Bugu z obrazów Stanisława Baja już nie ma. „Brzeg został ogołocony z drzew, na całej długości wkopywane są betonowe słupy, na których umieszczone zostaną kamery”

Wszystko odbyło się szybko i właściwie po cichu. Dlaczego nie protestowaliśmy? Czy dlatego, że dziś każdy, kto zgłosi jakąkolwiek wątpliwość w sprawie działań na granicy, staje się z automatu poplecznikiem Putina?
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

To zdjęcie znają wszyscy interesujący się sztuką. Także czytelniczki i czytelnicy „Tygodnika”, bo było u nas reprodukowane. Zakole rzeki. Na piaszczystej skarpie stoi sztaluga, a na sztaludze obraz przedstawiający to zakole. „Przedstawiający” to zresztą złe słowo. Obraz jest właściwie reakcją na to, co się dzieje na zakolu – z wodą, ze światłem, z cieniami i tak dalej. Przed sztalugą, tyłem do nas, stoi malarz. W prawej ręce ma pędzel, gotowy – tak to chyba trzeba powiedzieć – do uderzenia. Bo Stanisław Baj maluje zamaszyście, gwałtownie.

Od przeszło ćwierć wieku mierzy się z Bugiem – malarsko. Jeździ zawsze w to samo miejsce, na Sugry w pobliżu Kodnia, gdzie rzeka meandruje, wskutek czego powstaje wrażenie, że brzegi raz zbliżają się, a raz oddalają od siebie. Nawet małe zmiany na niebie powodują, że widok – niby znany, oswojony – ukazuje się w nowym świetle. Czasem światło jakby wdziera się w rzekę wąskim pasem, czasem zaś rozlewa się po jej powierzchni. Jest to niezwykle fascynujące widowisko. A zadaniem, jakie postawił sobie malarz, jest na nie odpowiedzieć – obrazem, który zawierać będzie podobne napięcia.

Piszę w czasie teraźniejszym, ale tego Bugu – widocznego na wspomnianym zdjęciu i na obrazach Staszka – już nie ma. Brzeg po polskiej stronie został ogołocony z drzew, na całej długości wkopywane są betonowe słupy, na których umieszczone zostaną kamery. „Stałem się nagle malarzem historycznym”, powiedział mi Staszek przez telefon, „bo to wszystko zniknęło”. Tuż po świętach, na wystawie swoich obrazów w Galerii Opera w Warszawie umieścił kartkę, na której napisał m.in.: ,,Nie ma już mojego zakola Bugu. »Ubywa mnie« z każdym wyciętym drzewem, to jakby ktoś dobierał się do mojej cielesności, zdzierając przy tym łuski światła z mojej rzeki. Mam przeczucie, że los tą rzeką mnie naznaczył. Omotując jej brzeg żyletkowym drutem i wycinając z drzew i krzewów do naga jej dziki, naturalny brzeg, człowiek sprawił, że nie jest to już rzeka »spoza czasu«, jaką zawsze była dla mnie i moich sąsiadów z obydwu jej brzegów”.

Wszystko odbyło się szybko i właściwie po cichu. Nie było wielkich protestów, burzliwych dyskusji, bijących w oczy tytułów w gazetach i na portalach internetowych. Z tego, co się dowiaduję, nie było też konsultacji z naukowcami i przyrodnikami. Na szerokości piętnastu metrów od brzegu wycięto wszystkie drzewa i zarośla, które stanowiły tego brzegu umocnienie. Zrobiono to – jak słyszymy – ze względu na nielegalnych imigrantów, chociaż prób przekroczenia granicy rzeką jest niewiele, zdecydowana większość migrujących próbuje przedostać się do Polski lasami. Obronne znaczenie takiej wycinki też jest wątpliwe. Brzeg pozbawiony drzew będzie wypłukiwany przez meandrującą wodę, betonowe konstrukcje będą podmywane i trzeba je będzie stawiać na nowo. Czy w przyszłości komuś jeszcze mniej dbającemu o przyrodę nie przyjdzie do głowy zabetonowanie całości, co sprawi, że rzeka – dziś groźna, kapryśna, nieprzewidywalna – przestanie być naturalną barierą? 

Pod wpływem rozmowy ze Staszkiem zadaję sobie pytanie: dlaczego nie protestowaliśmy? Czy dlatego, że dziś każdy, kto zgłosi jakąkolwiek wątpliwość w sprawie działań na granicy, staje się z automatu poplecznikiem Putina? Przyjęliśmy milcząco, że tak musi być, że to „dla bezpieczeństwa”? Że nie czas żałować róż, gdy lasy płoną? 

To, co się stało, jest częścią szerszego problemu. Przestrzeń publiczna jest dziś zdominowana przez „działanie”, a namysł nie jest w cenie. Wyważanie racji, zastanawianie się, konsultowanie – to domena „profesorków”, „nadwrażliwców”, „symetrystów”. Jest tak nie tylko z powodu wojny, która toczy się za naszą wschodnią granicą. Ani z powodu podziałów, które przeżywamy wewnątrz. Taka jest – jak się wydaje – natura świata, który tworzymy. Ktoś trafnie zauważył, że w tym świecie czas właściwie nie istnieje. Chodzi naturalnie o czas na refleksję, zdystansowanie się, rozważenie ewentualnych konsekwencji. Wyjście poza „teraz”, poza doraźność. Dziś tego czasu po prostu nie ma. Akcent pada na działanie, na szybkość reakcji – o skutki martwić będą się inni. 

Nie chodzi więc o dramat jednego malarza. Nie chodzi też o dramat rzeki – rzeka sobie tak czy inaczej poradzi. Chodzi o to, jakiego świata chcemy. Dla siebie i nie dla siebie przecież.

PS. Autorem zdjęcia opisanego na wstępie jest Piotr Pękala. Wystawa obrazów Stanisława Baja w Galerii Opera trwała do 12 stycznia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Gdzie jest Bug?