Paryż w politycznej mgle. Czy dymisja Macrona uratowałaby Francję?

Zaczyna się era Trumpa, a Francja tkwi po uszy we własnych problemach. Apele o dymisję Macrona dały się ostatnio słyszeć nawet ze strony umiarkowanej prawicy, współtworzącej rząd.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Francji François Bayrou. Paryż, Francja, 7 stycznia 2025 r. // Fot. Ludovic Marin / Reuters / Forum
Prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Francji François Bayrou. Paryż, Francja, 7 stycznia 2025 r. // Fot. Ludovic Marin / Reuters / Forum

„W 5 lat odbudował Notre-Dame, w pół roku zniszczył francuską demokrację” – tak o Emmanuelu Macronie pisał ostatnio francuski tygodnik satyryczny „Le Canard enchaîné”. To dowcip, ale bardzo symptomatyczny dla nastrojów nad Sekwaną.

Druga część powyższego cytatu jest aluzją do decyzji francuskiego prezydenta z czerwca ubiegłego roku, gdy Macron rozwiązał parlament i zarządził przedterminowe wybory. Dało to początek politycznej niestabilności, trwającej do dzisiaj.

Dlaczego Macron traci poparcie

Ostatnie miesiące to we Francji fatalna seria polityczna: cztery rządy w ciągu roku, obalenie gabinetu Michela Barniera w wyniku wotum nieufności, brak uchwalonego budżetu na rok 2025 (na razie przyjęto prowizorium budżetowe), rosnące wpływy nacjonalistycznego Zjednoczenia Narodowego (RN) Marine Le Pen. Niektórzy, jak znany politolog z paryskiego Sciences Po (Instytutu Nauk Politycznych) Pascal Perrineau na łamach „Le Figaro”, twierdzą, że tak trudnej sytuacji politycznej V Republika nie znała od swoich początków, czyli od 1958 roku.

Do tego dodać należy rekordowo wysoki dług publiczny Francji, około 112 proc. PKB, oraz zapowiadany wyraźny wzrost bezrobocia – z 7,4 proc. w trzecim kwartale 2024 r. do 8 proc. pod koniec tego roku. Jest on efektem planowanych masowych zwolnień w wielu sektorach (np. w przemyśle, super- i hipermarketach, bankach). Jak szacuje związek zawodowy CGT, pracę może stracić ponad 150 tys. osób.

Francja weszła w permanentny kryzys i za ten stan rzeczy Francuzi obwiniają przede wszystkim Macrona, rządzącego krajem od prawie ośmiu lat. Notowania 47-letniego szefa państwa, polityka centrum, spadają od wielu miesięcy. Według ośrodka Ipsos na początku stycznia popierało go tylko 21 proc. ankietowanych. Równie niskie oceny miał tylko za swojej pierwszej kadencji, w latach 2018-19, czyli podczas antyrządowych protestów tzw. żółtych kamizelek.

Przyczyn złych sondaży można szukać w egocentrycznej osobowości Macrona, jego słabym rozumieniu problemów zwykłych ludzi i aroganckich wypowiedziach. A także – w licznych woltach politycznych: we Francji mówi się o Macronie jako o „kameleonie”, gdyż zależnie od okoliczności potrafił już być socjalistą, lewicowym liberałem, a teraz skręcił w stronę konserwatywnej prawicy. Chciał podobać się wszystkim, a w efekcie – nie podoba się dziś (prawie) nikomu.

Problemem Francji jest sam system polityczny, zwany często „monarchią republikańską” – z ogromnymi prerogatywami prezydenta (łącznie z władzą nad guzikiem atomowym), pozbawionego prawie kontroli parlamentu i obywateli. Politolodzy są zgodni, że bez reformy tego archaicznego systemu Francji trudno będzie odzyskać wewnętrzną równowagę.

Czy Francję czekają kolejne przedterminowe wybory?

Największa w parlamencie siła lewicy, radykalna Francja Nieujarzmiona (LFI), pod wodzą Jean-Luca Mélenchona, od wielu miesięcy wzywa prezydenta do dymisji. Na ulicach francuskich miast wiszą dziś plakaty LFI ze sloganem: „Spadaj, Macronie!”.  Mélenchon gra najwyraźniej na przyspieszone wybory prezydenckie – zgodnie z kalendarzem mają się one odbyć w 2027 r. Dla 73-letniego dziś Mélenchona, który już dwa razy (w 2017 i 2022 r.) był bliski dostania się do drugiej tury, będzie to raczej ostatnia szansa na walkę o Pałac Elizejski. Pośpiech jest więc zrozumiały.

Apele o dymisję Macrona dały się zresztą ostatnio słyszeć także ze strony umiarkowanej prawicy, współtworzącej rząd.

Sam Macron powtarza, że nie ustąpi z urzędu, zaś Konstytucja V Republiki przewiduje pozbawienie prezydenta funkcji tylko w sytuacji, gdy ten „w sposób jawnie rażący” uchybi swoim obowiązkom, np. łamiąc ustawę zasadniczą. W dodatku rezolucję o odwołaniu prezydenta musiałyby przegłosować jednocześnie Zgromadzenie Narodowe i Senat – w obu przypadkach większością dwóch trzecich głosów. A to wydaje się prawie niemożliwe przy obecnym układzie politycznym.

Ponadto, zdaniem Pascala Perrineau, dymisja Macrona i przyspieszone wybory prezydenckie mogłyby tylko pogłębić chaos. Największe szanse na prezydenturę miałaby w obecnej sytuacji szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, która nadal marzy o demontażu Unii Europejskiej, bliska prorosyjskiemu Viktorowi Orbánowi.

Czy – i jakie? – jest wyjście z tego impasu? Nie wiadomo. Przeważa opinia, że Francję czekają kolejne przedterminowe wybory parlamentarne latem lub jesienią tego roku.

Jeśli zwyciężyłby RN, to doszłoby zapewne do kohabitacji prezydenta Macrona z nacjonalistyczną prawicą.  Może dałoby się zachować ciągłość polityki zagranicznej i obronnej Francji, czyli konstytucyjnie zastrzeżonych domen prezydenta. Przy założeniu, że nacjonalistyczne i demagogiczne ugrupowanie Marine Le Pen nie blokowałoby wszelkimi środkami polityki Macrona. A to nic pewnego.

Kiepski start premiera Bayrou

Na razie Francuzi obserwują karuzelę zmieniających się co kilka miesięcy premierów. Od połowy grudnia na czele rządu stoi 73-letni François Bayrou, weteran francuskiej polityki, z zawodu nauczyciel, w latach 90. XX w. wieloletni minister edukacji, czarny koń wyborów prezydenckich w 2007 r. Bayrou jest szefem centrowej partii Modem (Ruch Demokratyczny), sprzymierzonej z obozem prezydenckim. 

Start nowego premiera był nieudany: powszechnie skrytykowano go za spóźnioną reakcję na gwałtowny cyklon, który spustoszył francuski departament zamorski Majotta (wyspa między Madagaskarem a wybrzeżem Afryki Wschodniej) i zabił co najmniej 39 osób. Bayrou udał się tam z wizytą dwa tygodnie po tragedii (znacznie wyprzedził go Macron), a wcześniej strzelił gafę, sugerując, że wyspa nie wchodzi w skład Francji.

Nowemu szefowi rządu co prawda blisko w poglądach do prezydenta, ale znany jest z niezależnej i wyrazistej postawy. Już zresztą w swoim parlamentarnym exposé Bayrou skrytykował kolejnych francuskich prezydentów – od Mitterranda aż do Macrona właśnie – za doprowadzenie do kolosalnego długu publicznego i lekkomyślne podejście do deficytu budżetowego. Akurat w dziedzinie finansów publicznych premier ma pewną wiarygodność, bo, w odróżnieniu od innych francuskich polityków, ostrzega przed rosnącym długiem od wielu lat.

Czy nowy francuski premier przeforsuje ustawę budżetową

Pytanie, czy za tą słuszną diagnozą pójdą działania, bo nowy rząd nie ma większości w parlamencie.

Bayrou próbuje uczyć się na błędach centroprawicowego rządu Michela Barniera, który upadł zaledwie po trzech miesiącach – właśnie z powodu programu radykalnych (jak na Francję, szczodrą wciąż pod względem socjalnym) oszczędności. Przeciw tym cięciom w projekcie budżetu głosowali wspólnie: sojusz bloku lewicy (w tym LFI, socjalistów, ekologów i komunistów) i lepeniści.

Nowy szef rządu pragnie uniknąć powtórki tego scenariusza. Nie chce być na łasce partii Le Pen, która najpierw trzymała Barniera w szachu, a potem go porzuciła. Dlatego porozumiał się z Partią Socjalistyczną (PS), aby ta – wbrew jej sojusznikom z LFI – nie głosowała za lewicowym wotum nieufności wobec rządu. W zamian za to obiecał jej szereg ustępstw, w tym otwarcie negocjacji ze związkami zawodowymi w sprawie „poprawienia” bardzo kontrowersyjnej reformy emerytalnej Macrona z 2023 r. Swego czasu zapalna reforma podwyższająca wiek emerytalny z 62 do 64 lat wyprowadziła na ulice setki tysięcy protestujących.

Zapowiedź kolejnego „majstrowania” przy emeryturach wywołała od razu sprzeciw ze strony prezydenckiego centrum oraz konserwatywnych Republikanów, czyli dwóch głównych sił tworzących rząd.

W sprawie emerytur Bayrou tańczy na cienkiej linii – między sprzecznymi żądaniami ze strony lewicy i centroprawicy. I nie ma żadnej gwarancji, że te akrobacje uchronią jego rząd przed upadkiem. Być może – już w najbliższych tygodniach, przy okazji nowego głosowania nad budżetem państwa.

Francja z niepokojem patrzy na Amerykę Trumpa

Jak mówi „Tygodnikowi” Sébastien Maillard, ekspert europejskiego think tanku Institut Jacques Delors, niestabilność Francji jest szczególnie groźna dla całej Europy, bo zbiega się z ostrym kryzysem w Niemczech. O ile jednak w Berlinie sytuacja zapewne wkrótce się wyklaruje (po lutowych wyborach władzę przejmie prawdopodobnie Friedrich Merz z CDU), Paryż może jeszcze długo błądzić we mgle.

– W tej chwili tak RN, jak i LFI mają pokusę, żeby obalać rząd po rządzie, bo niczym właściwie nie ryzykują. Wiedzą, że do lipca nie można, zgodnie z francuską Konstytucją, rozpisać nowych przedterminowych wyborów – wyjaśnia Maillard.

Pogrążona w tarapatach Francja z niepokojem przyjęła inaugurację Donalda Trumpa. Z bardzo nielicznymi wyjątkami francuskich trumpistów – bo na ceremonię w Waszyngtonie zaproszono mało dziś się liczącego ultrakonserwatystę, byłego publicystę Érica Zemmoura.

Przeciętnego Francuza rażą błazeńskie i wulgarne zachowania Trumpa, pogarda wobec kobiet, nienawistne wypowiedzi. Nawet szef radykalnie prawicowej RN, Jordan Bardella, w dniu inauguracji dystansował się od Trumpa: mówił wprawdzie, że „docenia jego patriotyzm”, ale dodał, że Francja musi bronić interesów ekonomicznych także przed Amerykanami i że „nie może stać się wasalem USA”.

Prezydent Macron nie odniósł się wprost do waszyngtońskiej inauguracji, ale wcześniej, zaraz po triumfie Trumpa, wzywał Europę, by budowała samodzielną siłę obronną. W Paryżu widać lęk – pisze o tym m.in. „Le Parisien” – że prezydent USA spełni groźbę podniesienia ceł na europejskie produkty, co uderzy mocno we francuskich eksporterów win, serów i towarów luksusowych.

Jeszcze jeden znak czasu – to zmiana gładkiego dotąd języka dyplomatów. Pytany o inaugurację Trumpa szef francuskiego MSZ Jean-Noël Barrot powtarzał w mediach zdanie: „na świecie wraca prawo silniejszego”. Mówiąc jeszcze mniej dyplomatycznie: prawo pięści.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Paryż we mgle