birkenau skrywa jeszcze tajemnice?
Tam, gdzie morduje się ponad milion ludzi, ziemia jest wypełniona historią. Różne ślady tej historii cały czas się pojawiają, przy pracach ziemnych, wiosną wychodzą z gruntu. Rzeczy osobiste, szkło, naczynia, metalowe przedmioty, nawet sztućce. I będą wychodzić wiele lat po tym, gdy umrze ostatni więzień. To też jest świadectwo autentyzmu i prawdy. 

PIOTR CYWIŃSKI (ur. 1972) jest historykiem, od 2007 r. dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, prezesem Fundacji Auschwitz-Birkenau, zaangażowanym m.in. w dialog chrześcijańsko-żydowski i rozmowy Episkopatu Polski z Kościołem greckokatolickim na Ukrainie.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]