Arabska Wiosna to przeszłość. W krajach Maghrebu pora na Arabską Jesień

W Algierii i Tunezji kilkanaście lat temu Arabska Wiosna rozbudziła apetyt na demokrację. Po dawnych nadziejach nie zostało nawet wspomnienie.
Czyta się kilka minut
Zwolennicy Abdelmadżida Tebbuna świętują jego powtórne zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Algierii, Algier, 8 września 2024 r. // Fot. Billel Bensalem / NurPhoto / East News
Zwolennicy Abdelmadżida Tebbuna świętują jego powtórne zwycięstwo w wyborach prezydenckich w Algierii, Algier, 8 września 2024 r. // Fot. Billel Bensalem / NurPhoto / East News

Na początku września w wyborach prezydenckich w Algierii niemal jednogłośnie zwyciężył urzędujący szef państwa Abdelmadżid Tebbun. Podobnie zapowiada się w Tunezji i innych krajach Maghrebu: zamiast Arabskiej Wiosny panoszy się tam Arabska Jesień, tworząc doskonałe warunki dla tyranii. 

Arabska Jesień w Algierii

W 45-milionowej Algierii nikt nie miał złudzeń, że elekcja zakończy się innym wynikiem. W zakłopotanie wprawił nieco rozmiar zwycięstwa – okazało się, że na dobiegającego osiemdziesiątki Tebbuna zagłosowało prawie 95 proc. wyborców. Takie wiktorie odnoszą już tylko chanowie ze środkowoazjatyckich satrapii i naczelny wódz Północnej Korei.

Jeszcze bardziej kłopotliwa była frekwencja. Centralna komisja wyborcza ogłosiła co prawda, że zagłosowała prawie połowa uprawnionych, ale niezależni badacze miejscowej polityki nie mają wątpliwości, że do lokali nie pofatygowała się nawet czwarta część elektoratu. Popsuło to smak zwycięstwa Tebbunowi, który nie ukrywał, że w tegorocznej elekcji bardziej szło mu o wysoką frekwencję niż samą wygraną, której był pewny. Upokorzenie zabolało tym bardziej, że nikt nie wzywał Algierczyków do bojkotu wyborów.

Pięć lat temu, pod koniec 2019 r., przywódcy ulicznej rewolucji nawoływali Algierczyków, by zignorowali wezwanie do wyborów i nie dali się nabić rządzącym w butelkę. Wiosną uliczna rewolucja zmiotła z prezydenckiego fotela panującego od dwudziestu lat Abdelaziza Bouteflikę, którego kamaryla (mimo jego sędziwego wieku, licznych chorób i niedołęstwa) zamierzała wystawić do kolejnej elekcji.

Tamtą rewolucję okrzyknięto w Algierii spóźnioną Arabską Wiosną. Przetoczyła się ona przez kraje Maghrebu zimą przełomu lat 2010 i 2011, obaliła tyranów w Tunezji, Egipcie, a także w Libii, gdzie szybko przerodziła się w wojnę domową. W tamtych rewolucjach Algieria nie wzięła udziału, podobnie jak jej nieprzyjaciel z sąsiedztwa, Maroko. Algierczycy zbyt dobrze pamiętali jeszcze koszmar dziesięcioletniej wojny domowej z przełomu stuleci (1992-2002) i prawie 200 tysięcy zabitych, by wystawiać na próbę kruchy pokój, jakim nie zdążyli się jeszcze nacieszyć.

Polityczna odwilż przyszła dopiero na początku wiosny 2019 r., gdy dworzanie przerobili Bouteflikę, bohatera i zwycięzcę wojny domowej, w powolną marionetkę, by dzięki niej rządzić i bogacić się na władzy. Wojskowi, dawni partyzanci z wojny wyzwoleńczej przeciwko Francji (1954-62), a także ich następcy, rządzący Algierią nieprzerwanie od pierwszego dnia niepodległości, widząc chwiejący się tron Boutefliki, postanowili poświęcić go, rzucić rewolucyjnemu tłumowi na pożarcie, a w jego miejsce usadzić na tronie nowego faworyta, łatwiejszego do zaakceptowania przez wzburzony lud.

Postawili na Tebbuna, który u Boutefliki był ministrem, a nawet premierem. Zasłynął z tego, że tak boleśnie deptał po odciskach algierskim oligarchom, iż zaledwie po stu dniach zmusili prezydenta, by się go pozbył z rządu. Przywódcy ulicznego buntu wzywali Algierczyków, żeby nie dali się oszukać rządzącym, nie brali udziału w maskaradzie, jaką są w ich kraju wszystkie wybory. Dwie trzecie wyborców posłuchało, ale jedna trzecia, zmęczona albo przestraszona rewolucją, poszła głosować, a dwie trzecie z nich oddało głosy na Tebbuna.

Algierczycy nie wierzą w demokrację

Miał szczęście. Epidemia covid, która przypadła na pierwsze lata jego panowania, rozpędziła ulicznych demonstrantów, a napaść Rosji na Ukrainę i wywołane nią podwyżki cen paliw (wcześniej, od pięciu lat, z roku na rok spadały) sprawiły, że do skarbca Algierii, jednego z największych na świecie producentów gazu ziemnego i ropy naftowej, popłynęła rzeka petrodolarów. 

Tebbun sięgał po nie całymi garściami. Nie skąpił grosza na rządowe dotacje do niskich cen i zasiłki dla najuboższych. Lubił mawiać o sobie: „dobry wujek Tebbun”. Pozował na polityka statecznego, nie mającego nic wspólnego z partiami politycznymi, skompromitowanymi w oczach Algierczyków. Kazał wypuścić z więzień niektórych uczestników ulicznej rewolucji (innych kazał na ich miejsce zamknąć), a wtrącić za kraty kilku najbardziej znienawidzonych oligarchów z bratem Boutefliki, Saidem, na czele.

Ale choć w kółko mówił o „nowej Algierii”, nie przekonał do siebie rodaków ani nie rozbudził w nich wiary w lepsze czasy. Zwłaszcza młodzi, stanowiący, jak w całej Afryce, ponad połowę ludności, narzekają, że tak naprawdę nic się nie zmienia, wciąż rządzą ci sami: Le Pouvoir (Władza); że panuje dyktatura i korupcja, o wszystkim decydują znajomości, a tych, którzy ośmielają się krytykować takie porządki, setkami wtrąca się do więzień. 

Niepowodzenie ulicznej rewolucji sprzed pięciu lat sprawiło, że młodzi stracili wiarę w demokrację i politykę. Z każdymi wyborami, mimo starań panujących (tegoroczną elekcję prezydencką, z uwagi na lepszą pogodę, przeniesiono z grudnia na wrzesień, a głosowanie przedłużono o godzinę), frekwencja wyborcza jest coraz mniejsza. W wyborach parlamentarnych z 2021 r. nie zagłosowała nawet jedna trzecia uprawnionych.

Arabska Jesień w Tunezji

Wysokiej frekwencji nie będzie zapewne również w wyznaczonych na 6 października wyborach prezydenckich w Tunezji, a ich zwycięzcę można by ogłosić już dzisiaj. Prezydent Kais Saied doszedł do władzy wygrywając wybory prezydenckie w 2019 r. W przeciwieństwie do wiecznie reżyserowanych elekcji w Algierii, do uczciwości tamtych tunezyjskich nikt nigdy nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń.

Kais Saied, liczący dziś 66 lat, wystartował w nich jako kandydat niezależny, nie tylko nie związany z żadną partią polityczną, ale zwalczający je jako najgorszą zarazę i śmiertelne zagrożenie dla demokracji. Skromny, krystalicznie uczciwy i powszechnie szanowany profesor prawa konstytucyjnego o bardzo konserwatywnych poglądach zwyciężył w drugiej turze, zdobywając prawie trzy czwarte głosów. Przekonał Tunezyjczyków, rozczarowanych partyjnym politykierstwem, że tylko zaprowadzając demokrację bezpośrednią, maksymalnie zdecentralizowaną, można wyrwać państwo z rąk partyjnych kacyków, którzy z polityki uczynili sobie dochodowe zajęcie.

W przeciwieństwie do bogatej w surowce Algierii, Tunezja pozbawiona jest mineralnych skarbów, a epidemia covid oraz drożyzna wywołana ukraińską wojną tylko pogorszyły i tak już fatalną kondycję gospodarki. Przyczynili się do niej także politycy, którzy doszli do władzy dzięki ulicznej rewolucji z przełomu lat 2010-2011, pierwszej rewolucji Arabskiej Wiosny. 

Pogrążeni w intrygach i politycznych kłótniach zapomnieli o gospodarce, głównej przyczynie wybuchu rewolucji. Kiedy więc latem 2021 r. prezydent Kais Saied rozpędził parlament, dokonując faktycznego konstytucyjnego zamachu stanu, mało kto w Tunezji żałował posłów i za nimi tęsknił. Za gospodarcze zaniechania i błędy zapłaciła zwłaszcza rządząca partia En-Nahdha, tunezyjska filia Bractwa Muzułmańskiego, główna beneficjentka Arabskiej Wiosny, którą Tunezyjczycy najbardziej obwiniali za swoją niedolę.

Rozpędziwszy posłów, Kais Saied z poczciwego profesora zaczął przeistaczać się w przemądrzałego tyrana, przekonanego, że pozjadał wszystkie rozumy, nieznoszącego sprzeciwu ani wszelkiej krytyki. Przeciwników politycznych wtrącał do więzień, jak obalony w 2011 r. dyktator Zajn Al Abidin ibn Ali, a gdy Tunezyjczycy zbojkotowali rozpisane przez niego w 2022 r. wybory do parlamentu (nie wzięło w nich udziału nawet 10 proc. wyborców; rok wcześniej, w plebiscycie konstytucyjnym zagłosowała mniej niż jedna trzecia, a w zeszłym roku, w wyborach lokalnych – nieco ponad jedna dziesiąta), prezydent uznał to za dowód, że rodacy mają powyżej uszu partokracji i chcą ją zastąpić innym ustrojem.

Kais Saied zawłaszczył państwo, zastraszył dziennikarzy, prześladuje organizacje pozarządowe, twierdząc, że działają na zlecenie zagranicy, by szkodzić tunezyjskiemu państwu i je osłabiać. Unieważnił konstytucję, przyjętą po Arabskiej Wiośnie (był jednym z jej współautorów) i napisał nową, która całą władzę oddaje w ręce prezydenta. 

Przestał słuchać nawet sądów. Kiedy Sąd Administracyjny, najważniejszy z działających w Tunezji trybunałów (Sądu Najwyższego ani Trybunału Konstytucyjnego po rewolucji nie zdążono powołać), kazał komisji wyborczej przywrócić na wyborcze listy pięciu z 14 zdyskwalifikowanych przez nią rywali Saieda, wyznaczona przez prezydenta komisja przywróciła tylko dwóch, najsłabszych, a wyrok w sprawie trzech pozostałych, groźniejszych, postanowiła zignorować. Jeden z dwóch przywróconych rywali został zaraz aresztowany i oskarżony o sfałszowanie głosów zebranych pod jego kandydaturą.

Zabiegając o poparcie poddanych, prezydent wyrzuca z pracy premierów i ministrów, zrzucając na nich całą winę za kiepską sytuację państwa (ostatnią czystkę przeprowadził pod koniec sierpnia, przed wyborami). Bez skrupułów uderza w ksenofobiczne tony, winiąc za biedę i przestępczość imigrantów, którzy z tunezyjskich wybrzeży próbują przedostać się przez Morze Śródziemne do Europy. Bez skrupułów przyjmuje też setki milionów euro, jakie Unia Europejska płaci mu, by nie przepuszczał imigrantów i służył jej za wartownika, a Tunezja za strażnicę (Unia płaci za to samo także Egiptowi, a także, choć znacznie mniej, Maroku i Mauretanii).

Tunezja, o której mówiono, że jako jedyna skorzystała na Arabskiej Wiośnie, pod rządami Kaisa Saieda przerodziła się w populistyczną dyktaturę. Nikt nie łudzi się, że październikowe wybory będą uczciwe i wolne. Nikt nie wątpi też, że wygra je Saied, przedłuży swoje panowanie o kolejną pięciolatkę i nie zawaha się poprawić konstytucji, jeśli zechce rządzić dłużej niż przepisane dwie kadencje. W zeszłym roku zapowiedział już, że nie odda państwa w ręce kogoś, kogo nie będzie uważał za patriotę.

Sytuacja w Libii i Egipcie

W Libii Arabska Wiosna doprowadziła do obalenia tyrana Muammara Kaddafiego w 2011 r., ale zamiast wolności i demokracji przyniosła wojnę domową, a w 2014 r. także faktyczny rozpad państwa. ONZ uznaje rząd z Trypolisu za prawowite władze Libii, ale pretensje do tego tytułu rości sobie także niekoronowany władca Cyrenajki, samozwańczy marszałek polny Chalifa Haftar, wspierany przez Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Rosję. Najważniejszym mecenasem Trypolitanii jest Turcja i to jej wezwani na odsiecz żołnierze powstrzymali i rozgromili na przedmieściach Trypolisu natarcie armii Haftara i rosyjskich najemników.

Mało brakowało, a nowa wojna między Trypolitanią i Cyrenajką wybuchłaby w sierpniu, gdy rząd z Trypolisu odwołał (a Cyrenajka się temu sprzeciwiła) z urzędu Sadika Al-Kabira, prezesa Banku Centralnego, jedynej w kraju instytucji, uznawanej zarówno przez Trypolitanię, jak Cyrenajkę. W podzielonej Libii Bank Centralny jest jedynym depozytariuszem dochodów ze sprzedaży ropy naftowej, której złoża są bogatsze od algierskich i od lat pozostają jedynym i wyjątkowo obfitym źródłem libijskich dochodów.

Sytuacja stała się na tyle niebezpieczna, że postanowili interweniować najważniejsi protektorzy – Egipt i Turcja, których prezydenci Abdel Fattah as-Sisi i Recep Tayyip Erdoğan spotkali się na początku września w Ankarze i postanowili położyć kres rywalizacji ich państw na Bliskim Wschodzie. Szef tureckiego wywiadu Ibrahim Kalin wyruszył natychmiast do Trypolisu, by nowa wojna w Libii nie unieważniła dopiero co zawartego egipsko-tureckiego przymierza.

W Egipcie Arabska Wiosna przerwała dyktatorskie rządy wojskowych, którzy w 1952 r. obalili monarchię, Gamala Abdela Nasera (1954-70), Anwara As-Sadata (1970-81) i Hosniego Mubaraka (1981-2011), a w wyniku pierwszych w dziejach tego kraju wolnych wyborów w 2012 r. wyniosła do władzy Muhammeda Mursiego i jego Bractwo Muzułmańskie, faworytów Turcji, która dyskretnie wspierała rewolucje Arabskiej Wiosny. Rządy Mursiego potrwały ledwie rok i w 2013 r. został obalony w wyniku kolejnego wojskowego przewrotu, którego przywódca, As-Sisi został nowym szefem państwa.

Nowy prezydent zaprowadził w Egipcie rządy jeszcze bardziej dyktatorskie niż jego poprzednicy, a dążąc do modernizacji egipskiego państwa dokonuje gigantycznych inwestycji (poszerzenie Kanału Sueskiego, budowa nowej stolicy, a ostatnio pomysł, by nawodnić półwysep Synaj i przemienić jego pustynie w zielone pola uprawne). Zaciąga na nie długi w zagranicznych bankach i ani myśli słuchać przestróg, że skończy jak XIX-wieczny kedyw, wicekról Egiptu i Sudanu Ismail Pasza (Egipt podlegał wówczas tureckiemu imperium osmańskiemu), który rozbudowując Kair na paryski wzór oraz linie kolejowe, zadłużył swój kraj tak bardzo, że musiał odstąpić Brytyjczykom egipskie udziały w Kanale Sueskim. Egiptowi przywrócił go dopiero Naser, dokonując w 1956 r. jego nacjonalizacji i wywołując wojnę, którą jego Egiptowi wydali suescy udziałowcy, Francja i Wielka Brytania, wciągając do niej najnowszego wroga, Izrael.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”