Żyjemy w świecie, w którym budowanie zastąpiono „kleceniem”, a dialog – „przeciąganiem słów”

Wbrew temu, ile się mówi o – na ogół niewesołych – scenariuszach na przyszłość, w praktyce kończy się na formułowaniu obaw. Przyszłość przychodzi pod postacią lęku, nie odpowiedzialności. I jest instrumentem w walce o władzę.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

W związku z tym, co napisałem ostatnio o spustoszeniach dokonanych nad Bugiem, odezwało się do mnie kilka osób, żeby podzielić się swoimi refleksjami. Na temat tego, co się stało – co częstokroć sami na własne oczy widzieli – ale i tego, co współcześnie dzieje się z przyszłością. Spostrzeżenie, że czas przyszły przestał właściwie istnieć, nie jest moim oryginalnym pomysłem (co zaznaczyłem), jest to raczej coraz powszechniejsze odczucie. I nie chodzi bynajmniej o proste: „Żyjmy tak, jakby nie było jutra”. To coś innego, znacznie poważniejszego. Wbrew temu, ile się dziś mówi i pisze o możliwych – i na ogół niewesołych – scenariuszach na przyszłość, w praktyce na formułowaniu obaw i ostrzeżeń się kończy. Jak to przed kilkunastu laty zauważył bodaj Zygmunt Bauman, wiadomo mniej więcej, co trzeba zrobić, ale nie wiadomo, kto to zrobi. Kto będzie miał odwagę i autorytet, żeby przekonać ludzi, że zmiana (polityk, nawyków, preferencji) jest warunkiem przetrwania?

Jest moment regresu, choć jeszcze chwilę temu wydawało się, że mamy powody do ostrożnego optymizmu. Usunięcie przyszłości – usunięcie myśli o konsekwencjach naszych dzisiejszych działań – nie dokonało się z dnia na dzień. To proces, który trwa, narasta. Trudno uchwytny, bo można odnieść wrażenie, że często właśnie w imię przyszłości podejmuje się w polityce te czy inne kroki – w imię zapobieżenia przyszłej wojnie, ocalenia cywilizacji europejskiej, powstrzymania migracji, populizmu, nacjonalizmu, ekologizmu itd. Każda partia, każde środowisko ideowe ma gdzieś w perspektywie swojego wroga, który je cementuje, swoje wyzwanie, któremu zamierza stawić czoło, swoją diagnozę, która określa jego tożsamość. Wydaje się, że przyszłość wcale nie zniknęła z pola widzenia, może nawet mówi się o niej za dużo? No tak, ale jej obecność sprowadza się właściwie do jednego tylko wymiaru: przyszłość przychodzi do nas pod postacią lęku, nie odpowiedzialności. Przyszłość to instrument w walce o władzę jak najbardziej teraźniejszą, o dominację nad chwilą obecną, o usadowienie się w jak najdłuższym „teraz”.

Lynch mówi oczywiście o konkretnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Stanach – ale z wyraźną świadomością uogólnienia. Wyłania się z jego słów obraz świata, w którym budowanie zastąpiono „kleceniem”, a dialog – „przeciąganiem słów”. Świata, który się autonomizuje i rozpada. Czy niczego już nie będziemy potrafili zrobić wspólnie? Czy nie jesteśmy w stanie wyznaczyć żadnego celu, który by nas połączył?

Opieram się pesymizmowi, jak umiem. Zresztą wydaje mi się, że na poziomie pragnień (o bezpieczeństwie, spokoju, zdrowiu, czystym powietrzu i wodzie) jesteśmy wszyscy bardzo do siebie podobni. Różnice pojawiają się i komplikują na poziomie wyobrażeń. Tischner pisał o „lustrach”, które zniekształcają obraz drugiego. Wyobraźnia, atakowana zewsząd informacjami i przedstawieniami, nie nadąża waloryzować i porządkować tego, co ją wypełnia. Czy drugi rzeczywiście jest tak dalece inny, tak nieprzekraczalnie obcy? Zapewne nie, ale dostęp do niego staje się tak trudny, że wydaje się wręcz niemożliwy. To też jeden z powodów, dla których przyszłość znika. Może się przecież pojawić tylko jako rezultat rozmowy, współpracy, ostatecznie więc – zaufania. Jeśli rodzi się z lęku i konfrontacji, staje się co najwyżej zjawą: oparem bezmyślności, mgłą nieodpowiedzialności. Niestety, dla takiej czy innej zjawy ludzie gotowi są zaprzepaścić i zniszczyć nawet to, czego najbardziej pragną.

Czy ludziom dziś – nie ludziom abstrakcyjnym, lecz ludziom-nam, konkretnie tu żyjącym – zależy na tym, jaki świat po sobie zostawimy? Po śmierci Davida Lyncha sięgnąłem po tom rozmów, które przeprowadził z nim Chris Rodley (na polski przełożyła je Barbara Kosecka). Lynch mówi tam m.in. o tym, jak społeczna atmosfera potrafi się niekiedy nieoczekiwanie zagęścić, jak wzrasta emocjonalna temperatura, a wraz z nią tworzy się nowa aura, sprzyjająca zjawiskom, które jeszcze chwilę wcześniej były nie do pomyślenia. Ale te momenty napięcia są konsekwencją czegoś znacznie trudniejszego do powstrzymania. „Ludzie żyją w przekonaniu, że nie da się planować przyszłości. Myślimy bardzo krótkoterminowo: bierz to, co się da, bo za chwilę już tego nie będzie. Nie zostawiamy za sobą porządku. Nie tworzymy rzeczy, które są piękne, tylko sklecamy je ze sobą (…). Lider może zainspirować ludzi w ciągu jednej nocy, jeśli mówi o właściwych rzeczach we właściwym miejscu. Ale teraz, nawet jeśli są w tych przemowach jakieś słowa, brakuje im siły. Wydaje się po prostu, że gdy jedni politycy torują sobie drogę gadaniem, inni zaczynają przeciągać ich słowa na swoją stronę, aż w końcu rozmywa się to i nic nie zostaje”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Mgła